Robert Przewoźny: „Albo robię coś na sto procent, albo odpuszczam”

Robert Przewoźny swoją piłkarską drogę rozpoczął znacznie wcześniej, w Warcie Poznań. Zagrał w juniorskiej reprezentacji Polski, trenował z zawodnikami, którzy później zrobili duże kariery, i był bliski przejścia do Lecha Poznań. Jego rozwój zatrzymała jednak poważna kontuzja. Do Gostynia trafił właściwie dzięki pracy, ale szybko odnalazł tutaj swoje miejsce – nie tylko na boisku.

Robert Przewożny

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z piłką? Kiedy pojawił się pomysł, żeby zacząć trenować w klubie?

Wszystko zaczęło się właściwie przypadkowo, jeszcze w szkole podstawowej. Mieszkałem niedaleko stadionu Warty Poznań, praktycznie po drugiej stronie rzeki. Raz czy dwa wybrałem się na trening i okazało się, że mam do piłki jakiś dryg. Zostałem w Warcie już do końca szkolenia młodzieżowego, aż do momentu wejścia do piłki seniorskiej.

Nigdy nie miałem większego pomysłu, żeby ten klub zmieniać, chociaż pojawiały się propozycje z młodzieżowych szkółek Lecha Poznań czy Amici Wronki. Byłem związany z Wartą i chciałem tam zostać.

W Warcie doczekałeś się również debiutu w seniorach.

Tak, zadebiutowałem na poziomie ówczesnej trzeciej ligi. Trzeba pamiętać, że system rozgrywek wyglądał wtedy inaczej niż dzisiaj. Była pierwsza liga, druga i trzecia. Jeden cały sezon rozegrałem jako trzecioligowiec, rozpocząłem kolejny i dopiero zimą nastąpiła zmiana klubu.

Wchodziłem do seniorskiej drużyny, mając 16 czy 17 lat. Warta miała wtedy mocny zespół, spore aspiracje i dużą konkurencję. Brakowało mi jeszcze trochę fizyczności, więc tych minut nie dostawałem aż tak wiele. Z czasem pojawiło się delikatne zniechęcenie.

W tamtym okresie pojawiła się konkretna możliwość przejścia do Lecha Poznań. Pozostał po tym pewien żal?

Żal może nie jest najlepszym słowem, ale na pewno wtedy zacząłem poznawać realia dorosłej piłki. Człowiekowi wydawało się, że kiedy pojawia się oferta, to bierze swoją kartę zawodniczą i zmienia klub. Okazało się, że nie jest to takie proste.

Lech chciał mnie pozyskać. Trenerem był wtedy Bogusław Baniak. Warta postawiła jednak warunki, które na tamte czasy były naprawdę bardzo wysokie. Pamiętam tę kwotę do dzisiaj. 125 tysięcy złotych za nastoletniego zawodnika. Ponad dwadzieścia lat temu były to ogromne pieniądze. W przeliczeniu na dzisiejsze realia mogłaby to być kwota zbliżona nawet do miliona złotych.

Warta tłumaczyła, że chce mnie zatrzymać, ponieważ będę u nich grał. Ostatecznie wyglądało to inaczej i tych minut nie dostałem więcej. Na pewno było to rozczarowanie, bo człowiek widział przed sobą szansę na zrobienie kolejnego kroku.

Zainteresowanie Lecha pojawiło się między innymi po twoich występach w juniorskiej reprezentacji Polski. Jak do niej trafiłeś?

Dosyć późno dostałem się nawet do reprezentacji okręgu. Mimo że w Warcie byłem wyróżniającym się zawodnikiem, przez długi czas nie mogłem się tam przebić. Pierwszy raz trafiłem chyba dopiero do kadry U14.

Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Po kilku zgrupowaniach i turniejach kadry okręgu poznańskiego trafiłem do reprezentacji makroregionu. Po jednym turnieju makroregionalnym zostałem powołany do reprezentacji Polski U15.

Ogromne znaczenie miały moje rzuty wolne. Podczas turnieju makroregionów rozegraliśmy cztery spotkania, a ja zdobyłem trzy bramki bezpośrednio z rzutów wolnych zza pola karnego. Od razu trafiłem do notesów obserwatorów i niecały miesiąc później otrzymałem powołanie.

Z kim spotkałeś się w tamtej reprezentacji?

Było tam wielu zawodników, którzy później zrobili bardzo duże kariery. Grali między innymi Jakub Wawrzyniak, bracia Piotr i Paweł Brożkowie, Dariusz Dudka oraz Sebastian Mila. Trenerem był Antoni Szymanowski.

Zagrałem dwa mecze z orzełkiem na piersi. Wydaje mi się, że jednym z rywali była Litwa albo Łotwa, ale po tylu latach nie chciałbym tego przesądzać. Zgrupowanie odbywało się w Warszawie. Pamiętam, że byłem wtedy w pokoju z Jakubem Wawrzyniakiem.

To było bardzo fajne przeżycie i jedna z tych rzeczy, które zostają w głowie na zawsze.

Mówisz jednak, że już na tym poziomie dało się zauważyć, jak duże znaczenie miało wsparcie klubu.

Tak to wtedy odbierałem. Zawodnicy z największych klubów często przyjeżdżali z trenerami, działaczami czy innymi osobami, które o nich dbały. Za Piotrem i Pawłem Brożkami przyjechali ludzie związani z Wisłą Kraków. Oni właściwie od razu weszli do pierwszego meczu, a później otrzymywali kolejne powołania.

Ja przyjechałem bez takiego wsparcia ze strony klubu. Podobnie było z Sebastianem Milą, który o ile dobrze pamiętam, przyjechał wtedy z Koszalina. Na treningach wyróżniał się techniką, a mimo to jako jeden z pierwszych nie przeszedł dalej. Później zrobił przecież fajną karierę i rozegrał wiele spotkań w seniorskiej reprezentacji Polski.

Nie twierdzę, że samo wsparcie decydowało o wszystkim, ale na pewno można było zauważyć, że zawodnikom z mocniejszym zapleczem było łatwiej.

Dużą rolę w twoich początkach odgrywał dziadek.

Dziadek czuwał nad moją przygodą z piłką i był praktycznie na wszystkich meczach. Zawiózł mnie również na pierwsze zgrupowanie reprezentacji Polski do Warszawy. Ja mieszkałem w pokoju z zawodnikami, a on przez te trzy czy cztery dni czekał na mnie w hotelu.

Był bardzo zaangażowany. Prowadził wszystkie statystyki, zapisywał, kto ile minut zagrał, ile zdobył bramek i co wydarzyło się w meczu. Później nawet klub korzystał z jego notatek podczas różnych podsumowań sezonu.

Kupił też kamerę i nagrywał moje spotkania na kasety VHS. Kilka takich nagrań jeszcze gdzieś mam.

Żałujesz, że z tamtych czasów zostało tak mało zdjęć?

Bardzo. Dzisiaj każdy ma telefon i właściwie wszystko można nagrać albo sfotografować. Wtedy dopiero pojawiały się pierwsze telefony komórkowe, a o aparatach w telefonach nikt jeszcze nie myślał. Były tradycyjne aparaty z kliszą, więc zdjęć robiło się niewiele.

Dopiero około 2003 czy 2004 roku aparaty cyfrowe stawały się bardziej dostępne. Z wcześniejszych lat zostały pojedyncze fotografie, dyplomy i właśnie kasety nagrywane przez dziadka. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, bardzo szkoda, że nie ma tego więcej.

Czy dziadek wcześniej kibicował Warcie Poznań?

Nie, jego związek z Wartą rozpoczął się właściwie przeze mnie. Później zbierał jednak wszystko, co było związane z klubem. Do dzisiaj można u niego znaleźć stare kalendarze Warty z poszczególnymi rocznikami czy różne pamiątki.

Od początku najlepiej czułeś się w ofensywie?

Zawsze grałem jako ofensywny środkowy pomocnik albo napastnik. W seniorskiej Warcie próbowano mnie czasami ustawiać na boku pomocy czy skrzydle, ale najlepiej czułem się w środku, blisko bramki przeciwnika.

Od początku jedną z moich mocnych stron było uderzenie z dystansu i wykonywanie rzutów wolnych. Właśnie dzięki wolnym trafiłem do reprezentacji Polski i później jeszcze wielokrotnie zdobywałem w ten sposób ważne bramki.

Jak wyglądały warunki treningowe w Warcie w porównaniu z tym, co mają dzisiaj młodzi zawodnicy?

To jest przepaść. Ktoś może pomyśleć, że skoro trenowałem w Poznaniu, to mieliśmy świetne warunki. Tymczasem młodzież Warty często trenowała na tak zwanym klepisku. Boiska znajdowały się gdzieś obok ogródków działkowych. Połowę nawierzchni stanowiła trawa, połowę ziemia, wszędzie były nierówności, a bramki robiło się czasami z palików.

Inny był również sposób prowadzenia treningów. Często wyglądało to na zasadzie: kopnij piłkę do góry i graj. Do tego trochę biegania, test Coopera i podobne rzeczy. Dzisiaj dzieci rozpoczynają treningi w wieku pięciu czy sześciu lat i od początku mają konkretny plan rozwoju. Ja zacząłem trenować jako ośmiolatek.

Kogo uważałeś wtedy za swoich piłkarskich idoli?

Pierwszym turniejem, który dobrze pamiętam, były mistrzostwa świata w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku. Wcześniej również oglądałem piłkę, ale niewiele z tych meczów zostało mi w pamięci.

Z tamtego mundialu pamiętam Roberto Baggio, Christo Stoiczkowa, Romário i Bebeto. Z wcześniejszych czy trochę późniejszych lat mocno kojarzyła mi się też holenderska trójka z Milanu: Ruud Gullit, Frank Rijkaard i Marco van Basten. Pamiętam również Ronalda Koemana. To byli zawodnicy, których wtedy się podziwiało.

Po Warcie rozpoczął się dla ciebie trudniejszy okres.

Chciałem przede wszystkim grać więcej. Warta planowała wypożyczyć mnie do klubu z niższej ligi, żebym rozegrał pełny sezon i później wrócił. Postawiłem sprawę jasno: skoro nie chcą mnie puścić definitywnie, to przynajmniej nie chcę tracić czasu na siedzenie i potrzebuję regularnej gry.

Trafiłem na wypożyczenie do KS Przemysław Poznań. Rozegrałem tam niecały sezon i doznałem poważnej kontuzji. Zatrzymała mnie na prawie półtora roku.

Po tak długiej przerwie stałem się wolnym zawodnikiem. Wróciłem jeszcze do treningów w Przemysławie, a później pojawiła się oferta z Mosiny. To był już inny etap mojej przygody z piłką.

W jaki sposób zawodnik z Poznania trafił ostatecznie do powiatu gostyńskiego?

Głównym powodem była praca. Pomagał mi wtedy kolega, z którym do dzisiaj utrzymuję kontakt i prowadzimy wspólne interesy. Pojawiła się oferta pracy w Gostyniu, więc podjęliśmy z przyszłą żoną decyzję, że przeprowadzamy się tutaj.

Dodatkowym ułatwieniem było to, że mama mojej żony pochodziła z Gostynia. Mieliśmy więc gdzie zamieszkać i wiedzieliśmy, że nawet gdyby coś nie wyszło, nie zostaniemy zupełnie sami.

Przeprowadziliśmy się w sierpniu 2006 roku. Sezon był już rozpoczęty, dlatego pierwszą rundę dokończyłem jeszcze w Mosinie. Do Korony Piaski trafiłem zimą, na przełomie 2006 i 2007 roku. Od stycznia rozpocząłem z zespołem okres przygotowawczy.

Korona planowała wtedy walkę o awans.

Tak, w Piaskach były duże ambicje. Klub chciał awansować do trzeciej ligi i szukał wzmocnień. Dzięki znajomościom związanym między innymi z firmą Marwin Piaski pojawił się konkretny pomysł: dobre warunki, praca i możliwość dalszego grania.

Zaryzykowaliśmy, przeprowadziliśmy się i z perspektywy czasu była to dobra decyzja.

Jak wspominasz swój pierwszy zespół w powiecie gostyńskim?

Trenerem był wtedy trener Łuczak. W drużynie grali między innymi Maciej Józefowski, świętej pamięci Adam Kluczyk i Robert Norkiewicz. Kiedy przychodziłem, z Korony odchodzili Bartosz Krajka i Rafał Piotrowski.

Od początku mieliśmy mocną drużynę i walczyliśmy o awans. Niestety przegraliśmy go właściwie w przedostatnim meczu. Wyprzedził nas Piast Kobylin.

Spotkania Korony z Piastem miały wtedy szczególny charakter.

Zdecydowanie. To były mecze podwyższonego boiskowego ryzyka, ale mówię to w dobrym znaczeniu. Na boisku trwała wojna, natomiast poza nim rywalizacja pozostawała zdrowa.

Ze względu na pozycję często rywalizowałem z Krzysztofem Kendzią. Był bardzo dobrym zawodnikiem i na pewno miał możliwości, żeby grać na jeszcze wyższym poziomie.

Piast przeżywał wtedy znakomity okres. Później grał przecież w Pucharze Polski między innymi z Zagłębiem Lubin i Cracovią. Rywalizacja Korony z Piastem była więc czymś naturalnym i wzbudzała duże emocje.

Po trenerze Łuczaku w Koronie pracowali również Zbigniew Kordus i Krzysztof Michalski. Jak wspominasz tamten okres?

Po trenerze Łuczaku był jeszcze Zbigniew Kordus, a później do drużyny dołączył Krzysztof Michalski. Początkowo przyszedł jako zawodnik, a następnie został trenerem.

„Kepel” miał za sobą grę między innymi w Lechu Poznań i Pogoni Szczecin. Samo jego przyjście podniosło poziom zaangażowania. Wprowadził rozwiązania treningowe, których wcześniej tutaj nie znaliśmy, i dzielił się doświadczeniem z profesjonalnej piłki.

W tamtym czasie panowała opinia, że Korona jest jedną z najładniej grających drużyn w lidze. Potrafiliśmy długo utrzymywać się przy piłce, wymieniać podania i naprawdę dobrze wyglądało to od strony piłkarskiej.

Później pojawiły się problemy kadrowe i z roku na rok było trochę trudniej. Zdarzała się walka o utrzymanie, częściej zajmowaliśmy miejsce w środku tabeli, ale cały pobyt w Koronie wspominam bardzo dobrze.

W barwach Korony zdobyłeś także okręgowy Puchar Polski.

To było bardzo fajne doświadczenie. Prezes Grzegorz Ludwiczak zawsze przywiązywał do Pucharu Polski dużą wagę. Jego marzeniem było, żeby kiedyś do Piasków przyjechał zespół z najwyższej klasy rozgrywkowej.

W tamtej edycji mieliśmy po drodze trochę szczęścia. Pamiętam jeden wyjazd w okolice Wolsztyna, gdzie graliśmy z niżej notowanym zespołem i awansowaliśmy dopiero po rzutach karnych.

Później dotarliśmy do finału. Graliśmy w Piaskach z Obrą Kościan i wygraliśmy 2:1. Takie zwycięstwa zostają w pamięci, bo na puchar składa się wiele spotkań, a na końcu można podnieść trofeum przed własną publicznością.

Po zakończeniu gry w Koronie planowałeś już właściwie skończyć z piłką. Dlaczego trafiłeś do reaktywowanej Kani Gostyń?

Byłem już zdecydowany, że przestaję grać. Gdyby nie reaktywacja Kani, być może rzeczywiście zakończyłbym wtedy przygodę z piłką.

Przyszedł jednak do mnie Zbigniew Kordus. Powiedział, że klub chce z roku na rok robić kolejne awanse i potrzebuje doświadczonych zawodników. To właśnie on namówił mnie, żebym dołączył do Kani.

Kiedy przychodziłem, zespół awansował już z B klasy do A klasy. W okresie przygotowawczym kapitanem był jeszcze Zbigniew Witkowski, ale później zrezygnował z gry. Od razu na początku sezonu dostałem opaskę kapitańską.

Byłem tym trochę zaskoczony. Dopiero przyszedłem do drużyny i nie spodziewałem się takiego wyróżnienia, ale było to bardzo miłe.

Kania rzeczywiście pięła się później po kolejnych szczeblach rozgrywek.

A klasę przeszliśmy szybko. Trochę dłużej zatrzymaliśmy się chyba w klasie okręgowej, ale ostatecznie również wywalczyliśmy awans.

W drużynie pojawiało się wielu młodych zawodników. Kiedy przyszedłem, Damian Krzyżostaniak miał chyba 16 czy 17 lat. Już wtedy był wysokim, mocnym chłopakiem. Poza boiskiem bardzo spokojny, ale podczas meczu potrafił pokazać charakter.

Dzisiaj piętnaście lat gry Damiana w Kani robi ogromne wrażenie. To bez wątpienia jedna z najważniejszych postaci w historii klubu. Cieszę się, że młodsi zawodnicy mówią po latach, że mogli czegoś nauczyć się ode mnie czy od Adama Kluczyka.

Jeśli chodzi o Kanię, to nie mogę zapomnieć też o Sebastianie Fechnerze, z którym bardzo dobrze się rozumieliśmy.

Jednym z najważniejszych spotkań był wyjazdowy mecz z Rawią Rawicz w 2014 roku. Kania walczyła wtedy o awans, a ty zdobyłeś niezwykłą bramkę z rzutu wolnego.

Taki mecz trafia się raz na wiele lat. Graliśmy na boisku wicelidera i wiedzieliśmy, jak wielka jest stawka. Stadion był pełny, a z Gostynia przyjechała bardzo duża grupa kibiców. Moja żona z córką miały nawet problem, żeby dojechać na czas, bo wokół stadionu zrobił się ogromny ruch.

Rzut wolny wykonywałem sprzed pola karnego. Piłka poleciała praktycznie w samo okienko, odbiła się jeszcze od poprzeczki i wpadła do bramki. Mam gdzieś krótki film z tego gola, nagrany później telefonem z ekranu komputera. Jakość nie jest najlepsza, ale najważniejsze, że ten moment został zachowany.

Pamiętam również napięcie związane z całym spotkaniem. Graliśmy o awans, na terenie bezpośredniego rywala i przy pełnych trybunach. Takie zwycięstwa są najpiękniejsze.

Kania miała wtedy wyjątkowe znaczenie również ze względu na swoją historię.

Cały czas powtarzaliśmy, że klub z taką historią zasługuje na grę wyżej niż klasa okręgowa. Dla kibiców i zawodników awans był czymś bardzo ważnym.

Co ciekawe, z Gostyniem miałem kontakt jeszcze jako zawodnik Warty Poznań. Przyjechałem kiedyś tutaj na mecz sparingowy. W Warcie grałem wcześniej z zawodnikami, którzy później trafili do Kani lub byli związani z tym regionem, między innymi z Mariuszem Niedbałą, Przemysławem Mądrym, Piotrem Tomaszczakiem czy Tomaszem Parzym.

Można więc powiedzieć, że pewne piłkarskie drogi przecinały się już dużo wcześniej.

Po kilku sezonach w Kani przyszedł czas na piłkę halową. Najpierw była Gostyńska Liga Halowa.

Po zakończeniu gry w Kani przez pewien czas występowałem w Gostyńskiej Lidze Halowej w drużynie Alfa. Grałem tam chyba przez dwa sezony i dobrze czułem się na hali.

Wcześniej pojawiał się jeszcze pomysł powrotu do Korony Piaski, która zrobiła wtedy awans do A klasy. Ostatecznie obowiązki zawodowe sprawiły, że do tego nie doszło.

Myślę, że gdyby nie liga halowa, mógłbym już wtedy całkowicie zakończyć granie.

Jak trafiłeś do tworzącego się Futsalu Gostyń?

Najpierw przyszedł do mnie Mateusz Matysiak. Powiedział, że ruszają z futsalowym projektem dla dzieci i szukają pomocy, także w formie sponsoringu.

Po roku odezwał się Dariusz Łagoda. Wspólnie z Mateuszem budowali drużynę seniorów i zaproponowali mi grę. Dzięki nim wszedłem w prawdziwy futsal.

Nie spodziewałem się wtedy, że zostanę w klubie przez osiem sezonów. Gdybym rozegrał jeszcze dwa, doczekałbym jubileuszu dziesięciolecia. Nikt na początku nie zakładał, że ta historia potrwa aż tak długo.

Od początku pełniłeś funkcję kapitana?

Wybór kapitana wyglądał dosyć zabawnie. Przed pierwszym meczem trzeba było komuś dać opaskę, więc padł pomysł, że otrzyma ją najstarszy zawodnik. Starszy ode mnie był Darek Łagoda, ale jako prezes i zawodnik nie chciał jej brać. Wybór padł więc na mnie.

Początkowo miało to być rozwiązanie tymczasowe. Mieliśmy później wrócić do tematu, ale nikt nie miał nic przeciwko i opaska już została. Z roku na rok nadal byłem kapitanem.

Po ośmiu latach okazało się, że z pierwszego składu drużyny zostałem tylko ja. W poprzednim sezonie na chwilę wrócił jeszcze Rafał Wolsztyniak, ale poza nim pozostałych zawodników z początków zespołu już nie było.

Twój pobyt w Futsalu Gostyń okazał się dłuższy niż gra w Koronie Piaski i Kani Gostyń. Spodziewałeś się, że ta przygoda potrwa aż tyle lat?

Zupełnie się tego nie spodziewałem. Dołączałem do nowego projektu bez zastanawiania się, jak długo będę w nim występował, a ostatecznie to właśnie w Futsalu Gostyń spędziłem najdłuższy okres swojej sportowej drogi.

Przez pierwsze sezony często udawało mi się pomagać drużynie zdobywanymi bramkami. Był nawet sezon, w którym do tytułu króla strzelców II ligi zabrakło mi dwóch trafień – Mateusz Mroziński z Konina zdobył 23 gole, a ja 21. Indywidualne liczby były oczywiście miłe, ale z czasem coraz większe znaczenie miały dla mnie wyniki całego zespołu i to, jak rozwijał się Futsal Gostyń.

W barwach Futsalu Gostyń rozegrałeś wiele pamiętnych spotkań. Które szczególnie zostały ci w głowie?

Było ich naprawdę dużo. Pamiętam między innymi cztery bramki przeciwko AZS UMK Toruń. Zdarzył się również mecz z Wrześnią, w którym zdobyłem dwa gole w ciągu kilku sekund. To właśnie jest piękno futsalu, że sytuacja może zmienić się właściwie natychmiast.

Dobrze pamiętam też derbowy mecz z Piastem Poniec, w którym zdobyłem hat-tricka, oraz kilka wyjazdów, kiedy strzelałem po trzy czy cztery bramki.

Wiele z tych goli było naprawdę ładnych. Z humorem można powiedzieć, że czasem chciało się podawać, a piłka wpadła do bramki.

Przez kilka sezonów bardzo dobrze współpracowałeś z Dawidem Jędryczką.

Z Dawidem zawsze świetnie rozumieliśmy się na boisku. Do dzisiaj mamy kontakt, teraz częściej telefoniczny. To zawodnik, z którym futsalowo bardzo łatwo było znaleźć wspólny język.

W Futsalu Gostyń generalnie panowała bardzo dobra atmosfera. Oczywiście z jednymi zawodnikami człowiek utrzymuje bliższy kontakt, z innymi mniejszy, ale nie przypominam sobie większych konfliktów. Niezależnie od tego, kto był trenerem, atmosfera była na takim poziomie, że chciało się przychodzić na treningi i mecze.

Jednym z najbardziej niezwykłych spotkań w historii klubu był mecz z Jaguarem Gdańsk w sezonie 2024/2025. Przegrywaliście 0:5, a mimo to zwyciężyliście 7:6.

Dzięki naszemu sponsorowi Rafałowi Jankowskiemu, z którym mam bardzo dobre relacje prywatne, mogliśmy pojechać do Gdańska dzień wcześniej i przenocować w bardzo dobrym hotelu. Mieliśmy zapewnione świetne warunki, miejsce na poranny rozruch i wydawało się, że jesteśmy znakomicie przygotowani.

Mimo tego zaliczyliśmy falstart. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:3, a na początku drugiej straciliśmy kolejne dwie bramki. Było 0:5.

Nie uważam jednak, że byliśmy zespołem słabszym. Tworzyliśmy sytuacje, ale piłka nie chciała wpaść do bramki. Raz bronił bramkarz, innym razem ktoś zablokował strzał, trafialiśmy w słupek albo nie wykorzystywaliśmy okazji z bliskiej odległości.

Strzelanie rozpoczęliśmy około jedenastu minut przed końcem. Kiedy zdobyliśmy pierwszego gola, nagle zaczęło wpadać właściwie wszystko. Joachim Knapp oddał strzał z miejsca, z którego wszyscy zastanawialiśmy się, po co on w ogóle uderza. Piłka poleciała w samo okienko.

Po kilku minutach odrobiliśmy całą stratę i wyszliśmy na prowadzenie. Jaguar doprowadził jeszcze do remisu, ale w końcówce zdobyliśmy bramkę na 7:6.

Ten mecz najlepiej pokazuje, czym jest futsal. Nawet prowadzenie pięcioma golami nie gwarantuje zwycięstwa. Dopóki nie zabrzmi ostatni gwizdek, wszystko może się wydarzyć.

W ostatniej kolejce sezonu graliście z TAF-em Toruń o historyczny awans do pierwszej ligi. Jak patrzysz na ten mecz po czasie?

Na chłodno trzeba powiedzieć, że Toruń zasłużył wtedy na awans. Był zespołem bardziej futsalowym, lepiej przygotowanym do całego sezonu i miał zawodników z doświadczeniem na wyższym poziomie.

Nam zabrakło doświadczenia, szczególnie wśród młodszych zawodników. Myślę, że niektórych trochę zjadła trema. Hala była pełna, mecz miał ogromną stawkę i nie każdy potrafił sobie z tym poradzić.

Mimo wszystko bardzo dobrze wspominam tamten sezon i sam mecz. W Gostyniu było to duże wydarzenie, a trybuny pokazały, że futsal może przyciągać publiczność.

Brak awansu nie był więc dla ciebie wielką porażką?

Nie. Uważam nawet, że być może dobrze się stało, że wtedy nie awansowaliśmy. Kolejny sezon pokazał, ile jeszcze musimy się nauczyć.

TAF Toruń wszedł do pierwszej ligi i od razu z niej spadł. To udowadnia, jak duży jest przeskok między drugą a pierwszą ligą. Żeby się tam utrzymać, potrzebny jest naprawdę dobry budżet oraz kilku zawodników z poważną przeszłością futsalową.

Dochodzi większa liczba meczów, dalsze wyjazdy i zupełnie inne wymagania organizacyjne. Nie wystarczy tylko awansować. Trzeba być jeszcze przygotowanym na to, co wydarzy się później.

W Futsalu Gostyń miałeś okazję grać z Sebastianem Wojciechowskim, byłym reprezentantem Polski. Jak wiele dała ci ta współpraca?

Zdecydowanie najwięcej futsalu nauczyłem się właśnie od Sebastiana. Wcześniej człowiek coś oglądał w internecie, poznawał zasady i opierał się głównie na doświadczeniu z trawy.

Sebastian nauczył mnie prawdziwego myślenia futsalowego, poruszania się, ustawiania i przewidywania tego, co wydarzy się za chwilę. Właściwie dopiero przy nim zacząłem rozumieć tę dyscyplinę na wyższym poziomie.

Z osób związanych z futsalem był najlepszym zawodnikiem, z jakim grałem, i człowiekiem, od którego najwięcej wyciągnąłem. Do dzisiaj mamy bardzo dobry kontakt. Kiedy zaczynamy rozmawiać przez telefon, poruszamy nie tylko tematy sportowe.

W ostatnich sezonach występowałeś z zawodnikami, którzy byli od ciebie ponad dwa razy młodsi.

Mając 42 czy 43 lata, grałem z chłopakami w wieku 16, 17 albo 18 lat. Cieszy mnie, że zawsze odnosili się do mnie z szacunkiem i część z nich traktowała mnie jako wzór.

Miło słyszeć, że mogli czegoś się ode mnie nauczyć. Przez cały czas powtarzałem sobie, że zakończę granie wtedy, kiedy nie będę już w stanie za nimi nadążyć.

Ten moment jeszcze nie nadszedł.

Chyba śmiało można nazywać Cię legendą Futsalu Gostyń. Jak reagujesz na takie określenie?

Może wynika to głównie z tego, że jako jedyny zostałem w drużynie od samego początku. Osiem lat to jednak sporo czasu. Przez cały ten okres byłem kapitanem i zostawiłem dla klubu dużo zdrowia.

Nie mnie oceniać, czy jestem legendą. Mogę jedynie powiedzieć, że zawsze podchodziłem do gry w ten sam sposób: albo robię coś na sto procent, albo odpuszczam. Kiedy wychodziłem na boisko, zostawiałem tam całe serce.

Czy przed rozpoczęciem ostatniego sezonu wiedziałeś, że będzie to twoja ostatnia kampania w barwach Futsalu Gostyń?

Nie. Od czterech lat na początku każdego sezonu słyszałem, że to już będzie mój ostatni. Czasami mówiono to żartobliwie, czasami trochę poważniej.

Sam wychodzę z założenia, że dopóki dobrze się czuję i nadal mi się chce, będę grał. Kiedy poczuję, że brakuje mi ochoty, wtedy odstawię buty.

Decyzja o odejściu z Futsalu Gostyń nie oznacza więc automatycznie zakończenia całej przygody z futsalem.

Jak wspominasz pożegnanie przygotowane przez klub?

Łezka zakręciła się w oku. Klub przygotował wszystko dokładnie tak, jak powinien. Darek Łagoda wysoko zawiesił poprzeczkę, jeżeli chodzi o takie pożegnania.

Było mi smutno, bo osiem lat to duża część życia. Z drugiej strony nadszedł czas na nowe wyzwania.

Grzecznie pożegnałem się z Futsalem Gostyń, ale osoby, które prawidłowo odczytały przekaz w moim pożegnalnym wpisie, długo nie czekały. Telefon zaczął dzwonić.

Pojawiły się również propozycje z pierwszej ligi?

Były dwie takie propozycje, ale je odrzuciłem. W moim wieku nie chcę już podporządkowywać życia grze w pierwszej lidze. Usłyszałem, że spokojnie dałbym sobie tam radę i na pewno miło było to usłyszeć.

Nie mówię jednak jeszcze oficjalnie, co wydarzy się dalej. Na wszystko przyjdzie odpowiedni moment. Na razie mogę powiedzieć, że pożegnałem się z Futsalem Gostyń, ale niekoniecznie z futsalem.

Przez pewien czas pełniłeś w Futsalu Gostyń także funkcję trenera. Widzisz siebie kiedyś na ławce na stałe?

To była wyłącznie sytuacja tymczasowa. Klub rozstał się z trenerem i przez chwilę nie było nikogo, kto mógłby przejąć zespół. Wspólnie z Jarosławem Sałatą poprowadziliśmy więc drużynę.

Na dzisiaj nie mam planów związanych z pracą trenerską. Nigdy nie mówię „nigdy”, ale nie jest to coś, do czego szczególnie mnie ciągnie. Zdecydowanie lepiej czuję się jako zawodnik.

Jak wspominasz trenerów, z którymi pracowałeś w gostyńskim klubie?

Z każdym z nich miałem dobre relacje. Pierwszym trenerem był Mateusz Matysiak, później Dariusz Łagoda. Był też Krzysztof Pakosz, z którym wcześniej grałem w Kani Gostyń.

O Sebastianie Wojciechowskim już mówiłem – to osoba, od której najwięcej nauczyłem się pod względem futsalowym. Bardzo dobre relacje mam również z Sergeyem Chamukhą. W różnych momentach pojawiały się różne opinie, jak w każdym klubie, ale ja do dzisiaj utrzymuję z nim kontakt.

Nigdy nie miałem większych konfliktów z trenerami. Zawsze starałem się wyciągnąć od każdego coś dla siebie.

W której drużynie grającej na trawie panowała najlepsza atmosfera?

Bardzo dobrze wspominam Koronę Piaski. Prezes Grzegorz Ludwiczak sam wielokrotnie mówił, że tamten zespół był jedną z najlepszych drużyn również pod względem atmosfery.

Przychodziłem jako obcy zawodnik, praktycznie nikogo nie znałem, a po krótkim czasie bardzo dobrze czułem się w całym środowisku.

Podobnie było przez większość pobytu w Kani Gostyń. Dopiero w ostatnim roku atmosfera trochę się pogorszyła z różnych względów, ale nie zawsze wszystko może być idealne.

Do dzisiaj mam dobre relacje z ludźmi związanymi zarówno z Koroną, jak i Kanią. Nie jestem po jednej czy drugiej stronie. Kibicuję drużynom z tego regionu i ludziom, którzy poświęcają im swój czas.

Rywalizacja między Koroną i Kanią wygląda dzisiaj inaczej niż kiedyś?

Zdecydowanie jest spokojniejsza. Pamiętam jeszcze mecze, w których grałem po jednej ze stron i emocje były naprawdę duże. Nie zawsze kończyło się wyłącznie na zdrowej rywalizacji sportowej.

Dzisiaj kontakty pomiędzy klubami i kibicami wyglądają znacznie lepiej. Piaski są mniejszą miejscowością, ale Korona ma własną grupę ludzi, którzy mocno żyją klubem. Dobrze, że można rywalizować na boisku, a poza nim zachowywać normalne relacje.

Komu jesteś szczególnie wdzięczny za swoją sportową drogę?

Wymienienie wszystkich jest bardzo trudne, bo przez tyle lat spotkałem setki zawodników, trenerów i działaczy.

Ogromną rolę w mojej sportowej drodze odegrał dziadek Fabian, któremu jestem bardzo wdzięczny za całe wsparcie i poświęcony czas. Dzisiaj moimi najwierniejszymi kibicami są żona Gosia i córka Maja, które oglądają niemal wszystkie moje mecze.

W tym regionie najwięcej pod względem piłkarskim wyciągnąłem chyba od Krzysztofa Michalskiego. Nie byłem już wtedy najmłodszym zawodnikiem, a mimo to potrafił przekazać mi wiele nowych rzeczy.

Za wejście do futsalu jestem wdzięczny Mateuszowi Matysiakowi i Dariuszowi Łagodzie. To oni stworzyli projekt i namówili mnie, żebym do niego dołączył. Najwięcej wiedzy typowo futsalowej przekazał mi Sebastian Wojciechowski.

Bardzo ważne są również przyjaźnie i znajomości, które zostały po latach grania. Wśród osób, z którymi utrzymuję bliższy kontakt, są między innymi Zbigniew Witkowski, Rafał Piotrowski, Dariusz Piotrowski, Bartosz Krajka, Łukasz Cebulski czy Bartosz Wabiński. W futsalu jedną z takich osób jest Dawid Jędryczka.

Tych nazwisk jest oczywiście znacznie więcej. Piłka dała mi nie tylko mecze i bramki, ale przede wszystkim ludzi.

Kiedy patrzysz na całą swoją sportową drogę, czujesz zadowolenie czy pozostało jednak niespełnienie?

Jestem zadowolony. Nie patrzę na to w taki sposób, że coś się nie udało. Wszystko potoczyło się tak, jak miało się potoczyć.

Oczywiście można zastanawiać się, co byłoby, gdyby doszedł do skutku transfer do Lecha albo gdyby nie pojawiła się poważna kontuzja. Tego już się jednak nie zmieni.

Jedyne, czego naprawdę trochę żałuję, to fakt, że tak późno poznałem futsal. Gdybym trafił do tej dyscypliny w wieku dwudziestu kilku lat, moja sportowa droga mogłaby wyglądać inaczej.

Co ciekawe, możliwość pojawiła się już za czasów Warty Poznań. Powstawała wtedy Akademia Słowa Poznań i kilku zawodników związanych z Wartą przeszło do futsalu. Pytano również mnie, czy nie chciałbym spróbować. Wtedy reakcja była mniej więcej taka: „Eee, futsal…”. Ta dyscyplina była traktowana trochę po macoszemu.

Dzisiaj widzę wielu zawodników z trawy, którzy znakomicie poradziliby sobie na hali, ale nadal uważają futsal za gorszą odmianę piłki. To błędne podejście, bo jest to zupełnie inna, bardzo wymagająca dyscyplina.

Futsal rozwija się z roku na rok. Być może nigdy nie osiągnie popularności piłki jedenastoosobowej, ale staje się coraz bardziej widowiskowy i atrakcyjny dla kibiców oraz sponsorów. Budżety klubów rosną, poziom sportowy również, a przed tą dyscypliną jest jeszcze duża przyszłość.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

Prośba o kawę

📸 Fot. gostynska.pl, Robert Przewożny

Przewijanie do góry