Bogusław Zagata: „Kręgle uczą cierpliwości. Z boku wygląda to jak zabawa, ale za tym stoją lata treningów”

Bogusław Zagata sam zaczynał jednak od piłki nożnej. Próbował swoich sił w Koronie Piaski i Kani Gostyń, ale sportową drogę znalazł dopiero na kręgielni. Dziś ma za sobą wiele lat startów, medale mistrzostw Polski, występy w turniejach międzynarodowych i jedną ciekawostkę, która wyróżnia go na tle większości kręglarzy: przy swoim wzroście musiał znaleźć własny sposób na technikę rzutu.

Bogusław Zagata

Mirek Prętkowski: Zacznijmy od początku. Czy sport pojawił się w Twoim życiu już od najmłodszych lat? Nie mówię jeszcze o kręglach, ale ogólnie o aktywności.

Bogusław Zagata: Nie pamiętam dokładnie tych czasów, kiedy miałem kilka lat, ale zawsze ciągnęło mnie do piłki nożnej. Zaczynałem treningi w Koronie Piaski, to był chyba 1981 albo 1982 rok. Miałem tam dwóch trenerów i próbowałem swoich sił, ale w Koronie nie do końca mi wyszło. Mój brat został tam jako bramkarz, a ja zrezygnowałem.

Później próbowałem jeszcze w Kani Gostyń, ale też nie wyszło. Wtedy okazało się, że w Gostyniu powstała nowa kręgielnia. Moim nauczycielem matematyki był pan Porzucek, który był też trenerem i działał w Starcie Gostyń. I tak właściwie zaczęła się moja przygoda z kręglami.

Wspomniałeś też, że przy piłce pojawił się epizod z Andrzejem Juskowiakiem.

Tak, przez krótki czas byliśmy razem na kilku treningach. Mówię o tym dlatego, że Andrzej Juskowiak został później bardzo dobrym piłkarzem i to była taka gostyńska duma. Człowiek ma pewną satysfakcję, że kiedyś trenował z kimś, kto później tak się wybił.

Pamiętasz, jak wyglądała wtedy gostyńska kręgielnia?

To był zupełnie inny obiekt niż dziś. Początkowo była kręgielnia 2-torowa, później przebudowana na 6-torową. Były też pokoje hotelowe, sala, widownia u góry. Gdy odbywały się zawody, ludzie mogli siedzieć na górze i oglądać rywalizację.

Dziś tego już nie ma. W tej chwili to jest obiekt czysto sportowy. Nie ma hotelu, nie ma dawnych sal, została kręgielnia. Jest mały balkonik, ale on nie spełnia już roli trybun tak jak kiedyś.

A kiedy już trafiłeś na kręgle, to była miłość od pierwszego kulnięcia?

Na początku to było raczej tak, że dużo moich kolegów poszło, więc ja też chciałem spróbować. Skoro oni idą, to dlaczego ja nie? To miała być fajna zabawa. I rzeczywiście było fajnie. Człowiek próbował, angażował się, ale później miałem długą przerwę. Na kręgielnię wróciłem dopiero po około dziesięciu latach.

Nazwisko Zagata wielu osobom w Gostyniu od dawna kojarzy się z kręglami. Jak to się zaczęło? Czy ktoś w rodzinie grał przed Tobą?

Nie. Zaczęliśmy ja i mój młodszy brat Andrzej. Mieliśmy też wielkiego kibica, naszego świętej pamięci ojca Henryka. On cały czas nam kibicował, prowadził zapiski, notatki z meczów i zawodów. Był takim impulsem, który nas ciągnął do tego, żeby osiągać coraz lepsze wyniki.

Ja miałem przerwę, ale Andrzej został przy kręglach. Z powodzeniem występował na arenie ogólnopolskiej, zdobywał medale juniorskie, grał w meczach ligowych. Później do kręgli trafił Karol. Jako junior był bardzo dobrym zawodnikiem, a później również jednym z czołowych graczy ligowych Startu Gostyń.

Swoich sił próbował też najmłodszy brat Paweł. Jego przygoda klubowa trwała krócej, chyba około dwóch lat, ale później przez wiele lat grał z nami amatorsko. Kontakt z kręglami cały czas był.

Potem pojawiło się kolejne pokolenie. Syn mojego najstarszego brata, Adrian, i syn Andrzeja, Krzysztof, są z jednego rocznika i razem zaczęli grać. Grają do dziś z dużym powodzeniem. Adrian był mistrzem Polski indywidualnie, Krzysztof też zdobywa medale. Razem tworzymy drugą drużynę Startu Gostyń. W zeszłym roku udało nam się wygrać drugą ligę w tym rodzinnym składzie. Nie mogę też zapomnieć o mojej szwagierce Marzenie, żonie brata Andrzeja, która również jest blisko kręglarstwa. Często jeździ z nami na zawody, wspiera nas i sama bierze w nich udział.

Czyli u Was w domu, tak jak w wielu rodzinach mówi się o piłce, tak mówiło się o kręglach?

Cały czas. Kręgle były tematem, który ciągle się pojawiał. Kiedy już nie mieszkaliśmy razem, ale spotykaliśmy się u rodziców, zawsze omawiało się zawody, wyniki, kto gdzie grał, komu jak poszło. Ojciec tym żył, prowadził swoje zapiski, więc kręgle bardzo często były tematem numer jeden.

Gdy kilka osób z jednej rodziny działa w tej samej dyscyplinie, to bardziej pomaga, czy czasem pojawia się rywalizacja?

Rywalizacja jest zawsze. Nawet gdy gramy w jednej drużynie, wspieramy się i dopingujemy, to każdy gdzieś z tyłu głowy ma: „dzisiaj ja z nim wygrałem, a nie on ze mną”. To nie jest złośliwa rywalizacja, ale każdy ma frajdę, kiedy danego dnia jest lepszy.

Pamiętasz jakieś swoje pierwsze ważniejsze zawody albo turnieje?

Z tych pierwszych lat niewiele pamiętam, bo to był krótki okres. Po przerwie wróciłem w latach 90. Początki były trudne, bo grupa kręglarzy była bardzo mocna. Nawet jeśli byłem w klubie, trudno było się przebić. Byli dużo lepsi ode mnie, więc grałem przede wszystkim dla własnej przyjemności i dla doskonalenia siebie.

Na początku lat dwutysięcznych pojawił się ogólnopolski Turniej Miast i wtedy zaczęło się więcej wyjazdów. Turniejów w całej Polsce robiło się coraz więcej. Jeżeli nie mogłem grać w klubie na takim poziomie, jak bym chciał, to jeździłem na turnieje praktycznie wszędzie, gdzie tylko można było grać. I wtedy zaczęły pojawiać się sukcesy.

Wiele osób kojarzy kręgle głównie z rekreacją. Sportowe kręglarstwo to jednak zupełnie inna sprawa. Co najbardziej zaskoczyłoby kogoś, kto widzi tę dyscyplinę tylko z boku?

Kiedy ktoś przychodzi na kręgle klasyczne albo na bowling i nie ma o tym pojęcia, to po prostu rzuca kulą. Kładzie ją gdzieś z przodu i jak poleci, tak poleci.

My trenując kręgle, doskonalimy rzut tak, żeby kłaść kulę tam, gdzie chcemy. Ktoś z boku może pomyśleć: „on ma szczęście, ciągle rzuca w to samo miejsce”. Nie, to nie jest szczęście. Temu służy trening. My wiemy, w których miejscach położyć kulę, żeby strącić jak najwięcej kręgli.

Każdy pracuje nad sylwetką, techniką, powtarzalnością. Z boku może to wyglądać jak zabawa, ale za tym stoją lata treningów. Do tego dochodzi też przygotowanie siłowe, bo kręgle to wysiłek.

Ile rzutów oddaje zawodnik podczas zawodów?

Kiedyś oddawało się 200 rzutów w około półtorej godziny. Teraz najczęściej jest 120 rzutów w niecałą godzinę. To naprawdę jest co robić.

Dla nas, którzy gramy cały czas, to nie jest problem. Ale gdy przychodzi ktoś nowy i odda 100 rzutów, to później przez kilka dni czuć rękę czy nogi. To pokazuje, że trzeba trenować. Nie da się wejść z marszu tylko od zawodów do zawodów i oczekiwać wyników.

Co w kręglach jest najtrudniejsze?

Na pewno technika i powtarzalność, bo jeśli jest powtarzalność, to przychodzą wyniki. Psychika też jest bardzo ważna, jak w każdym sporcie wyczynowym. Tylko że tego nie da się tak po prostu wytrenować. Każdy sportowiec musi mentalnie dorosnąć do tego, żeby być silnym psychicznie. Każdy podchodzi do tego inaczej.

Nie da się ukryć, że wyróżniasz się wzrostem. Czy to utrudniało znalezienie odpowiedniej techniki?

Na pewno jest trudniej grać technicznie tak, jak czołowi zawodnicy w Polsce czy na świecie, bo zdecydowana większość z nich jest ode mnie dużo niższych. W kręglach przy wyrzucie trzeba zejść bardzo nisko. Przy moich warunkach ciało układa się inaczej.

Musiałem znaleźć swoją technikę. Póki sprawia mi to przyjemność i póki daję radę, będę grał.

Spotkałeś kiedyś w kręglach zawodnika wyższego od siebie?

W kręglach nie. W życiu zdarzyło mi się dwa razy spotkać osobę wyższą ode mnie. Raz, kiedy do Gostynia przyjechała drużyna siatkarska z Częstochowy i był tam Marcin Nowak. Był kilka centymetrów wyższy ode mnie i od razu to poczułem. Drugi raz gdzieś nad morzem spotkałem osobę wyższą o kilka centymetrów.

Ale w samych kręglach wyższego zawodnika od siebie nie spotkałem.

Przy takim wzroście pojawiały się kiedyś propozycje z koszykówki albo siatkówki?

Były takie sytuacje, ale bardziej anegdotyczne. Kiedyś byłem u znajomych na Śląsku, siedzieliśmy w restauracji i podszedł do mnie człowiek, który powiedział, że podpisuje ze mną kontrakt w Bobrach Bytom. Zacząłem się śmiać, bo może myślał, że mam 15 lat, a ja miałem już około 30. Odpowiedziałem, że chyba tylko do podawania piłek.

Druga sytuacja była związana z Olsztynem. W Gostyniu byli siatkarze i ktoś zapytał, czy nie chciałbym grać w siatkówkę. Też byłem już wtedy blisko trzydziestki. Gdyby to było 10 lat wcześniej, może bym się zastanowił. Ale na tamtym etapie było już po zawodach.

Czy kręgle są sportem dla cierpliwych ludzi?

Tak. Kręgle uczą cierpliwości. Trzeba też pamiętać, że kręgle mogą być też zabawą. My jako zawodnicy traktujemy je jako pasję, sposób na życie, mamy przewagę nad osobami, które przychodzą tylko sobie porzucać. Ale dla osoby, która przychodzi pierwszy raz i trafi dziewiątkę, to jest ogromna frajda.

Dla nas dziewiątka jest standardem, ale dla kogoś nowego to może być duże przeżycie. W bowlingu łatwiej trafić dziesięć niż w klasycznych dziewięć. Wiele osób kiedyś mówiło: „a co tam kręgle”. Potem przychodziły na kręgielnię i zmieniały zdanie.

Uważasz, że kręgle w Gostyniu są niedocenianym sportem?

Myślę, że tak. Kręgle nie są sportem olimpijskim, nie są tak popularne jak piłka nożna czy inne dyscypliny, więc trudniej przebić się do świadomości ludzi. A przecież ta młodzież też potrzebuje wsparcia.

My jako zawodnicy staramy się młodym pomagać, ale wszystko kosztuje: sprzęt, wyjazdy, treningi, zawody. Jeżeli nie będzie wsparcia i zainteresowania, to samemu trudno to wszystko ciągnąć. Chciałbym, żeby więcej osób zobaczyło, że na kręgielni naprawdę dużo się dzieje.

Start Gostyń ma długą tradycję. Co dla Ciebie znaczy gra w tym klubie?

Start Gostyń ma ponad 70 lat historii. Dla mnie gra w tym klubie to przyjemność, frajda, możliwość uprawiania dyscypliny, którą lubię, ale też spotykania się z ludźmi.

To są naprawdę fajni ludzie, z którymi można porozmawiać na każdy temat. To nie jest tylko sport. Spotykamy się na treningach i meczach, ale wiemy też coś o sobie. Współpraca z tym środowiskiem to dla mnie duża frajda.

W kręglarstwie nie zawsze łatwo znaleźć wszystkie wyniki, ale tych sukcesów trochę się uzbierało. Które są dla Ciebie ważne?

Trochę tego było. W 2010 roku z Karolem zdobyliśmy mistrzostwo Polski par w Gostyniu. W 2016 roku było trzecie miejsce w mikstach w Poznaniu. W 2018 roku w Tarnowie Podgórnym zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski par. W 2020 roku było wicemistrzostwo drużynowe w Lubinie.

Z Adrianem stawaliśmy na podium mistrzostw Polski par. Było trzecie miejsce we Wronkach i wicemistrzostwo w Pucku. W 2025 roku we Wronkach zdobyliśmy drużynowe mistrzostwo Polski w grze do pełnych w składzie Adrian Zagata, Bogusław Zagata i Andrzej Zagata.

Do tego dochodzą starty zagraniczne. Były podia w Bohuminie, Czeskiej Lipie i Kromieryżu. W zawodach międzynarodowych udało nam się też wygrywać jako drużyna.

Startowaliście też w Międzynarodowych Mistrzostwach Amatorów w grze sportowej.

Tak, startujemy tam nieprzerwanie od 2017 roku. To są mistrzostwa, w których biorą udział drużyny z Polski, Czech i Słowacji. Mówię „amatorów” w cudzysłowie, bo wielu zawodników kiedyś grało lub nadal gra na dobrym poziomie.

Na Słowacji i w Czechach są eliminacje, czasem nawet po kilkadziesiąt drużyn. U nas tych drużyn jest mniej, więc dostaliśmy zaproszenie i regularnie jeździmy.

W 2018 roku zajęliśmy drugie miejsce w Czeskiej Trzebowej. W 2021 roku było trzecie miejsce w Rychnovie nad Kněžnou. W 2022 roku wygraliśmy zawody w Gostyniu. W 2025 roku było trzecie miejsce w Pleszewie.

To fajna rywalizacja, ale też fajne spotkanie z Czechami i Słowakami. Jest sportowa walka, ale można też porozmawiać, pożartować i dobrze się bawić.

Były też te mniej lubiane miejsca tuż za podium.

Oczywiście. W sporcie były medale, ale były też czwarte i piąte miejsca na mistrzostwach Polski. To są najmniej lubiane miejsca, ale ktoś też musi być czwarty. Nie zawsze zdobywa się medale.

W ostatnim czasie dużo dobrego dzieje się też w kobiecej drużynie Startu Gostyń.

Tak, dziewczyny zrobiły ogromny wynik. To grupa trenowana przez Zbyszka Klimańskiego i Włodka Dutkiewicza. Najpierw była praca z młodszymi zawodniczkami, później dziewczyny dorosły do wieku, w którym można było wystawić drużynę.

W zeszłym roku udało się wystawić drużynę po raz pierwszy i dziewczyny zajęły czwarte miejsce. W tym roku powalczyły już o mistrzostwo Polski i udało się je zdobyć. Dla Gostynia to ogromny sukces, tym bardziej że drużyna żeńska istnieje krótko.

My jako zawodnicy bardzo się z tego cieszymy. Liczymy, że taki sukces sprawi, że na kręgielnię przyjdzie więcej młodzieży. Jeśli będzie więcej chętnych, dyscyplina ma szansę się w Gostyniu rozwijać.

Są też sukcesy młodych zawodniczek i zawodników na arenie międzynarodowej.

Tak. Dwie dziewczyny ze Startu Aleksandra Banaszak i Zuzanna Lisiecka wystartowały w mistrzostwach świata do lat 23 i bardzo niewiele zabrakło im do medalu. Czwarte miejsce na świecie to i tak ogromny sukces.

Aleksandra Banaszak ma za sobą bardzo dobre starty międzynarodowe, a Dominik Dutkiewicz również zdobywał medale na wielkich imprezach. Te sukcesy bardzo cieszą, bo pokazują, że w Gostyniu są zawodnicy, którzy mogą rywalizować na naprawdę wysokim poziomie.

Jak zachęciłbyś młode osoby, które myślą, że kręgle to mało popularny sport i może nie warto próbować?

Ciężko jest zachęcić młodzież, bo nie przebijemy się tak łatwo z dyscyplinami olimpijskimi. Kręgle nie są sportem olimpijskim i chyba nigdy nie będą. Ale osoby, które przychodzą do nas pierwszy raz, często się wciągają i zostają.

Jest Gostyńska Liga Kręglarska, która działa od wielu lat i przewinęło się przez nią bardzo dużo ludzi. Czasem grali rodzice, później na kręgle trafiały ich dzieci.

Kiedy mój syn był młodszy, brałem grupy przedszkolne dwa razy do roku na kręgielnię, żeby pokazać dzieciom, czym są kręgle. Później, kiedy poszedł do szkoły, jego klasę też zabierałem na kręgielnię. Chciałem pokazać, że kręgle to nie tylko bowling i zwykłe rzucanie kulą. To może być sposób na uprawianie sportu.

Może gdyby kręgle były lepiej rozpropagowane w szkołach, więcej młodych osób by spróbowało. Na razie cieszymy się z tych, których mamy.

Mówiłeś już o rodzinie i o tym, jak wspierał Was tata. Czy są jeszcze osoby, którym jesteś szczególnie wdzięczny?

My jako bracia bardzo się wspieramy. Jeżdżąc na zawody, często jesteśmy zdani na siebie. Nie mamy sztabu ludzi. Jedzie nas kilku i musimy sobie wzajemnie pomagać, podpowiadać, wspierać się.

Jeśli chodzi o ludzi związanych ze Startem Gostyń, dużo dobrego mogę powiedzieć o Włodku Dutkiewiczu. To człowiek, który wie, co doradzić i jak pomóc. W swoim czasie był jednym z najlepszych zawodników w Polsce, więc było od kogo brać przykład.

Start Gostyń miał i nadal ma wielu dobrych zawodników. Jesteśmy małym środowiskiem, więc musimy sobie pomagać. Nikt z zewnątrz nie przyjdzie i nie zrobi tego za nas.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz wesprzeć rozwój Sportowego Gostynia, możesz postawić mi kawę. Każde wsparcie pomaga tworzyć kolejne materiały. Dziękuję!

Prośba o kawę
Przewijanie do góry