Łukasz Gościański: „Sport mam chyba po prostu we krwi”

Są ludzie, dla których sport nigdy nie był tylko wynikiem, tabelą czy medalem. Był sposobem spędzania czasu, poznawania ludzi, sprawdzania siebie i budowania wspomnień. Łukasz Gościański zaczynał od tenisa stołowego, przez lata był związany z siatkówką, dorastał w czasie wielkiego boomu na NBA, a dziś biega, jeździ na rowerze i z pasją ogląda kolarstwo.

W rozmowie ze Sportowym Gostyniem wraca do czasów dzieciństwa, hali „Dwójki”, boisk asfaltowych, Kani Gostyń, sportu podwórkowego i ludzi, którzy mieli wpływ na jego sportową drogę.

Łukasz Gościański na rowerze gravelowym

Mirek Prętkowski: Zacznijmy od początku, od dzieciństwa. Sport był u Ciebie obecny już na wczesnym etapie. A jak w tym wszystkim pojawiła się siatkówka?

Łukasz Gościański: To jest ciekawa historia, bo do sportu trafiłem właściwie przez mojego brata Tomasza. Brat jest ode mnie starszy o pięć lat i zawsze mi imponował. Grał już wtedy w siatkówkę i pewnego razu zapytał, czy pójdę z nim na trening. Dla nich to było chyba jakieś roztrenowanie.

Poszedłem, ale z racji wieku wyglądałem przy nich jak taki krasnal. I wtedy jeden z gostyńskich trenerów powiedział mi, że się do tego sportu nie nadaję, bo jestem za niski. To była chyba siódma albo ósma klasa podstawówki. Byłem ambitny, więc bardzo to przeżyłem. Pamiętam, że wręcz się popłakałem. I gdzieś tam w głowie pojawiła się myśl, że kiedyś udowodnię, że jednak w tej Kani zagram.

Przeszkodą było to, że rzeczywiście byłem wtedy niski, a do tego, można powiedzieć, trochę zaokrąglony. Przełom nastąpił dopiero w drugiej klasie szkoły średniej. Bardzo mocno urosłem, ponad dziesięć centymetrów w rok. W domu to było aż nienormalne, mama musiała ciągle coś zmieniać w ubraniach.

I tak to się później potoczyło. Ten wzrost przyszedł, zacząłem grać, a z czasem zostałem nawet kapitanem gostyńskiej Kani. Ale początek był właśnie taki: brat, trening i chęć udowodnienia, że jednak się nadaję.

Zanim przejdziemy do siatkówki, był jeszcze jakiś wcześniejszy sport?

Tu będzie bomba, bo moim pierwszym sportem był tenis stołowy. Wiem, że może trudno w to uwierzyć, ale razem z Bartkiem Glinką byliśmy mistrzami województwa leszczyńskiego. Naprawdę bardzo dobrze graliśmy w tenisa stołowego.

W Gostyniu był wtedy zespół ligowy i ja w nim grałem. Na mecze jechało czterech zawodników plus junior, a ja występowałem właśnie jako ten junior. To były świetne czasy. Dzisiaj aż trudno opowiadać, ile osób grało wtedy w tenisa stołowego.

Ten zespół istniał w dużej mierze dzięki panu Janowi Wrzeszczyńskiemu. To była postać, która wszystko pilnowała i organizowała. Tak naprawdę mój początek sportu to właśnie tenis stołowy.

Dlaczego więc odszedłeś od tenisa stołowego?

Przestałem grać, bo w Gostyniu nie było trenera. A ja byłem ambitny. Miałem poczucie, że bez trenera nie rozwijam się tak, jakbym chciał. Nie było też możliwości, żeby gdzieś regularnie jeździć i trenować. Pewnie nie było nas na to stać, nie było takich warunków. Uznałem więc, że muszę szukać czegoś innego.

Wtedy właśnie, przez brata, którego uważałem za swojego idola, trafiłem mocniej do siatkówki.

Twoje młodzieńcze lata przypadły na lata 90., czyli czas, kiedy sport wyglądał inaczej niż dziś. Było więcej spontanicznego grania, umawiania się na boisku, sportu po lekcjach. Jak wspominasz tamten okres?

Myślę, że jesteśmy wychowankami zawołania Włodzimierza Szaranowicza: „Hej, hej, tu NBA”. To był niesamowity czas. Nie trzeba było nikogo namawiać do wyjścia z domu. Ludzie sami się zbierali, bo każdy chciał grać.

Na boisko przy liceum, takie asfaltowe, trzeba było przyjść godzinę wcześniej, żeby w ogóle załapać się do jakiegoś składu. Przychodziło po dwudziestu, trzydziestu chłopaków. Graliśmy całymi dniami. Zaczynaliśmy o szesnastej, kończyliśmy o dziewiętnastej albo dwudziestej.

Koszykówka była wtedy czymś niesamowitym. W telewizji oglądało się NBA, Michaela Jordana i najlepsze akcje. To było podane w takiej esencji, godzinny program z najlepszymi fragmentami. Wszyscy byliśmy tym zafascynowani.

W Gostyniu były jeszcze jakieś miejsca, które szczególnie kojarzą Ci się ze sportem z tamtych lat?

Na pewno boisko przy liceum, ale też kosze przy „Jedynce”. Tam były niższe obręcze i robiliśmy sobie konkursy wsadów. Spełnialiśmy marzenia, bo można było położyć piłkę z góry, tak jak widzieliśmy w telewizji.

Bardzo ważnym miejscem była też hala „Dwójki”. To kultowe miejsce z wielu powodów. Tam rozgrywaliśmy mecze siatkówki. Dzisiaj może trudno w to uwierzyć, ale na tych meczach potrafiła być pełna sala, razem z balkonem. Ludzie przychodzili oglądać.

Do tego dochodzi kręgielnia, bo tam grałem w tenisa stołowego i spędziłem wiele czasu. Wtedy nie było tylu hal i obiektów co dziś. Hala przy „Jedynce” pojawiła się później. Kiedy ja wychodziłem z podstawówki, jeszcze jej nie było.

Wspomniałeś, że dzięki siatkówce miałeś okazję grać z wieloma pokoleniami gostyńskich siatkarzy. Kania była chyba ważnym etapem w Twoim sportowym życiu?

Tak, Kania to było wiele lat mojego życia. Od juniora aż po seniora, myślę, że łącznie około dziesięciu lat. Przez ten czas przewinęło się naprawdę wielu ludzi, z którymi miałem okazję grać i trenować.

To były różne nazwy, różne etapy: Kania Gostyń, Kania ŁAGROM, UKS Kania Siatka, Olimpic Gostyń. Za każdą z tych nazw kryli się ludzie, którzy chcieli coś robić dla gostyńskiej siatkówki. Było wielu świetnych trenerów i pasjonatów, między innymi pan Radojewski, pan Mader, pan Hajnsz czy pan Smektała. Każdy z nich zostawił coś po sobie.

Przez tę moją siatkarską przygodę miałem okazję zagrać praktycznie z każdym pokoleniem siatkarzy w Gostyniu. Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale grałem nawet z panem Piotrem Radojewskim, panem Hajnszem, panem Migdalskim, później z pokoleniem pana Gaszka czy pana Madera.

Grałem też z młodszymi zawodnikami, jak Marcin Ernestowicz, Łukasz Mischke i wielu innych, którzy coś w gostyńskiej siatkówce znaczyli. Byli też Michał Włodarczyk, Krzysztof Zaborowski czy Witek Chwastyniak. To byli ludzie, którzy gdzieś z Gostynia w siatkówce się pokazali.

Był też taki moment, że w Gostyniu działały równolegle różne siatkarskie środowiska.

Tak, miałem okazję zagrać w takim meczu, który można nazwać siatkarskimi derbami Gostynia. Były wtedy dwa zespoły. Jedna była ta „właściwa” Kania, a drugi zespół tworzyli chłopacy skupieni wokół pana Waldemara Hajnsza. Graliśmy taki derbowy mecz w hali przy „Jedynce”. To też pokazuje, że ta siatkówka w Gostyniu kiedyś naprawdę żyła.

Do tego dochodzi jeszcze siatkówka plażowa, o której wcześniej nie wspomnieliśmy. Ona też była ważna?

Tak, dochodzi jeszcze siatkówka plażowa. Tego wcześniej nie poruszyliśmy, a to też był ciekawy rozdział. W Gostyniu zaczynaliśmy ją razem z panem Stańczakiem i panem Gaszkiem. Graliśmy właściwie wszędzie, gdzie tylko było to możliwe.

To były czasy, kiedy człowiek po prostu szukał okazji do grania. Jeśli gdzieś było boisko, turniej, piasek i możliwość odbijania piłki, to się jechało i grało. Miałem nawet okazję wystąpić w mistrzostwach Polski z partnerem z Góry Śląskiej. To też fajnie pokazuje, że ta siatkówka nie kończyła się tylko na hali i Kani, ale wychodziła dalej.

Co najbardziej lubiłeś w siatkówce? Zespołowość, technikę, atmosferę?

Chyba najbardziej to, że w siatkówce można było pewne braki fizyczne nadrabiać sprytem. Ja nigdy nie byłem jakimś geniuszem, jeśli chodzi o rozciągnięcie czy ogólne warunki motoryczne. Byłem wysoki, ale nie miałem wszystkiego, co idealny sportowiec powinien mieć. Za to potrafiłem kombinować, znaleźć się na boisku, myśleć.

Miałem nawet taki epizod, że zostałem wypożyczony z Gostynia do Cariny Gubin i grałem w półfinale mistrzostw Polski juniorów. Na jednym z turniejów wybierano trzech najlepszych zawodników. Zostaliśmy wybrani ja, Krzysztof Ignaczak i Marcin Prus, późniejsi reprezentanci Polski. Oczywiście to były lata szkolne, życie później potoczyło się różnie, ale takie wspomnienie zostało.

Pamiętasz szczególnie jakiś turniej z tamtego okresu?

Bardzo mocno pamiętam turniej w hali gorzowskiego Stilonu. Stilon Gorzów był wtedy mocny w siatkówce, grali tam znani zawodnicy, reprezentanci kraju, np. Roman Bartuzi. Dla mnie to było duże przeżycie.

Z ciekawostek: główną nagrodą, którą wtedy dostałem, była kaseta wideo Stilonu. Takie to były czasy. To też pokazuje klimat tamtych lat. Nie chodziło o pieniądze, wielkie nagrody czy kontrakty. Robiliśmy to z przyjemności.

Wspomniałeś też o osobach, które miały duży wpływ na Twoją sportową drogę. Jedną z nich był pan Jan Niedziela.

Tak, to bardzo ważna postać. Pan Jan Niedziela, nauczyciel WF-u ze szkoły w Grabonogu, mocno mi pomógł. To był trójskoczek, pasjonat sportu, a dziś też człowiek mocno związany z historią naszego regionu.

Widział, że jesteśmy ambitni. Zajmował się mną i Witkiem Chwastyniakiem, rozpisywał nam treningi, które robiliśmy sami w lesie. Chodziło o to, żeby przygotować nas do wysiłku, poprawić motorykę, wzmocnić ciało. Dzięki niemu z przeciętnego chłopaka mogłem się sportowo mocniej rozwinąć.

Myślę, że to jedna z najważniejszych osób w mojej sportowej przygodzie.

Na końcu rozmowy wspomniałeś też o rodzicach.

Tak, bo bez nich też nie byłoby tego wszystkiego. Ojciec to kolejna ważna postać. Myślę, że w pewnym momencie nie byłoby gostyńskiej siatkówki, gdyby nie on. Gdy męska siatkówka w Kani zaczynała umierać, ojciec bardzo się zaangażował. Woził nas na mecze, często z własnych pieniędzy, pomagał organizacyjnie, był w klubie osobą, która próbowała to wszystko utrzymać.

Pamiętam taki moment, że spotykaliśmy się na hali „Dwójki” i graliśmy zwykły mecz siatkarski piłkami do siatkówki plażowej, bo sytuacja była naprawdę trudna. Ojciec, pewnie też dlatego, że ja grałem, próbował pomóc i dzięki temu udało się to jeszcze pociągnąć.

Rodzice wychowali mnie i brata tak, że sport był w naszym życiu zawsze. I dzięki temu mieliśmy świetne życie, bo sport cieszy nas do dziś.

Jak dziś patrzysz na młodych ludzi? Masz wrażenie, że sport podwórkowy trochę zniknął, czy po prostu zmienił formę?

Trochę zazdroszczę młodym dzisiejszej bazy. Kiedy biegnę z kolegami obok jakiegoś stadionu czy boiska, to często mówimy sobie, że gdybyśmy mieli coś takiego w czasach młodości, to prawdopodobnie byśmy z tego boiska nie wychodzili.

Ale z drugiej strony sport na pewno się zmienił. Dzisiaj często jest tak, że to rodzice wypychają dzieci na boisko. Kiedyś było odwrotnie. Rodzice wołali nas do domu, bo my ciągle byliśmy na dworze. Graliśmy w piłkę, kosza, siatkówkę, jeździliśmy na rowerach. Naszą zabawą bardzo często był sport.

Pod moim blokiem na Wojska Polskiego jeździliśmy nawet w coś, co nazywaliśmy speed rowerem. Robiliśmy sobie taki żużel wokół klombów. Żużel zresztą też jest jedną z moich pasji. Ja chyba po prostu kocham sport. Poza sportami walki interesuje mnie praktycznie wszystko.

Czy dziś łatwiej zacząć aktywność, skoro jest więcej obiektów, hal, orlików i ścieżek?

Nie wiem, czy łatwiej. Obiektów jest więcej, ale czasami brakuje tego naturalnego trybu życia na dworze. My przychodziliśmy na trening już trochę przygotowani ruchem, bo wcześniej cały dzień coś robiliśmy. Nikt nie musiał nas specjalnie namawiać.

W Gostyniu, jeśli chodzi o sporty zespołowe, też nie jest łatwo. Poza piłką nożną niewiele się dzieje. Męska siatkówka praktycznie umiera, drużynowych sportów jest mało. Są pasjonaci, którzy próbują działać. Są próby z koszykówką, są ludzie, którym się chce, ale to nadal głównie amatorska pasja.

W większych miastach możliwości jest więcej. Można wybrać piłkę ręczną, koszykówkę, siatkówkę, różne dyscypliny. U nas trzeba mieć kogoś, kto pokaże sport, zarazi pasją i sprawi, że złapie się bakcyla.

Wróćmy jeszcze do koszykówki. Lata 90. to w Polsce wielki boom na NBA, Chicago Bulls, Jordana, plakaty, kasety, programy w telewizji. Jak mocno Cię to wciągnęło?

Bardzo mocno. Koszykówka była dla mnie czymś wyjątkowym. Zresztą wielu ludzi kojarzy mnie z pseudonimem „Malin”, który prawdopodobnie wziął się od Chrisa Mullina.

To mogło się wziąć też od fryzury. Chris Mullin miał charakterystyczne uczesanie, takie trochę na amerykańskiego żołnierza. W Gostyniu był kultowy fryzjer, pan Gagat, i wielu chłopaków strzygło się właśnie w takim stylu. Słyszałem nawet, że w skrajnych przypadkach pan Gagat mówił, że ktoś strzyże się „na Gościańskiego”.

Lubiłem Mullina, bo był zawodnikiem niezwykle pracowitym. Nie opierał się na niesamowitej atletyce, tylko na perfekcji, rzucie, pracy nad sobą. Zmagał się też z chorobą alkoholową i wygrywał tę walkę, co również mi imponowało. Z kolei moim największym idolem koszykarskim był Earvin „Magic” Johnson. Uwielbiałem jego styl gry, dzielenie się piłką, widzenie boiska. To był wizjoner.

Gdybyś miał porównać siatkówkę z koszykówką, który sport był Ci bliższy?

Zdecydowanie koszykówka. Siatkówka była sportem, w którym grałem bardziej zorganizowanie, ale to koszykówka była mi bliższa. Bardziej lubiłem w nią grać i chyba zawsze dawała mi najwięcej emocji.

Siatkówka wynikała też trochę z naszych możliwości. Poza piłką nożną to był jeden z niewielu sportów, w którym w Gostyniu można było korzystać z warunków fizycznych, wyskoku, sprawności. Ale koszykówkę oglądam do dziś i nadal potrafi mnie zachwycić, jak choćby tegoroczne finały NBA New York Knicks – San Antonio Spurs.

Obecnie nie grasz już w siatkówkę i koszykówkę, ale nadal jesteś aktywny. Co dziś daje Ci sport? Zdrowie, przyjemność, reset głowy, kontakt z ludźmi?

Wszystko po trochu. Po raz kolejny w życiu postanowiłem sobie coś udowodnić. Zabrałem się za sport, z którym wcześniej zupełnie nie było mi po drodze, czyli za bieganie. Udało mi się przebiec maraton. Cały czas biegam, staram się poprawiać, mimo wieku i różnych niedoskonałości fizycznych.

Do tego doszedł rower. I chyba właśnie rower stał się teraz moją największą pasją. Zarówno jeśli chodzi o samo jeżdżenie, jak i oglądanie kolarstwa w telewizji.

Masz poczucie, że potrafisz też zarażać innych ludzi sportem?

Trochę tak. Jeśli chodzi o zarażanie ludzi do sportu, to mam w pracy kilku kolegów, którzy podłapują moje hobby, czyli rower i bieganie. Jeden z kolegów właśnie ode mnie złapał bakcyla, a dzisiaj z powodzeniem startuje w zawodach triathlonowych. Bije się o czołowe wyniki, staje na podium i naprawdę świetnie sobie radzi.

Mamy też taką paczkę ludzi z pracy. Najczęściej spotykamy się w niedzielę na rowery i przemierzamy okoliczne trasy. To nie jest żadna profesjonalna jazda, nie chodzi o wielkie wyniki czy ściganie się za wszelką cenę. Jest za to radość, dużo śmiechu i po prostu ogromna przyjemność ze wspólnego spędzania czasu.

Dużo jeździsz, także na dłuższych dystansach. Skąd wzięła się ta rowerowa pasja?

Szczerze mówiąc, nie umiem tego do końca wytłumaczyć. Chyba kolarstwo było gdzieś we mnie od zawsze. Kiedy grałem w siatkówkę, ktoś powiedział mi, że jak dużo jeździ się na rowerze, to ma się lepszy wyskok. No to jeździłem jak szalony.

Ojciec kupił mi wtedy używaną kolarzówkę, jak na tamte czasy całkiem dobry sprzęt. Jeździłem nawet do Leszna na Pepsi. Dzisiaj myślę, że rower pojawia się też dlatego, że to sport dość mało urazowy. Można robić postępy, rywalizować z młodszymi, sprawdzać głowę i wytrzymałość.
Miałem okazję jechać w dwunastogodzinnym maratonie niedaleko nas i pokonałem ponad 260 kilometrów. Lubię takie wyzwania, gdzie oprócz nóg ogromną rolę odgrywa głowa.

A oglądanie kolarstwa?

Dla mnie kolarstwo w telewizji jest bardzo widowiskowe, wbrew temu, co myśli wiele osób. Mogę oglądać je godzinami. Oglądam praktycznie wszystkie wyścigi kolarskie w Eurosporcie, zwłaszcza wielkie wyścigi etapowe, klasyki i oczywiście Tour de France.

Moja obecna partnerka czasami już nie może tego słuchać i zastanawia się, jak można przez trzy czy cztery godziny oglądać, jak zawodnicy wjeżdżają pod górę. A dla mnie to jest fascynujące. To nie jest tylko samo kręcenie pedałami. To są emocje, taktyka, krajobrazy, historie miejsc, komentarz, cała otoczka.

Tour de France traktuję trochę jak wielkie sportowe święto. Teraz niedługo rusza kolejna edycja i już czekam na ten wyścig. Pewnie będę oglądał go praktycznie od dechy do dechy, bo dla mnie to jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych w roku.

Dzisiaj bardzo lubię też rywalizację Jonasa Vingegaarda z Tadejem Pogacarem. Wielu mówi o Vingegaardzie różne rzeczy, ale mnie imponuje jego styl jazdy. I została mi w pamięci scena, gdy poczekał na Pogacara po jego upadku. To też jest piękno sportu.

Jak oceniasz warunki rowerowe w Gostyniu i okolicy, zwłaszcza z perspektywy amatora albo rodzinnych wyjazdów?

Niestety, uważam, że są słabe. Poza gostyńskim lasem, gdzie można czuć się bezpiecznie, przejazd przez Gostyń bywa niebezpieczny. Ścieżki rowerowe w mieście są, ale często prowadzą przez wyjazdy z ulic, skrzyżowania, miejsca, gdzie trzeba bardzo uważać.

Brakuje też kultury wobec rowerzystów. Wielokrotnie byłem strąbiony, zdarzały się dziwne sytuacje. Ja nie jestem kolarzem, który patrzy tylko na średnią prędkość i musi jechać za wszelką cenę po drodze. Często wybieram ścieżki, staram się jeździć rozsądnie. A mimo to widać, że jako rowerzyści mamy jeszcze sporo problemów.

Oczywiście nie chcę powiedzieć, że nie ma gdzie jeździć. Są miejsca, są trasy, coś się zmienia. Ale jeśli spojrzeć szczerze na sam Gostyń i najbliższą okolicę, to mogłoby być dużo lepiej. Rower to przecież świetny sport rodzinny, forma odpoczynku i sposób na aktywność dla każdego.

Biegasz i startujesz w zorganizowanych biegach. Mówisz, że już niekoniecznie na wynik, ale czy trudno przestawić głowę z rywalizacji na spokojniejsze podejście do sportu?

Trudno, bo ciało już na pewne rzeczy nie pozwala, a głowa dalej widzi tego młodego sportowca, który potrafił wiele rzeczy robić. Każdy mówi, że biegnie dla przyjemności, ale gdzieś tam rywalizacja zostaje.

Zawsze żartuję, że jak spotykamy się na jakimś biegu i ktoś pyta, czy trenowałem, to ja mówię: „Jestem przygotowany, biegnę dziś po rekord świata”. Oczywiście pół żartem, ale staram się być przygotowany.

Teraz postanowiłem sobie, że spróbuję pobić swój rekord na pięć kilometrów podczas gostyńskiego biegu. Przygotowuję się do tego we własnym zakresie. Bardzo podoba mi się idea biegu wokół rynku, gdzie kilka razy mija się kibiców, rodzinę, znajomych. To fajna inicjatywa dla miasta.

Masz też w głowie pomysły na własne wydarzenia biegowe?

Kiedyś myślałem o zorganizowaniu jakiegoś specyficznego ultrabiegu, może pod górę, ale właśnie w Gostyniu. Chodził mi po głowie taki pomysł, żeby zrobić coś innego, charakterystycznego, co mogłoby się wyróżnić i przyciągnąć ludzi lubiących nietypowe wyzwania.

Od jakiegoś czasu jesteś też częstym uczestnikiem parkrunu. Czym jest dla Ciebie ta sobotnia aktywność?

Najbardziej podoba mi się w parkrunie to, że to miejsce, w którym nikt nikogo nie ocenia. Nie ma znaczenia, ile masz lat, jak szybko biegasz, czy idziesz, czy walczysz o wynik. A jednocześnie zawsze możesz znaleźć sobie kogoś, z kim będziesz rywalizował.

Ja przez swoje „pseudobieganie” znajdowałem sobie kolejnych kolegów, których próbowałem dogonić. Jednych udało się już przeskoczyć, za innymi trzeba jeszcze gonić.

Mam też ogromny szacunek do ludzi, którzy parkrun organizują. To są osoby, które poświęcają swój czas, żeby inni mogli przyjść i pobiegać. Skanują, mierzą czas, pilnują trasy, organizują wszystko. Kiedy opowiadam o tym ludziom, którzy nie znają parkrunu, często są zdziwieni, że ktoś robi to po prostu dla innych. Dla mnie to są prawdziwi bohaterowie.

Odkąd pamiętam, kibicowałeś Schalke 04. Skąd akurat taki klub? To dość ciekawy wybór.

To wynika z fascynacji Bundesligą. Schalke jakoś mnie do siebie przyciągnęło. Poczytałem o historii tego klubu, o tym, że tworzyli go ludzie związani z Zagłębiem Ruhry, górnicy, wśród nich także osoby polskiego pochodzenia. To mi się spodobało.

Dla mnie kultową postacią był Tomasz Wałdoch, kapitan Schalke. Oglądałem te mecze z ogromnymi emocjami. Pamiętam czasy, gdy Schalke było o minutę od mistrzostwa Niemiec. To są niezapomniane historie.

Miałem też okazję być na stadionie Schalke. To jeden z piękniejszych stadionów w Europie. Po prostu lubię ten klub, nawet jeśli dzisiaj przeżywa trudniejszy czas.

Miałeś też swoich ulubionych zawodników.

Tak, Ebbe Sand, Gerald Asamoah, Tomasz Wałdoch. Z późniejszych historii oczywiście Manuel Neuer, który wychował się w Schalke. Pamiętam też, że gdy przeszedł do Bayernu, były różne emocje, ale on zawsze w jakiś sposób pamiętał, skąd wyszedł.

A największą ciekawostką było dla mnie to, że w Schalke grał Raul. To chyba mój ukochany piłkarz. Niesamowicie skromny, świetny zawodnik, klasa sama w sobie. I występował właśnie w klubie, któremu kibicuję.

Do dziś, kiedy zapisuję się na różne biegi, jako klub wpisuję Schalke 04.

Gdybyś miał powiedzieć młodszym osobom, które dziś mało się ruszają, dlaczego warto mieć sport w swoim życiu, nawet bez wielkich wyników i medali, to co byś im powiedział?

Powiedziałbym, że życie potoczyło się tak, że mam prawie 50 lat, a jeśli chodzi o formę, czuję się chyba najlepiej w życiu. Odpukać, mogę iść pograć z osiemnastolatkami w piłkę, kosza, siatkówkę, mogę pobiegać, pojeździć na rowerze.

Sport daje bardzo dużo. Uczy twardości, bo nie zawsze wszystko wychodzi. Uczy porażek, ale też zaradności. Trzeba myśleć, kombinować, podnosić się po niepowodzeniach. Daje też wspaniałych ludzi. Ja dzięki sportowi poznałem mnóstwo osób, z którymi mam kontakt do dziś.

Nawet jeśli nie osiągnie się wielkich wyników, sport zostaje w człowieku. Daje przygodę, zdrowie, wspomnienia i radość. U mnie ta radość trwa cały czas.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

📸 Fot. gaso-gostyn.pl, naszadycha.pl, rawicz24.pl, Łukasz Gościański

Przewijanie do góry