Lech Poznań w Gostyniu to zdecydowanie coś więcej niż klub, którego mecze ogląda się w telewizji. Kibice z Gostynia i powiatu regularnie pojawiają się na stadionie przy Bułgarskiej oraz podczas wyjazdowych spotkań Kolejorza, a w samym Gostyniu trudno nie zauważyć murali pokazujących, jak silnie obecny jest tutaj Lech Poznań.
Za FC Gostyń kryją się jednak nie tylko mecze i wyjazdy. To również akcje charytatywne, pomoc dzieciom z Domu Dziecka w Bodzewie, zbiórki na renowację mogił powstańców wielkopolskich, patriotyczne iluminacje, turnieje, festyny oraz wiele innych inicjatyw.
O tym wszystkim opowiada Łukasz Andrzejewski, znany w kibicowskim środowisku jako „Rekin”, lider FC Gostyń. Zanim jednak jego życie w dużej mierze przeniosło się na trybuny, sam przez wiele lat biegał za piłką. I właśnie od tego zaczęła się nasza rozmowa.

Z Kani do Korony. „Tam spędziłem większość swojej przygody z piłką”
Zanim pojawiły się wyjazdy za Lechem, sam trochę w piłkę pograłeś. Zaczynałeś w Kani Gostyń?
Tak, byłem w Kani, ale nie rozegrałem tam nawet jednego pełnego sezonu. Miałem kolegę z Goli, Jakuba Lwa, który przeniósł się z Kani do Korony Piaski i to on mnie namówił na przenosiny do klubu zza miedzy. W Koronie trenerem był wtedy Andrzej Rogala, który wcześniej przez chwilę trenował mnie również w Kani.
W Piaskach było mniej ludzi do grania i widziałem tam dla siebie większą szansę. Nie zastanawiałem się długo. Poszedłem do Korony i tak naprawdę właśnie tam spędziłem trzy czwarte swojej piłkarskiej przygody.
Przechodziłem przez kolejne roczniki, juniorów i w końcu miałem możliwość trenowania z seniorami. W pierwszym zespole byli wtedy między innymi Łukasz Fabich, Robert Norkiewicz, śp. Adam Kluczyk, Robert Przewoźny, Przemysław Czajka, Tomek Majchrzak, Karol Kręgielczak czy Nikodem Kozak. Dla młodego chłopaka możliwość trenowania z taką ekipą była czymś naprawdę fajnym.
Tym bardziej że z Goli do Piasków trzeba było jeszcze jakoś dotrzeć.
I właśnie to dzisiaj wspominam najlepiej. Nie miałem prawa jazdy, więc trzeba było kombinować. Kiedy trenowałem z juniorami, jechałem z Goli autobusem do Gostynia. Tam spotykałem się z trenerem Andrzejem Rogalą i razem jechaliśmy dalej na trening na Piaski.
Kiedy trening mieli seniorzy, pomagał mi Nikodem Kozak. On dojeżdżał z Siemowa i zabierałem się z nim z Goli. W pewnym okresie byłem tak nakręcony na piłkę, że praktycznie trenowałem dzień w dzień. Jak trening mieli juniorzy, szedłem do juniorów, a jak seniorzy, to starałem się być z seniorami. Rzadko kiedy chciałem coś odpuścić.
Dzisiaj człowiek patrzy na to inaczej. Wtedy nie zastanawiałem się, że trzeba dojechać autobusem, na kogoś poczekać czy kombinować z powrotem. Chciałem grać i tyle.
Derby z Kanią otworzyły drzwi do seniorów
Pamiętasz moment, kiedy poczułeś, że możesz dostać prawdziwą szansę w seniorskiej Koronie?
Bardzo dobrze pamiętam derby juniorów starszych z Kanią Gostyń. Mieliśmy wtedy naprawdę fajną drużynę. Grali z nami między innymi Przemek Ludwiczak, Dawid Górski, mój brat Marcin czy Kuba Żywicki. W Kani był między innymi Narcyz Gendera.
Wygraliśmy ten mecz, jeśli dobrze pamiętam, 2:0. Strzeliłem bramkę, drugą zdobył mój brat Marcin. Pamiętam Andrzeja Rogalę, który bardzo przeżywał ten mecz i cały czas próbował nas uspokajać.
Na spotkaniu byli też ludzie związani z pierwszym zespołem Korony, ze Zbigniewem Kordusem na czele. Po meczu dostałem propozycję, żebym zaczął trenować z drużyną występującą wtedy w czwartej lidze. To była dla mnie duża rzecz. Do podstawowego składu czwartej ligi nigdy się na dobre nie przebiłem, ale samo trenowanie z tymi zawodnikami bardzo dużo mi dawało.
Nie chcę dzisiaj na sto procent układać chronologii wszystkich trenerów, bo po tylu latach coś może mi się pomieszać. Pamiętam Zbigniewa Kordusa, Wojciecha Szumnego oraz Krzysztofa Michalskiego. Ważniejsze jest dla mnie to, że jako młody chłopak mogłem wejść do szatni z dużo bardziej doświadczonymi zawodnikami i zobaczyć seniorską piłkę od środka.
Sparing z Groclinem, którego nie da się zapomnieć
Właśnie wtedy wydarzył się jednak bardzo poważny wypadek.
Graliśmy sparing z Groclinem Grodzisk Wielkopolski. Co ciekawe, początkowo w ogóle miałem w nim nie wystąpić. Jeden z kolegów spóźnił się na odprawę i ostatecznie to ja wszedłem w jego miejsce.
W czasie meczu bardzo mocno zderzyłem się głową z przeciwnikiem. Doszło do tego, co potocznie określa się jako „połknięcie języka”. Pamiętam wszystko tylko przez mgłę. Pamiętam Roberta Norkiewicza, który podbiegł, i przede wszystkim Krzysztofa Michalskiego. Krzychu bardzo szybko zareagował i udrożnił mi drogi oddechowe. Do dzisiaj, kiedy się spotykamy, czasami do tego wracamy. Nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby wtedy nie zareagował.
Później zaczęła się długa historia z lekarzami. Przez mniej więcej pół roku jeździłem po szpitalach. Pojawiły się problemy związane z uszkodzeniem nerwu i zanikiem jednego z mięśni. Bywało, że wstawałem i nie czułem części ciała. Ostatecznie udało się to wyleczyć i nerw stopniowo się odbudował.
A Ty oczywiście wróciłeś do piłki.
Oczywiście. Rodzice byli zdecydowanie przeciwni, żebym znowu grał. Mama najbardziej. Trochę ją oszukiwałem. Mówiłem, że jadę na siłownię, a tak naprawdę jechałem na trening Korony.
Dzisiaj można się z tego śmiać, ale wtedy piłka była dla mnie wszystkim. Człowiek miał 18 lat i kompletnie nie wyobrażał sobie, że miałby z tego zrezygnować.
„Karta za kartę”. Bracia zamienili się klubami
Później z Korony trafiłeś do Szewy Gostyń i też wiąże się z tym ciekawa historia.
Mój brat Marcin grał wtedy w Szewie, a ja w Koronie. Ostatecznie po prostu zamieniliśmy się klubami. Pamiętam spotkanie na parkingu. Przyjechał prezes Ludwiczak, był Remigiusz Jerszyński i dogadywano szczegóły. Nie było pieniędzy, piłek czy żadnych dodatkowych rozliczeń. Po prostu karta za kartę. Marcin poszedł w jedną stronę, ja w drugą.
Kiedy trafiłem do Szewy, drużyna była już w okręgówce. Nie uczestniczyłem więc w jej wcześniejszych awansach z B klasy i A klasy. Na początku wszystko wyglądało jeszcze dość normalnie – treningi, sporo ludzi. Później frekwencja zaczęła spadać i zdarzały się treningi w pięciu czy sześciu.
Reniu Jerszyński był tam trenerem, kapitanem, mentorem, właściwie człowiekiem-instytucją. Ale dla mnie takim bardzo ważnym piłkarskim mentorem był w Szewie Paweł „Wasyl” Wasielewski. Trzymał środek pola i umiał zarządzać drużyną. Grałem też między innymi z Arkadiuszem Brandysem, Dawidem Górskim czy Bartkiem Staryczenko. Gostyń jest niewielki, więc te transfery pomiędzy Kanią, Koroną, Szewą, Lwem Pogorzela czy innymi klubami były czymś normalnym. Wszyscy się znali.
Gola też miała swoją mocną ekipę
Zresztą piłka zaczęła się u ciebie jeszcze wcześniej, na zwykłych boiskach w Goli.
My jesteśmy jeszcze z tych czasów, kiedy właściwie całe dnie spędzało się z piłką pomiędzy blokami albo na boisku.
W Goli mieliśmy naprawdę mocną ekipę. Byłem ja, mój brat Marcin, Kuba Żywicki, Krzychu Banaszak, który był bardzo dobrym bramkarzem, i wielu innych chłopaków. Jak przyjeżdżaliśmy do Gostynia na turnieje szkolne, choćby te organizowane w Szkole Podstawowej nr 2, to zazwyczaj byliśmy gdzieś w czołówce. Zdarzyło nam się chyba nawet raz wygrać finał z SP5.
Graliśmy też w gostyńskiej „Koziej Lidze”. Zawsze szanowaliśmy to, skąd jesteśmy. Moja babcia mieszkała z kolei na osiedlu Łokietka w Gostyniu i znałem sporo chłopaków z tamtej części miasta. Śmiali się czasami, żebym przestał grać „dla Goli” i przyszedł do nich na Góry. Ale Gola zawsze była dla mnie ważna i tak jest do dzisiaj.
Lew Pogorzela, Kłos Rokosowo i kontuzje, które powiedziały „stop”
Po Szewie były jeszcze kolejne kluby.
Był Lew Pogorzela. Trener Leśnik bardzo dobrze znał mnie i mojego brata. Przyjechał nawet do nas do domu i przekonał nas, żebyśmy spróbowali. Pograliśmy tam chyba pół roku albo rok.
Później wraz z Reniem Jerszyńskim graliśmy dla Kłosa Rokosowo za namową Arka Kozaka. I tam przed sezonem czułem się kapitalnie. Grałem praktycznie w każdym sparingu, strzelałem po dwie, trzy bramki. Czułem, że wszystko mi wychodzi. I właśnie podczas Memoriału Jana Dopierały zerwałem więzadło krzyżowe.
Wróciłem jeszcze do grania. Był też epizod przy reaktywowanej Koronie w B klasie, kiedy trenerem był Dominik „Broda” Jankowiak. Znowu spotkało się sporo znajomych twarzy. Ale później na lidze halowej, grając w drużynie Wieczorek, ponownie zerwałem więzadło. Wtedy powiedziałem sobie: wystarczy. Za dużo rehabilitacji, czasu i cierpienia. Piłka została ze mną, ale coraz mocniej przenosiłem ją z boiska na trybuny.
Pierwsze mecze Lecha i znajomość z Reniem
Pamiętasz pierwszy mecz Lecha przy Bułgarskiej?
Jednym z pierwszych, które mocno zapamiętałem, był mecz z Nancy w europejskich pucharach w 2008 roku. Pojechaliśmy wtedy grupą związaną z Koroną Piaski.
Później poznałem chłopaków z Kolejorza Gostyń, między innymi Renia Jerszyńskiego. Z Reniem od początku złapałem bardzo dobry kontakt. On zresztą jest dla mnie legendą nie tylko, jeśli chodzi o lokalną piłkę, ale również jeśli chodzi o wyjazdy za Lechem.
Pierwszy mój poważniejszy wyjazd ligowy to, o ile dobrze pamiętam, okolice 2009 roku i Odra Wodzisław. Później człowiek wchodził w to coraz mocniej. I tak z boiska przeszedłem na trybuny.
Florencja. „To były dwie minuty wycięte z życia”
Jeżeli miałbyś wybrać jeden zagraniczny wyjazd za Lechem?
Florencja w 2023 roku. Zdecydowanie. Oczywiście sam mecz był niesamowity, ale jeszcze zanim dotarliśmy na stadion, mieliśmy trochę przygód.
Duża grupa jechała z Gostynia autokarem, natomiast ja z Reniem i jeszcze kilkoma osobami lecieliśmy samolotem do Bolonii. Pamiętam, że gdzieś już podczas podróży dostaliśmy informację o problemach na trasie kolejowej Bolonia–Florencja. Było zamieszanie i przez chwilę naprawdę nie wiedzieliśmy, jak dotrzemy na mecz.
Poruszyliśmy kontakty. Pomogli nam chłopacy z Leszna i znajomy z Poznania, którzy odebrali nas z lotniska. Później jeszcze musieliśmy dostać się z miejsca, gdzie mieliśmy nocleg, w stronę stadionu. Nie wszystko tam dojeżdżało, kawałek szliśmy pieszo, a do tego złapała nas potężna ulewa. Na stadion weszliśmy właściwie kompletnie przemoczeni.
Sam Artemio Franchi zrobił na tobie wrażenie?
Tak, ale zupełnie inne, niż ktoś mógłby pomyśleć. Jak wszedłem na stadion, to pierwsze skojarzenie było: stara Bułgarska. Bardzo stary obiekt. Woda, przeciekające miejsca, toalety, wszystko miało taki klimat stadionu sprzed wielu lat. We Włoszech zresztą trochę tak jest. Widziałem już kilka stadionów i często z zewnątrz czy z trybun mają ogromną historię, a zaplecze potrafi człowieka cofnąć o kilkadziesiąt lat.
Nawet San Siro, na którym byłem kilka razy dzięki temu, że w jakiś tam sposób sympatyzuję również z Milanem, robi ogromne wrażenie jako stadion, ale kiedy wejdziesz do niektórych toalet i zobaczysz stare rynny, przypomina ci się szkoła podstawowa sprzed wielu lat. Ale takie miejsca mają właśnie swój klimat.
A później przyszło 3:0 dla Lecha we Florencji.
I tego nie da się opisać. Przed meczem mało kto wierzył, że po wyniku pierwszego spotkania można jeszcze coś zrobić. A nagle Artur Sobiech strzela na 3:0. Dla mnie to były dosłownie dwie minuty wycięte z życia. Ludzie rzucali się sobie na szyję, spadali po rzędach, każdy był gdzieś indziej niż sekundę wcześniej.
Byliśmy tam dużą grupą kibiców Lecha i przez moment naprawdę wierzyliśmy, że wydarzy się cud. Takich emocji nie da się później odtworzyć przed telewizorem. Trzeba być na stadionie.
FC Gostyń – historia zaczęła się dużo wcześniej
Dzisiaj jesteś liderem FC Gostyń, ale często podkreślasz, że obecna grupa nie zaczęła tej historii.
Bo tak jest. My niczego nie stworzyliśmy od zera. Gostyń był mocno związany z Lechem już w latach 90. To poprzednie pokolenia stworzyły markę FC Gostyń w Poznaniu. Część tych ludzi do dzisiaj pojawia się na meczach.
My po prostu kontynuujemy to, co zaczęli inni. Za jakiś czas przyjdą kolejni i będą musieli kontynuować to po nas. Dla mnie FC Gostyń nie oznacza zresztą wyłącznie miasta. To jest cały powiat gostyński. Dzisiaj mamy osoby właściwie z całego regionu – z Gostynia, Krobi, Piasków, Pogorzeli, gminy Borek, Pępowa czy innych miejscowości.
Często powtarzam, że Gostyń jest małym landem pod względem powierzchni, ale dużym sercem.
„Świat kibicowski bez zasad by nie istniał”
Co właściwie oznacza należeć do fanclubu?
To nie jest zapisanie się do jakiegoś stowarzyszenia, opłacenie składki i powiedzenie: „jestem”. Świat kibicowski opiera się na zasadach. Bez zasad by nie istniał. Najważniejszy zawsze pozostaje Lech i wyjazdy za klubem. To tam mamy możliwość spotkania się i to tam rodzą się pomysły, które potem przekształcamy w ważne dla Nas czyny. Często mówię, że wyjazd jest rzeczą świętą. Jeżeli jesteś częścią fanclubu, musisz dawać coś od siebie. Nie chodzi tylko o pieniądze czy pokazanie się na jednym ważnym spotkaniu. Dla Nas stadion jest „kościołem”, a Lech Poznań „religią”.
Trzeba być częścią grupy, angażować się, pomagać w różnych działaniach i rozumieć, że pewne rzeczy wymagają czasu. Dlatego ostrożnie podchodzimy też do nowych osób. Nie chcemy kogoś, kto co dwa miesiące ma nową zajawkę, a później znika. Oczywiście życie się zmienia, pojawiają się rodziny, dzieci, praca za granicą lub na zmiany, choroby. Każdy ma inną sytuację.
Ale najważniejsze jest podejście i jeśli jesteś członkiem FC, musisz w tym wolnym czasie znaleźć miejsce dla Kolejorza. Ja sam mam tak, że jeśli już za coś się zabieram, chcę zrobić to na sto procent, bo tylko wtedy mam z tego satysfakcję.
„Nie widać tego, ale przy tym naprawdę jest dużo pracy”
Patrząc z boku, kibicowanie kojarzy się przede wszystkim z meczem. Tymczasem sporo rzeczy dzieje się pomiędzy spotkaniami.
Bardzo dużo. Ktoś musi dopilnować organizacji, wyjazdów, różnych zapisów, akcji charytatywnych oraz patriotycznych, gadżetów, karnetów, finansów, mediów społecznościowych. Mamy to między sobą podzielone. Są ludzie odpowiedzialni za konkretne rzeczy, a ja jako lider staram się nad całością czuwać.
Często pomysły rodzą mi się na stadionie, przedstawiam je grupie, dyskutujemy. Ktoś coś zmieni, ktoś powie, że można zrobić lepiej i dochodzimy do wspólnego rozwiązania. To wszystko kosztuje dużo czasu. Jeżeli mamy w danym tygodniu kilka rzeczy do zrobienia, potrafię praktycznie codziennie po pracy usiąść do komputera i wszystkiego przypilnować.
Ale ja już taki jestem. Jeśli robimy graffiti – ma być zrobione konkretnie. Jeżeli robimy zbiórkę – musi być przygotowana konkretnie. Jeśli podejmujemy się pomocy komuś – chcę to doprowadzić do końca.
„Kibicuj z Klasą” i młode pokolenie
Dużo uwagi poświęcacie też dzieciom i młodzieży.
Bo jeżeli nie będzie młodzieży, to nie będzie przyszłości w FC Gostyń oraz w innych fanclubach. W ciągu ostatnich lat przekazaliśmy pobliskim przedszkolom w całym powiecie blisko 1000 kamizelek odblaskowych z Naszym Logo po to, aby dzieci czuły się bezpiecznie podczas swoich spacerów, ale po to też, żeby oswajały się z herbem Kolejorza i od małego wiedziały coś o tym klubie.
Dlatego korzystamy między innymi z akcji „Kibicuj z Klasą”. Zabieramy dzieci na Lecha od lat i chcemy pokazać im stadion i całą otoczkę. Czasami takie dziecko wróci do domu, powie ojcu czy mamie, że chce jeszcze raz pojechać i później na mecz jedzie już cała rodzina. Właśnie o to chodzi. Nie o jeden mecz, tylko o zaszczepienie zainteresowania.
Robiliśmy też integracje dla członków FC i ich rodzin. To było dla nas ważne, bo rodziny mogły zobaczyć od środka, czym tak naprawdę się zajmujemy. Że to nie jest tylko wyjazd na 90 minut i powrót do domu. Zdało to egzamin w 100%, bo w następnym sezonie zostaliśmy najlepszą grupą wyjazdową.
Dzisiaj widać też pokoleniowość. Są ojcowie, którzy od lat jeżdżą na Lecha, a teraz coraz częściej zabierają swoje dzieci. Niektórzy młodzi mają już naprawdę sporą liczbę wyjazdów. To jest przyszłość.
„Mi też kiedyś ludzie pomagali”
Skąd u ciebie taka potrzeba organizowania akcji charytatywnych?
Sam miałem w życiu trudne momenty i wtedy bardzo dużo osób mi pomogło. Ja o tym pamiętam. Może dlatego dzisiaj, kiedy widzę człowieka, którego znam i wiem, że naprawdę potrzebuje pomocy, dużo łatwiej jest mi podjąć decyzję: robimy coś.
Często mówię, że pomagamy „swoim”. Nie chodzi o to, że inni nas nie interesują. Po prostu Gostyń jest mały. Znamy ludzi, znamy ich rodziny, wiemy, jaka jest sytuacja. Jeżeli bierzemy odpowiedzialność za dużą akcję, chcemy mieć pewność, że wiemy, dla kogo i po co ją robimy. W innych przypadkach możemy przekazać koszulkę, gadżet, pomóc przy licytacji czy wystawić drużynę w turnieju. Nie jesteśmy jednak w stanie organizować wszystkiego dla wszystkich.
Tomek Pytel. Z Pudliszek do Goli
Jedną z pierwszych dużych akcji była pomoc Tomkowi Pytlowi.
Tomek był moim kolegą jeszcze ze szkoły podstawowej. Znałem jego rodzinę i sytuację, więc właściwie nie było pytania, czy pomagać. Wcześniej odbywała się już impreza dla niego w Pudliszkach, organizowana przez inne osoby. My też pomagaliśmy, zdobywaliśmy gadżety.
Później stwierdziliśmy jednak: dlaczego nie zrobić czegoś w Goli? Tomek właśnie tam się wychował, tam wszyscy go znali. Wiedzieliśmy, że jeżeli zrobimy imprezę u niego, lokalna społeczność bardzo mocno się zaangażuje. I tak się stało. Zorganizowaliśmy turniej, licytacje, zdobywaliśmy sportowe gadżety, był catering. Wszystko było robione dość szybko, a efekt przerósł nasze oczekiwania. To chyba wtedy zobaczyliśmy na poważnie, że jako grupa jesteśmy w stanie zrobić naprawdę dużą akcję.
Winda dla Mateusza. „To już nie była jedna licytacja”
Później była również długa akcja dla Mateusza Poznańskiego.
Mateusz choruje na dystrofię mięśniową Duchenne’a. Z roku na rok był coraz cięższy i rodzicom coraz trudniej było wynosić czy wnosić go do mieszkania, które znajdowało się na piętrze. Potrzebna była platforma, dzięki której mógłby samodzielnie wychodzić na zewnątrz. I tu już nie chodziło o jedną imprezę. Robiliśmy licytacje, zbieraliśmy gadżety, pomagali ludzie z różnych środowisk sportowych. Bardzo mocno włączył się Damian Wrzesiński. Zbieraliśmy też podczas wyjazdów na mecze Lecha.
Później przyszła pandemia, ceny poszły w górę i okazało się, że na samą platformę wystarczy, ale trzeba było jeszcze wymienić drzwi zewnętrzne, zrobić podjazd przed kamienicą, balustradę na schodach, zmodyfikować instalację elektryczną oraz inne rzeczy. Pomogło też PCPR i ostatecznie wspólnymi siłami się udało.
To jest właśnie coś, co daje największą satysfakcję. Nie zdjęcie z licytacji czy liczba polubień, tylko świadomość, że ktoś dzięki tej pracy może normalniej funkcjonować.
Festyn dla Adasia. „To przerosło wszystko, co sobie zakładaliśmy”
Największą akcją był chyba festyn dla Adasia w Goli w 2024 roku?
Dla mnie zdecydowanie. Ojciec Adasia, Albin, jest moim przyjacielem właściwie od urodzenia. Jeździł też z nami kiedyś na Lecha. Kiedy pojawiła się choroba Adasia, nie było wątpliwości, że trzeba pomóc.
Ja przed każdą taką imprezą jestem człowiekiem, który myśli o wszystkim, co może pójść źle. Zawsze próbuję mieć plan A, plan B, a najlepiej jeszcze plan C. Przed festynem wziąłem urlop. Chciałem dopilnować wszystkiego – atrakcji, licytacji, sponsorów, nagłośnienia, gadżetów, ludzi.
Pomogła nie tylko Gola. Włączyły się również okoliczne sołectwa, między innymi Sikorzyn, Krajewice i wiele innych miejscowości. Strażacy, firmy, prywatni darczyńcy – tych ludzi było naprawdę mnóstwo. Zakładaliśmy sobie przed imprezą, że jeżeli uda się zebrać 50–60 tysięcy złotych, będziemy zachwyceni. Ostatecznie uzbieraliśmy prawie 100 tysięcy złotych.
Pamiętasz moment, w którym dotarło do ciebie, jaka to jest kwota?
Pamiętam bardzo dobrze. Festyn miał się skończyć chyba około godziny 19 albo 20. Wszystko się jednak przeciągnęło. Było tyle emocji, ludzi, liczenia, rozmów, że nikt właściwie nie chciał od razu jechać do domu. Osoby z różnych sołectw, które nam pomagały, początkowo mówiły: skończymy swoje i jedziemy. A na końcu zostały. Wszyscy chcieli zobaczyć, jak to się skończy.
Ja byłem kompletnie wykończony. Usiadłem i patrzyłem na to wszystko z boku. Jak zobaczyłem wynik i ile osób się zaangażowało, to naprawdę łezka się w oku pojawiła. To jest taki dzień, którego chyba nigdy nie zapomnę.
Świderski, Wrzesiński, Szeremeta – wszystkie kontakty poszły w ruch
Przy takich wydarzeniach bardzo pomagają też sportowe kontakty.
Uruchamiamy właściwie wszystko, co mamy. Na festyn dla Adasia udało się zdobyć naprawdę dobre gadżety. Były koszulki meczowe, rzeczy od zawodników, nagrania od sportowców. Pomagali między innymi Damian Wrzesiński, Karol Świderski, Filip Bednarek, Julia Szeremeta czy Tomasz Dylak.
Jeżeli ktoś daje ci koszulkę meczową, nagrywa film dla dziecka czy po prostu pomaga w kontakcie, to później chcę o tym pamiętać. To jest dla mnie bardzo ważne.
Dlatego tak pilnujesz podziękowań?
Tak. Po każdej akcji najbardziej boję się, że o kimś zapomnę. Jeżeli ktoś nam pomaga, staramy się mu później podziękować. Czasem pisemnie, czasem jakimś gadżetem. Nawet jeśli ktoś mówi: „nie trzeba”, to ja i tak uważam, że powinien coś od nas dostać.
Dzisiaj ktoś pomaga nam. Jutro role mogą się odwrócić. Nikt z nas nie wie, co go kiedyś spotka.
Pomagacie nie tylko ludziom. Co roku przed zimą organizujecie również zbiórkę karmy dla zwierząt.
Tak, od kilku lat przed okresem zimowym zbieramy karmę i inne potrzebne rzeczy dla zwierząt ze schroniska w pobliskich Dalabuszkach. To już stały punkt naszych działań. Zimą potrzeby takich miejsc są szczególnie duże, dlatego staramy się co roku dołożyć swoją cegiełkę i zachęcić do pomocy również innych mieszkańców Gostynia i powiatu.
Dom Dziecka w Bodzewie. Od „misz-maszu” do równych paczek
Szczególne miejsce zajmuje w waszej działalności Dom Dziecka w Bodzewie.
Tak i dopóki będę miał na to wpływ, chciałbym, żebyśmy tam wracali. Zaczęło się między innymi od zabierania dzieci na mecz Lecha. Kiedy zobaczyliśmy ich radość, stwierdziliśmy, że to ma sens.
Pierwszą świąteczną akcję robiliśmy, jeśli dobrze pamiętam, również ze strażakami z Pudliszek. Przywieźliśmy wtedy po prostu kartony różnych rzeczy – zabawki, gadżety, taki trochę misz-masz. Później pracownicy domu dziecka podpowiedzieli nam bardzo mądrą rzecz: lepiej przygotować każdemu dziecku równą paczkę. I od tego czasu właśnie tak robimy.
Przygotowujemy tyle podobnych paczek, ilu jest wychowanków. W jednym z ostatnich lat było ich 38. Największy problem jest taki, że najmłodsze dziecko może mieć cztery czy pięć lat, a najstarsza osoba około dwudziestu. Trzeba więc znaleźć rzeczy, które sprawią frajdę różnym grupom wiekowym.
Dlatego konsultujemy też z placówką, co faktycznie może się przydać. Do tego dokładamy dużo rzeczy związanych z Lechem i cieszy nas to, gdy widzimy, że te gadżety faktycznie sprawiają im radość i będą im po prostu służyć.
„Zawsze chcemy, żeby było coś wow”
Same paczki to jednak dla was za mało.
Zawsze staramy się zrobić jeszcze coś dodatkowego. Coś „wow”. Był z nami Damian Wrzesiński. Była specjalna koszulka Mikaela Ishaka, były piłki czy inne rzeczy od zawodników.
A w ubiegłym roku przyjechał z nami Mateusz Skrzypczak. Miał zostać chyba około godziny. Zobaczył jednak całą otoczkę, dzieci, atmosferę i ostatecznie spędził z nami kilka godzin. Później jeszcze zjedliśmy wspólnie kolację. To było dla nas bardzo fajne, bo nie chodziło o to, żeby piłkarz wszedł, zrobił jedno zdjęcie i pojechał. On naprawdę tam został z tymi dzieciakami.
Mateusz obiecał też, że jeszcze do nich wróci. Jest pomysł, żeby zrobić wspólne ognisko i pograć z dziećmi w piłkę. Mam nadzieję, że uda się to zrealizować.
Zbiórka Powstańcza. „Na początku sami nie wiedzieliśmy, jak się za to zabrać”
Drugą bardzo charakterystyczną działalnością FC Gostyń jest Zbiórka Powstańcza. W 2025 roku odbyła się już po raz czwarty w powiecie gostyńskim.
Tak, ale szkoda trochę, że zaczęliśmy dopiero tak późno tę szlachetną akcję. Przez kilka lat rozmawialiśmy o tym, że warto byłoby dołączyć, bo zbiórka trwa już w Wielkopolsce od 17 lat. Tylko po prostu nie wiedzieliśmy, jak się za to zabrać, żeby wszystko wyszło jak należy. Z kim rozmawiać, jak wybierać groby, jakie są formalności.
Dużą rolę odgrywa tutaj jeden z Naszych członków, który interesuje się historią Powstania Wielkopolskiego i zajmuje się u nas tym obszarem. My go wspieramy, ale jeśli chodzi o historię powstańczą, to właśnie on jest dla nas osobą, która pilnuje wielu rzeczy.
Pierwsza zbiórka była trochę niewiadomą. I pojawiały się komentarze: „nawet na cmentarzach już zbierają”. Nie wszyscy od razu rozumieli, o co chodzi.
Na początku nie wszyscy byli przekonani
Pojawiały się również problemy organizacyjne?
Tak. Były sytuacje, kiedy ktoś miał zastrzeżenia do zbierania w okolicach cmentarza czy w czasie mszy. My zawsze staraliśmy się stać przed cmentarzem, mieć oznaczone puszki, identyfikatory i wszystko robić normalnie, bo przecież zbiórka za każdym razem była zgłoszona i miała nadany numer, co świadczyło o legalizacji tego wszystkiego.
Z czasem zaczęło się to zmieniać. Ludzie zobaczyli, co dzieje się z tymi pieniędzmi. Zobaczyli pierwsze odnowione nagrobki. Pomagają nam też parafie. Na przykład księża pomagają czasami znaleźć rodzinę zmarłego albo ustalić, kto opiekuje się grobem. Są miejsca, gdzie mówi się o zbiórce podczas ogłoszeń. Święta Góra również nas wspierała.
Dzisiaj jest dużo łatwiej, bo możemy ludziom pokazać konkret: tutaj był stary pomnik, tutaj jest odnowiony.
Pierwszy grób nauczył ich, żeby wszystko mieć na papierze
Jedna z pierwszych renowacji skończyła się nawet groźbą zgłoszenia sprawy na policję.
Tak. I to była dla nas bardzo dobra lekcja. My byliśmy przekonani, że wszystko mamy załatwione. W dokumentach parafialnych nie było kontaktu do rodziny, więc dostaliśmy zgodę parafii na wykonanie prac, ale ustną. Po renowacji pojawił się jednak zarzut, że zrobiliśmy coś bez zgody opiekuna grobu. Zrobiło się zamieszanie, pojawiły się nawet teksty o policji.
Ostatecznie okazało się, że grobem opiekowała się pani, która uczyła Nas wychowania fizycznego w gimnazjum. Kiedy dowiedziała się, co zostało zrobione, zamiast mieć do nas pretensje, po prostu nam podziękowała. Od tego momentu stwierdziliśmy: wszystko musi być na papierze. I tak jest do dzisiaj.
Od zgody rodziny do wojewody
Jak wygląda obecnie taka renowacja?
To jest cały proces. Najpierw trzeba znaleźć grób i potwierdzić, że dana osoba faktycznie była Powstańcem Wielkopolskim. Później znaleźć rodzinę albo osobę opiekującą się mogiłą. Jeżeli takich osób nie ma, potrzebna jest zgoda zarządcy cmentarza czy parafii. Dokumentacja trafia dalej i trzeba przejść wszystkie formalności. Dopiero kiedy wszystko jest zaakceptowane, można działać.
To nie jest tak, że dzisiaj wybieramy grób, a jutro przyjeżdża kamieniarz. Czasami trwa to miesiącami. Ale dzięki współpracy ze Stowarzyszeniem Kibiców Kolejorz zdarza się też, że do naszego powiatu wracają na renowacje większe pieniądze niż te, które sami lokalnie zebraliśmy. Dla mnie to ogromny sukces, bo pokazuje, że nasza aktywność jest zauważana.
Marian Węclewicz i „Twarze Powstania”
Jednym z najważniejszych odnowionych miejsc jest grobowiec Mariana Węclewicza i Franciszka Polaszka.
Tak. To była bardzo ważna realizacja, również dla samego Gostynia. Marian Węclewicz był wyjątkową postacią w historii miasta. W grobowcu spoczywa również inny powstaniec Franciszek Polaszek oraz członkowie ich rodziny.
To był już duży projekt i sporo formalności. Trzeba było odnaleźć rodzinę i uzyskać zgody. Pomnik nie mógł zmienić wizerunku, bo taka była prośba rodziny. Później ten temat połączył się też z inicjatywą „Twarze Powstania. Gostyń”, stworzoną wspólnie przez lokalne środowiska i GOK Hutnik w osobie dyrektora Tomasza Bartona.
I właśnie o to chodzi. My możemy zrobić swoją część jako kibice, ktoś inny wnosi wiedzę historyczną, miasto czy instytucje swoją część i wspólnie powstaje coś, co zostaje na lata. Groby odnawialiśmy nie tylko w samym Gostyniu. Działania obejmowały też inne miejscowości powiatu – Pępowo, Borek Wielkopolski, Krobię, Strzelce Wielkie. Chcemy, żeby co roku coś udało się zrobić.
Obecnie walczymy o to, aby na cmentarzu parafialnym w Gostyniu była na wejściu mapka cmentarza z zaznaczonymi wszystkimi grobami powstańców, aby ludzie wiedzieli, gdzie ich szukać, bo często Nas pytają podczas zbiórki o poszczególne wyremontowane mogiły. Tutaj liczymy na pomoc gostyńskiego muzeum, gminy Gostyń oraz zarządcy cmentarza, czyli proboszcza parafii. W innych miastach to mają i naprawdę jest to bardzo przydatne.
27 grudnia i 21 października
Wasza działalność patriotyczna to nie tylko cmentarze.
Od kilkunastu lat uczestniczymy w obchodach rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Na gostyńskim rynku robimy iluminację z racami oraz pirofolią. Dla nas połączenie Lecha, Wielkopolski i pamięci o Powstaniu jest czymś naturalnym. W okresie rocznicy powstania zapalamy też ponad 300 zniczy na mogiłach powstańców na terenie całego powiatu i między innymi wtedy wizualnie oceniamy, które groby wymagają remontu, ale oczywiście ludzie też sami Nam je zgłaszają.
Drugą bardzo ważną datą jest 21 października – rocznica rozstrzelania przez Niemców mieszkańców Gostynia i okolicy w 1939 roku. Po mszy idziemy na rynek. Kiedy stoją tam rodziny pomordowanych, część z nich na balkonie ratusza razem z przedstawicielami miasta, odpalamy race i oddajemy hołd tym ludziom.
Krzyczymy „Cześć i chwała bohaterom”. To nie jest dla nas jakaś pokazowa akcja. Chodzi o pamięć. Ci ludzie byli ważni dla naszego miasta i naszego regionu.
Murale. „Byłem przy prawie każdym od A do Z”
Drugą rzeczą, którą w Gostyniu trudno przeoczyć, są wasze murale.
Jest ich naprawdę dość dużo i rzeczywiście jak na takie małe miasto jak Gostyń, to sporo. Naszym celem było kiedyś, żeby przy każdym ważniejszym wjeździe/wyjeździe z miasta pojawiło się coś związanego z Kolejorzem. I praktycznie udało się to zrobić – mamy graffiti w każdym takim miejscu.
Ale ktoś, kto przejeżdża samochodem albo przechodzi chodnikiem, widzi tylko gotowy obrazek. Nie widzi miesięcy pracy przed jego powstaniem. Najpierw musisz znaleźć ścianę czy mur. Potem właściciela. Zdobyć zgodę. Przygotować projekt. Czasami projekt wraca kilka razy, bo komuś coś nie pasuje. Dobierasz farby, przygotowujesz ścianę, rozmawiasz z grafikiem.
Przy prawie wszystkich muralach byłem od początku do końca. Siadałem z naszym grafikiem, rozmawialiśmy o każdym szczególe. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale zawsze dochodziliśmy do kompromisu. Dlatego jestem z nimi emocjonalnie związany.
„Zniszczenie muralu boli bardziej, niż komuś się wydaje”
Kilka z nich zostało zniszczonych.
I to mnie naprawdę bolało. Dla kogoś to jest farba na ścianie. Dla mnie to czasami pół roku rozmów, projektów, chodzenia po zgodę, przygotowywania ściany i pracy. Kiedy kilka grafik zostało zniszczonych, brałem nawet urlop w pracy, żeby od rana je czyścić i przygotować do ponownego malowania. Człowiek stoi kilka godzin i usuwa to, co ktoś zniszczył w kilka sekund. Ale odnawiamy je. Nie ma innej możliwości.
Gawrony – mistrzostwa zostaną na ścianie
Szczególne znaczenie ma mural na Gawronach.
Tak, bo do tej ściany podchodziliśmy chyba kilka razy.
Przez długi czas nie mogliśmy zdobyć wszystkich zgód właścicieli garaży. A nam bardzo zależało właśnie na tym miejscu, bo ściana wcześniej była zaniedbana i pomazana. W końcu się udało.
Na muralu są mistrzowskie daty Lecha. Teraz, kiedy odnawiamy grafikę, chcemy szczególnie wyróżnić 2022 rok – mistrzostwo na stulecie klubu – oraz 2026, czyli dziesiąty tytuł mistrza Polski. I najważniejsze: zostawiamy miejsce na kolejne. Oby za kilka lat trzeba było się zastanawiać, gdzie dopisać następne daty.
Pożegowo – jeden z najbardziej przemyślanych projektów
Który mural jest dla ciebie najbardziej wyjątkowy?
Każdy jest trochę inny, ale bardzo lubię ten na Pożegowie. To chyba nasza największa grafika i jest bardzo przemyślana. Jest motyw pociągu, bo przecież Lech to Kolejorz, a razem z nim jadą kolejne elementy związane z kibicowskim światem Lecha.
Pojawiają się tam również symbole ekip, z którymi Lech ma kibicowskie zgody – Arki Gdynia, Cracovii, ŁKS-u Łódź czy KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Całość ma swoją historię. To nie są przypadkowe elementy wrzucone na ścianę.
Koziołki na Wałach i dzieci robiące zdjęcia
Inny charakter ma grafika na gostyńskich Wałach.
Bo wiedzieliśmy, gdzie ona powstaje. Wały to miejsce związane z dziećmi – boisko, plac zabaw, miejsce spotkań. Dlatego nie chcieliśmy robić tam ciężkiej, typowo stadionowej grafiki.
Pojawiły się między innymi koziołki. To oczywiście symbol Poznania, ale można go też fajnie połączyć z Lechem. I kiedy jadę tamtędy i widzę dzieciaki robiące sobie przy tej grafice zdjęcia, to człowiek ma satysfakcję. Wtedy widzisz, że to żyje, że to ma sens.
Z Gostynia do Krobi. Pępowo na razie nie wyszło
Z muralami zaczęliście wychodzić również poza samo miasto.
Tak. Powstała grafika patriotyczna w Krobi, co dla nas też było ważne, bo FC Gostyń traktujemy jako cały powiat. Mieliśmy również gotowy pomysł w Pępowie. Była ściana, projekt, rozmowy, ale ostatecznie właściciel się wycofał i nic z tego nie wyszło.
Tak czasami wygląda ta działalność. Możesz poświęcić kilka miesięcy, a na ostatniej prostej usłyszeć „jednak nie”. Trzeba to uszanować i szukać innego miejsca. Na razie bardziej niż na nowych muralach chcemy się skupić na odnowieniu tych, które już mamy.
Fancluby spotykają się również na boisku
Twoja dawna piłkarska pasja przydaje się jeszcze podczas turniejów fanclubów?
Tak, FC Gostyń bierze udział w różnych turniejach środowiska kibicowskiego Lecha. Część z nich ma charakter charytatywny, więc znowu można połączyć piłkę, spotkanie z ludźmi i pomoc komuś.
Ja zawsze będę miał słabość do grania chociaż ostatnimi laty grywam naprawdę sporadycznie. Nieważne, ile czasu minęło od regularnej piłki – kiedy człowiek wychodzi na boisko, coś z dawnych czasów od razu wraca.
Pięć mistrzostw Lecha, które pamięta
Pamiętasz pięć mistrzostw Polski zdobytych przez Lecha w ostatnich kilkunastu latach. Każde smakowało inaczej?
Zdecydowanie.
2010
Pierwsze było dla mnie wyjątkowe, bo wszystko dopiero mocniej się zaczynało. Na decydujący mecz z Zagłębiem Lubin pojechaliśmy ekipą z Gostynia bez pewności, czy wszyscy dostaniemy się na stadion. Ostatecznie część chłopaków została poza stadionem.
Skończyliśmy później w pubie. Pamiętam, że stanąłem na stole i prowadziłem doping przez całe spotkanie . Wszyscy żyli tym meczem tak, jakbyśmy byli na trybunie. Pierwszego mistrzostwa się nie zapomina.
2015
To z kolei kojarzy mi się przede wszystkim z ogromnym napięciem. Ostatni mecz z Wisłą Kraków, 0:0. Człowiek patrzył na zegarek i chciał, żeby to już się skończyło. Lech ma chyba coś takiego, że mistrzostwa często musi zdobywać do ostatnich minut.
2022
To chyba smakowało najlepiej. Stulecie klubu i mistrzostwo Polski – nie mogło być lepszego połączenia. W tamtej drużynie bardzo lubiłem między innymi lewego obrońcę – Pedro Rebocho. W Gostyniu też chcieliśmy mocno zaznaczyć ten tytuł. Właśnie dlatego data 2022 jest tak ważna na muralu na Gawronach.
2025
To było kolejne wielkie święto i jednocześnie coś ważnego dla Gostynia. Po mistrzostwie puchar przyjechał po raz pierwszy do naszego miasta i mieszkańcy mogli zrobić sobie z nim zdjęcie na stadionie.
Dla mnie było ważne, żeby takie rzeczy pojawiały się również tutaj. Jeżeli mówimy, że Gostyń jest silnym ośrodkiem kibiców Lecha, to chcemy, żeby Lech był tutaj widoczny nie tylko na naszych flagach i muralach.
2026
Dziesiąte mistrzostwo i do tego obrona tytułu. To ma swoją wagę. Przez wiele lat wszyscy krytykowali sposób zarządzania klubem. Sami kibice też bardzo mocno krytykowali różne decyzje. A później przychodzi moment, kiedy trzeba mieć trochę pokory i powiedzieć: dobra, pewne rzeczy zostały zrobione dobrze.
Na jednym z ostatnich meczów pojawiło się też podziękowanie dla Tomasza Rząsy oraz właścicieli klubu . Dla mnie to był symbol tego, że kibice również potrafią docenić pracę ludzi, których wcześniej nieraz mocno oceniali. Dzisiaj uważam, że Lech jest klubem dużo mądrzej zarządzanym niż jeszcze kilka lat temu.
Liga Mistrzów – marzenie trzeba jeszcze odłożyć
Kiedy rozmawialiśmy przed rewanżem z Aarhus, byłeś przekonany, że w tym sezonie Lech ma wszystko, żeby powalczyć o Ligę Mistrzów.
Bo naprawdę tak uważałem. Po dwóch mistrzostwach z rzędu, przy tej kadrze i tym, jak klub funkcjonował, wydawało się, że wszystko zaczyna grać. A później wygrywasz w Danii z Aarhus 4:1 i właściwie zaczynasz już patrzeć na następną rundę.
Niestety futbol po raz kolejny pokazał, że dopóki nie skończy się rewanż, niczego nie można być pewnym. Przegraliśmy u siebie 1:4 i później odpadliśmy po karnych. To boli chyba jeszcze bardziej właśnie dlatego, że po pierwszym meczu człowiek był przekonany, że tę drogę naprawdę można przejść.
Liga Mistrzów pozostaje więc marzeniem, które trzeba odłożyć, a hymn Ligi Mistrzów odsłuchać w telewizji. Ale kibicowanie polega też właśnie na tym. Są wielkie wieczory, jak Florencja, są mistrzostwa Polski i są takie mecze, po których przez kilka dni nie chcesz o piłce słyszeć. A później i tak przychodzi następny mecz, bo My wiemy że będziemy zawsze, piłkarze się zmienią, trenerzy też, ale My nie.
Kim właściwie jest „kibol”?
Na koniec określenie, które w Polsce wywołuje skrajne skojarzenia. Kim dla ciebie jest kibol?
W środowisku kibicowskim słowo „kibol” ma zupełnie inne znaczenie niż dla części społeczeństwa.Dla wielu osób kibol to od razu bandyta, ustawka, awantura. Dla nas kibol to przede wszystkim bardzo zaangażowany kibic. Człowiek, dla którego klub nie kończy się po 90 minutach. Kto jeździ, pomaga przy działaniach grupy, poświęca czas i żyje tym środowiskiem.
Najlepszą odpowiedzią na stereotypy nie jest jednak przekonywanie ludzi słowami. Wolę, żeby ktoś zobaczył odnowiony grób Powstańca Wielkopolskiego, dzieciaki z Bodzewa na meczu, festyn, na którym uzbieraliśmy pieniądze dla chorego dziecka, albo mural, przy którym dzieci robią sobie zdjęcia. I wtedy niech sam oceni.
„Najważniejsze, żeby FC Gostyń zostało po nas”
Jak chciałbyś widzieć FC Gostyń za pięć czy dziesięć lat?
Nie lubię planować aż tak daleko. Chcę przede wszystkim, żeby FC Gostyń dalej istniało. Nawet kiedy nas już tutaj nie będzie. Dlatego młodzież jest tak ważna. Musimy przekazać im zasady, pokazać, jak funkcjonuje świat kibicowski, nauczyć szacunku do ludzi, którzy byli przed nimi.
Trochę obawiam się obecnych czasów. Młody człowiek dzisiaj ma jedną zajawkę, za pół roku drugą, później pojawia się pierwsza miłość, nowe hobby i coś, co wydawało się najważniejsze, nagle schodzi na dalszy plan. Nie na wszystko mamy wpływ.
Możemy jednak zrobić wszystko, żeby młody człowiek, który trafi do naszego środowiska, poczuł, że jest częścią czegoś większego. Bo my kiedyś też odejdziemy. I jeżeli za kilkanaście lat nadal będą z Gostynia jeździły pełne samochody i autokary na Lecha, nadal będzie wisiała flaga FC Gostyń, ktoś będzie odnawiał murale, pamiętał o Powstańcach, zabierał dzieci na mecze i organizował pomoc dla mieszkańców naszego powiatu, to będzie znaczyło, że zrobiliśmy swoją robotę dobrze.
Dziękuję za rozmowę.
Prośba o wsparcie strony

Galeria zdjęć















































































📸 Fot. Łukasz Andrzejewski / archiwum prywatne



