Łukasz Fabich „Fabio”: „Piłka nożna to miłość, z której się nie wyrasta”

Łukasz Fabich „Fabio” to jeden z tych ludzi lokalnej piłki, których nie da się opisać wyłącznie przez bramki, asysty i kluby zapisane w piłkarskim CV. Przez lata był zawodnikiem walecznym, technicznym, nieustępliwym, ale też lubianym w szatni i dobrze wspominanym przez kolegów z boiska.

Piast Belęcin, Krobianka Krobia, Korona Piaski, Dąbroczanka Pępowo, Zjednoczeni Pudliszki – w każdym z tych klubów był ważną częścią drużyny, bo do gry wnosił nie tylko umiejętności, ale też charakter, ambicję i ogromne serducho.

Łukasz Fabich z piłką i Coca Colą

Mirek Prętkowski: Zacznijmy od samego początku. Jak wyglądają Twoje pierwsze piłkarskie wspomnienia? To było zwykłe bieganie za piłką z kolegami, czy już wtedy futbol zajmował w Twoim życiu szczególne miejsce?

Łukasz Fabich: Piłka nożna od wczesnego dzieciństwa była głównym sportem, który uprawialiśmy z kolegami. Spotykaliśmy się po szkole na boisku i graliśmy tak długo, aż w wieczornych ciemnościach nie było już widać piłki. Wtedy była to przede wszystkim zabawa, bo nikt nie wybiegał myślami daleko w przyszłość.

A kiedy z grania z kolegami zrobił się pierwszy poważniejszy piłkarski krok? Jak trafiłeś do Piasta Belęcin?

Kończyłem ósmą klasę podstawówki i do Belęcina ściągnął mnie pan Władysław Nawrocki. Tak zaczęła się moja przygoda klubowa. Muszę jednak wspomnieć, że wszystko mogło potoczyć się inaczej. Kilka razy jeździłem rowerem do Gostynia podpatrywać treningi Kani, które prowadził pan Jerzy Radojewski. To właśnie w Kani chciałem zacząć.

Posłuchałem jednak wtedy mamy, która mówiła, że Belęcin będę miał po drodze do szkoły średniej i lepiej będzie tam iść. Z biegiem lat zaczęły o mnie pytać lepsze kluby z powiatu gostyńskiego.

Byłeś wtedy jeszcze bardzo młody. Jak odnalazłeś się w pierwszych treningach i meczach z seniorami?

Bardzo szybko się zaaklimatyzowałem i nie miałem większych problemów z grą w seniorach. Na początku w meczach brakowało mi trochę tężyzny fizycznej, ale w tym wieku było o nią trudno.

Koledzy wspominają, że z sezonu na sezon grałeś coraz lepiej i szybko stałeś się jedną z ważniejszych postaci drużyny. Co wtedy najbardziej pomagało Ci na boisku?

Pewnie to, że nie kalkulowałem. Zawsze grałem na 100 procent możliwości, nie odstawiałem nogi i można powiedzieć, że byłem wszędzie na boisku.

Grałeś w ataku, w środku pola, potrafiłeś dograć piłkę, uderzyć z wolnego, poprowadzić grę. Gdzie na boisku czułeś się najlepiej?

Najlepiej czułem się wtedy w środku pola, chociaż tak naprawdę nie robiło mi różnicy, na jakiej pozycji gram. Najważniejsze było to, że trener na mnie postawił i że mogłem grać w pierwszym składzie. Bardzo nie lubiłem siedzieć na ławce.

Wielu ludzi do dziś wspomina Twoją lewą nogę i rzuty wolne. To była bardziej kwestia talentu, czy jednak godzin spędzonych na treningach?

Na pewno miałem naturalny talent, ale żeby być jeszcze lepszym, zostawałem po treningach i dalej ćwiczyłem rzuty wolne. Zawsze bardzo cieszyły mnie bramki zdobyte bezpośrednio z rzutu wolnego. Zdarzyła się też bramka bezpośrednio z rzutu rożnego.

Jeden z kolegów opowiadał, że jako bramkarz zostawał z Tobą po treningach, a Ty strzelałeś mu wolne. Pamiętasz te dodatkowe ćwiczenia?

Tak, w Piaście bramkarzem był Grzegorz Gołembski i zawsze mnie podpuszczał, żeby zostać i poćwiczyć. Często zostawaliśmy po treningach, a później były tego efekty.

W Piaście Belęcin tworzyliście mocną ekipę, między innymi z Reniem Jerszyńskim i Arkadiuszem Kozakiem. Jak dziś wspominasz tamtą drużynę?

Mieliśmy wtedy bardzo dobry zespół i inne drużyny musiały się z nami liczyć. Pamiętam, że sezon zakończyliśmy w top 5.

Z tamtego okresu jest jakiś mecz, który szczególnie zapamiętałeś?

Najbardziej utkwił mi w pamięci mecz pucharowy z Kanią Gostyń. Strzeliłem dwa gole, spotkanie zakończyło się wynikiem 2:4, ale podopiecznym Jerzego Radojewskiego napędziliśmy sporo strachu.

Później były kolejne kluby: Krobianka Krobia, Korona Piaski, Dąbroczanka Pępowo, Zjednoczeni Pudliszki. Który z tych etapów wraca do Ciebie z największym sentymentem?

Każdy etap wspominam bardzo miło. Zawsze, gdziekolwiek grałem, dawałem z siebie maksa. We wszystkich tych klubach przeżywałem sukcesy i porażki, których na szczęście było mało. Najdłużej grałem jednak w Koronie i do tego klubu mam największy sentyment.

W Koronie Piaski i Dąbroczance Pępowo grałeś na poziomie IV ligi. Jak odnajdywałeś się w takich rozgrywkach?

Na tym poziomie zagrałem bardzo dużo meczów, więc można stwierdzić, że całkiem dobrze sobie radziłem. Na pewno potwierdzą to moje liczby w klasyfikacji kanadyjskiej. Mogę też powiedzieć, że gdyby nie kontuzja, zagrałbym na boiskach III ligi.

Był temat Piasta Kobylin i gry w III lidze. Jak blisko było tego transferu i co stanęło na przeszkodzie?

Miało dojść do transferu, ale niestety przeszkodziła kontuzja. To była wtedy III liga w Kobylinie, więc na pewno było to dla mnie coś ważnego. Awansowałem z zespołami, w których grałem, od klasy B do IV ligi, a ta III liga była takim marzeniem. Niestety nie udało się już tego zrealizować. W Kobylinie grali wtedy moi koledzy, Robert Norkiewicz i Arkadiusz Michałowicz, więc tym bardziej był to dla mnie ciekawy kierunek.

Ta kontuzja mocno pokrzyżowała Ci wtedy plany. Co dokładnie się stało i jak długo trwał powrót do gry?

Chodziło o piątą kość śródstopia. Dwa razy w karierze miałem taką kontuzję i za każdym razem praktycznie pół roku było wyjęte ze sportu. Dobrze pamiętam, że jedna z tych kontuzji przytrafiła mi się chyba w Pępowie. Później, żeby odbudować formę, poszedłem do Zjednoczonych Pudliszki i tam wracałem do pełnej dyspozycji. Potem wróciłem do Pępowa i w Dąbroczance było trochę sukcesów.

W Dąbroczance Pępowo też zostawiłeś po sobie dobre wspomnienia, były bramki, wyniki i pucharowe sukcesy. Jak wspominasz ten czas?

Jak już wspomniałem, były to miłe chwile. Mieliśmy super zespół i poszły za tym wyniki. Dużo nie brakowało, a wywalczylibyśmy awans do III ligi. Sukcesy pucharowe tylko potwierdzały, że stać nas było naprawdę na dużo.

Koledzy mówią o Tobie, że byłeś zawodnikiem „do tańca i do różańca” – spokojny i wesoły poza boiskiem, ale na murawie bardzo waleczny. Pasuje do Ciebie taki opis?

No tak, każdy, kto mnie zna, myślę, że to potwierdzi. Nie było dla mnie straconych piłek, na boisku i poza nim.

Lubiłeś mieć piłkę przy nodze, dryblować, szukać nieoczywistych podań. Bardziej czułeś się rozgrywającym czy wojownikiem?

Myślę, że jedno i drugie szło w parze. Zawsze starałem się niekonwencjonalnymi podaniami stworzyć kolegom okazje do zdobycia bramki i dość często się to udawało. Bardziej cieszyły mnie asysty, ale waleczności na boisku też było sporo.

Wspominano Twoje piętki, przerzuty, efektowne zagrania i dobre wykończenie akcji. Technika przyszła naturalnie, czy jednak dużo nad nią pracowałeś?

Z tego, co pamiętam, jakoś specjalnie jej nie trenowałem. Wszystko przyszło naturalnie i samo się rozwijało.

Urodziłeś się z jedną w pełni sprawną ręką, ale wiele osób podkreśla, że na boisku nigdy nie było widać u Ciebie żadnego ograniczenia. Jak Ty sam do tego podchodziłeś?

Nigdy nie zwracałem na to uwagi. Zawsze grałem na 100 procent. Jedynie w bliskim kontakcie czasami czegoś brakowało, ale jakoś sobie radziłem. Czasami od przeciwników było słychać różne epitety, ale mnie to nie dotykało. Nawet działało na mnie w pozytywną stronę.

Czy piłka pomagała Ci pokazywać, że niepełnosprawność nie musi zamykać drogi do sportu i rywalizacji?

W ogóle nie patrzę na swoją niepełnosprawność w takich kategoriach. Nigdy nikomu nic nie udowadniałem, tym bardziej sobie. Zawsze trzeba mieć marzenia i po swojemu do nich dążyć. Choć czasami pojawiała się refleksja, co by było, gdybym był w pełni sprawny, to z perspektywy czasu jestem zadowolony z tego, co udało mi się osiągnąć.

Zdarzało się, że ktoś przed meczem patrzył na Ciebie przez pryzmat niepełnosprawności, a po kilku minutach musiał szybko zmienić zdanie?

Były różne historie. Pamiętam, że kiedyś krzyczeli z trybun: „Kryj tego bez ręki, bo on jest dobry!”. Przeważnie w czasie meczu z przeciwnikami się nie oszczędzaliśmy, ale po meczu były przybijane piątki.

Dla młodszych zawodników mogłeś być przykładem, że charakter, odwaga i boiskowa inteligencja znaczą bardzo dużo. Czułeś kiedyś, że ktoś może się na Tobie wzorować?

To już trzeba spytać kolegów, z którymi grałem. Pewnie ktoś by się znalazł, kto się wzorował, choć może to za duże słowo. Na pewno wszyscy razem się szanowaliśmy i mieliśmy jeden cel – wygrać najbliższy mecz.

Koledzy wspominają, że poza boiskiem byłeś pomocny, otwarty, lubiłeś integrację i potrafiłeś trzymać drużynę razem. Jak ważna była dla Ciebie szatnia i atmosfera w zespole?

Team spirit jest bardzo ważnym elementem, bez którego trudno o super wyniki. Akurat miałem to szczęście, że obojętnie gdzie grałem, zawsze mieliśmy dobrą atmosferę, zarówno na boisku jak i poza nim.

Podobno w przerwie meczu potrafiłeś napić się Coca-Coli i wrócić na boisko, jakby nic się nie stało. To prawda, czy koledzy trochę podkoloryzowali historię?

Hehe, może nie całą butelkę, ale tak było. Nie wiem, czy pomagało mi to na boisku, ale to prawda, lubię Coca-Colę do dziś.

Byłeś też kapitanem. Jak rozumiałeś tę rolę, bardziej jako lidera na boisku, czy kogoś, kto trzyma drużynę również mentalnie?

Będąc kapitanem, trzeba być w tym wszystkim uniwersalnym. Na boisku trzeba być liderem, swoją grą pokazywać zwycięski kierunek i być trochę „przedłużeniem ręki trenera”. W każdej chwili trzeba też dbać o mental drużyny, obojętnie jaki jest wynik spotkania.

Spróbowałeś też pracy trenerskiej. Co było trudniejsze: samemu grać, czy stać z boku i odpowiadać za innych?

Myślę, że odpowiadanie z boku jest trudniejsze, bo nie ma się już bezpośredniego wpływu na to, co dzieje się na murawie.

Pod koniec kariery przeszedłeś operację endoprotezy biodra, a mimo to wciąż myślisz o powrocie na boisko. Skąd w Tobie taka sportowa zawziętość?

Piłka nożna to jest miłość, z której się nie wyrasta. Bardzo chciałbym jeszcze wrócić na boisko, ale najpierw muszę odbudować formę i zrzucić parę kilo.

Powoli już podsumowując chciałbym zadać kilka „tradycyjnych” pytań. Kiedy patrzysz na całą swoją piłkarską drogę, są trenerzy albo osoby, którym szczególnie dużo zawdzięczasz?

Na pewno każdy trener, który mnie prowadził, dołożył jakąś cegiełkę do całego kształtu. Dzięki trenerowi Jerzemu Bajerowi mam zdaną maturę. To było w Piaskach, kiedy trenował Koronę.

Każdego trenera miło wspominam. Prowadzili mnie też między innymi Sławomir Gintowt, Dariusz Wiśniewicz, Michał Roszak – może jeden z młodszych trenerów, ale też mieliśmy razem sukcesy. W Belęcinie byli Kaziu Chwaliszewski i Czesiu Wojciechowski. Tam też mieliśmy wtedy fajną ekipę. Tych trenerów przewinęło się więc naprawdę sporo.

Gdybyś miał wskazać jedną rzecz, którą dała Ci piłka, nie bramkę, nie awans, nie wynik, ale coś życiowego, to co by to było?

Myślę, że pokora. To lekcja na całe życie. Nie jesteś tak dobry, jak myślisz po zwycięstwie, ani tak słaby, jak czujesz się po porażce. Pokora pozwala zachować równowagę i szacunek do przeciwnika.

A jak chciałbyś, żeby zapamiętali Cię ludzie, którzy widzieli Cię na boisku: jako technika, walczaka, lidera, dobrego kolegę czy po prostu człowieka, który kochał piłkę?

Na pewno większość ludzi wie, że wszystkie te cechy posiadałem, a to składa się na moją miłość do piłki.

Dziękuję za rozmowę.

Prośba o kawę

📸 Fot. F. Celka, Łukasz Fabich, Mirek Prętkowski

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry