Tomasz Piotrowiak: kręgle, Arsenal, koszulki, stadiony i rodzinna pasieka Tommy 1966

Tomasz Piotrowiak łączy w swoim życiu sport, piłkarskie emocje, podróże i pszczelarstwo – pasje, które na pierwszy rzut oka niewiele mają ze sobą wspólnego, ale razem tworzą jedną niezwykłą historię. Zaczęła się ona między blokami na osiedlu Górna, prowadziła przez gostyńską kręgielnię, trybuny europejskich stadionów i kolekcję koszulek Arsenalu, a dziś coraz mocniej związana jest z rodzinną pasieką. W rozmowie opowiada o dawnym sporcie, miłości do londyńskiego klubu, wyjątkowych kolekcjonerskich znaleziskach oraz obietnicy złożonej dziadkowi.

Tomasz Piotrowiak i pszczoly

Mirek Prętkowski: Jak sport pojawił się w Twoim życiu? Wszystko zaczęło się od piłki na osiedlu Górna?

Tomasz Piotrowiak: Tak. Graliśmy na tym starym, piaszczystym boisku na Górnej. Tak naprawdę to był niemal beton i nieraz kończyło się kontuzjami, ale nikomu to nie przeszkadzało. Potrafiliśmy spędzać tam po kilkanaście godzin dziennie.

To były zupełnie inne czasy. Nie było telefonów ani nawet domofonów. Człowiek wychodził przed blok i za chwilę zbierała się cała ekipa. Mama wołała z balkonu na obiad, szybko się jadło i wracało na boisko. Graliśmy codziennie, od rana do wieczora.

Mieliśmy dwa sąsiadujące ze sobą bloki i naprawdę zgraną grupę. Dzisiaj wiele osób rozjechało się po świecie, ale z większością nadal mamy jakiś kontakt. Może nie codzienny, jednak mniej więcej wiemy, co się u siebie dzieje.

Przy tylu godzinach spędzonych z piłką nigdy nie myślałeś, żeby zapisać się do Kani Gostyń?

Kilku kolegów poszło na treningi Kani, ale ja nigdy się nie zdecydowałem. Możliwe, że mama obawiała się, że zrobię sobie krzywdę albo złamię nogę. Nie pamiętam już dokładnie, dlaczego nie trafiłem do klubu.

Zamiast tego poszedłem na kręgle. Trochę zabawne, bo na podwórku cały czas graliśmy w piłkę, a moją pierwszą prawdziwą dyscypliną sportową zostały właśnie kręgle.

Miałeś wtedy piłkarskiego idola?

Bardzo lubiłem Raúla Gonzáleza. Był świetnym technicznie zawodnikiem, a przy tym nie imponował potężnymi warunkami fizycznymi. Sam zawsze byłem niewielki, dlatego gdzieś tam się z nim utożsamiałem. Koledzy także często mnie z nim kojarzyli.

Oczywiście różnica była taka, że on trochę lepiej grał.

Na podwórku najczęściej występowałeś w polu czy na bramce?

Często stawałem na bramce i zostało mi to do dzisiaj. Kiedy jestem w Anglii, raz w tygodniu spotykamy się z chłopakami i gramy na Orliku. Nadal najczęściej bronię.

Miałem też krótki epizod w tamtejszym amatorskim klubie Howdens FC. Problemem była jednak pogoda. Wiele spotkań przekładano ze względu na stan murawy. Z kilkunastu potencjalnych meczów udało mi się wystąpić tylko w kilku. Koledzy nadal czasem pytają, kiedy wrócę, bo potrzebują bramkarza.

Jak trafiłeś do kręgli?

Poszliśmy tam większą grupą kolegów z osiedla. Byli tam między innymi Piotrek „Bocian”  Mendyką, Piotrek „Katar” Katarzyśki i Piotrek „Zdeja” Stachowiak. Ktoś zaczął trenować, namówił pozostałych i w ten sposób znalazłem się na kręgielni.

Pierwszą licencję zawodniczą miałem w 2000 roku. Zaczynałem jako młodzik albo junior młodszy i grałem aż do wyjazdu do Anglii. Ostatnie zawody rozegrałem prawdopodobnie w Tomaszowie Mazowieckim. W sumie kręgle były obecne w moim życiu przez około trzynaście lat.

Jak wspominasz ten okres?

Świetnie. Co tydzień odbywał się mecz ligowy, a co tydzień lub dwa jechaliśmy na zawody. Było co robić i właściwie cały czas żyliśmy kręglami. Jeździliśmy też na obozy nad morze, czy do czeskiego Nachodu.

Kręgle to bardzo niszowa dyscyplina. Klubów było niewiele, dlatego zawodnicy z całej Polski dobrze się znali. Kiedy spotykaliśmy się na turniejach w Tomaszowie Mazowieckim, Tucholi, Gostyniu czy Wronkach, tworzyła się jedna duża grupa znajomych. Rywalizacja była ważna, ale liczyła się również atmosfera i wspólnie spędzony czas.

Za młodych jechało się nie tylko pograć, ale także dobrze się bawić. Wszyscy się znali i w większości naprawdę się lubili.

Udało Ci się osiągnąć jakieś sukcesy?

Nie było ich bardzo dużo, ale kilka się pojawiło. Jako junior zdobyłem medal mistrzostw Wielkopolski w parach. Mieliśmy też srebro i prawdopodobnie dwa brązowe medale drużynowych mistrzostw Polski.

Indywidualnie wygrałem turniej Amica Cup. Mogli w nim startować również amatorzy, ale były to naprawdę fajne zawody i dobrze wspominam to zwycięstwo.

Kto spośród zawodników z tamtych lat szczególnie się wyróżniał?

Zdecydowanie Jakub Osiewicz. To była klasa światowa. Trzymaliśmy się razem i byliśmy bardzo dobrymi kolegami, dlatego z bliska widziałem, jakie miał możliwości. Kiedy Kuba grał na swoim poziomie, właściwie nikt nie był w stanie z nim wygrać. Wielokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski i osiągał również sukcesy międzynarodowe.

Później pojawiły się u niego problemy zdrowotne, między innymi z kolanem. Teraz ma wrócić do gry i jestem przekonany, że nadal może bardzo dużo pokazać. Moim zdaniem, gdyby przez cały ten czas regularnie trenował, do dzisiaj należałby do ścisłej czołówki.

Gostyńskie kręgle mają długą historię. Czuło się, że trafiłeś do klubu z tradycjami?

Zdecydowanie. Start Gostyń ma moim zdaniem jedną z najciekawszych historii w polskich kręglach. Przez wiele lat ogromną rolę odgrywał Marian Mendyka. To były piękne czasy.

Bardzo dużo zawdzięczam kręglom. Czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy nie trafił na gostyńską kręgielnię. Dała mi sport, wyjazdy, rywalizację, ale przede wszystkim grupę ludzi, z którymi świetnie spędzałem czas.

Wraca czasem myśl, żeby znowu zagrać?

Tak. Włodzimierz Dudkiewicz, prezes Startu Gostyń, nieraz zaprasza mnie, żebym przyszedł na kręgielnię i spróbował ponownie. Zdarza mi się o tym myśleć.

Gdybym nie wyjechał do Anglii, prawdopodobnie grałbym znacznie dłużej.

Piłka cały czas była jednak obecna w Twoim życiu. Kiedy pojawił się Arsenal?

Pierwsze piłkarskie obrazy pamiętam z lat 90. Mam migawki z mistrzostw świata w 1994 roku, później oglądałem Borussię Dortmund, Ajax, Real Madryt czy Manchester United wygrywający Ligę Mistrzów na Camp Nou w 1999 roku.

Na początku nie miałem jednego klubu. Lubiłem Real ze względu na Raúla, przez chwilę imponował mi również Manchester United. Później zobaczyłem kilka spotkań Arsenalu. Thierry Henry, Robert Pirès, styl gry całej drużyny i klimat Highbury zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

W pierwszych latach XXI wieku rywalizacja Arsenalu z Manchesterem United była czymś wyjątkowym. Te mecze miały napięcie, wielkie osobowości i historie, które pamięta się do dzisiaj.

Co najbardziej urzekło Cię w tamtym Arsenalu?

Sposób gry. Wystarczy obejrzeć akcje i bramki z sezonu, w którym Arsenal zdobył mistrzostwo bez porażki. Piłka chodziła szybko, zawodnicy grali odważnie i mieli dużą swobodę.

To nie była tylko doskonała taktycznie drużyna. Było w niej wiele indywidualności. Każdy zawodnik miał własny styl i charakter. Thierry Henry, Dennis Bergkamp, Robert Pirès, Patrick Vieira, Gilberto Silva, Freddie Ljungberg, Sol Campbell – można byłoby długo wymieniać.

Dzisiejsza piłka nie daje Ci już takich emocji?

Coraz rzadziej. Mecze Arsenalu nadal staram się oglądać regularnie, ale ogólnie futbol sprawia mi mniej przyjemności niż kiedyś.

Dzisiaj wszystko jest bardzo mocno podporządkowane taktyce i pieniądzom. Zawodnicy są świetnie przygotowani, ale coraz trudniej o indywidualności, które robią na boisku coś nieprzewidywalnego. Piłkarze często zmieniają kluby, a drużyny potrafią przez długie fragmenty głównie wymieniać podania i czekać na błąd rywala.

Kiedy rozmawiam z Jakubem „Muchą” Muszyńskim, często wracamy do wydarzeń sprzed ponad dwudziestu lat. Pamiętamy składy, finały, konkretne bramki. Tymczasem czasem trudno mi sobie przypomnieć, kto wygrał Ligę Mistrzów pięć lat temu. To pokazuje, jak wielki mam sentyment do dawnego futbolu.

Jak przeżyłeś finał Ligi Mistrzów z Barceloną w 2006 roku?

Bardzo mocno, bo Arsenal był niezwykle blisko zwycięstwa. Po czerwonej kartce dla Jensa Lehmanna niemal całe spotkanie rozgrywaliśmy w dziesiątkę, a mimo to prowadziliśmy. Dopiero w końcówce Barcelona zdobyła dwie bramki.

Do dzisiaj zastanawiam się, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby Arsenal grał w pełnym składzie. Moim zdaniem tamta drużyna zasługiwała na zwycięstwo w Lidze Mistrzów.

Na kolejne mistrzostwo Anglii Arsenal czekał 22 lata. Jak wyglądało to z perspektywy kibica?

W pewnym momencie była to już rozpacz. Końcówka pracy Arsène’a Wengera była bardzo trudna. Wenger pozostaje legendą i nigdy nie należałem do osób chodzących z transparentami „Wenger out”, ale oglądanie niektórych spotkań naprawdę bolało.

Człowiek włączał mecz w sobotę albo niedzielę i już przeczuwał, że przez resztę dnia będzie rozczarowany. Czasami naprawdę oczy krwawiły od tej gry.

W ostatnich sezonach widziałem, że drużyna zbliża się do mistrzostwa. W decydującym momencie również pojawiały się jednak wątpliwości. Zdarzały się mecze, w których Arsenal przestawał grać odważnie, wycofywał się i tylko bronił wyniku. Zastanawiałem się, czy to założenia Mikela Artety, czy zawodnicy nie mają już sił. Dominik Jankowiak przekonywał mnie, że to jednak się uda, że będziemy się wreszcie cieszyć.

Ostatecznie udało się przełamać 22-letnie oczekiwanie. To było ogromne przeżycie.

Później przyszło jednak rozczarowanie w finale Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain.

Po finale przez dwa dni nie miałem ochoty o nim rozmawiać. Kiedy Eberechi Eze podchodził do rzutu karnego, miałem złe przeczucie.

Nie mam pretensji do zawodnika, gdy bramkarz świetnie obroni dobrze wykonany rzut karny. Najbardziej boli mnie, kiedy piłkarz nie trafia w bramkę albo uderza bez przekonania. W takich chwilach nogi potrafią jednak ważyć bardzo dużo.

Pamiętasz swój pierwszy mecz Arsenalu oglądany z trybun?

Tak, był to mecz z Brentfordem na Emirates Stadium, zakończony remisem 1:1. Sama gra nie zachwyciła, ale pierwszy raz na stadionie swojego klubu zawsze pozostaje wyjątkowy.

Później byłem między innymi na spotkaniach z Newcastle i Manchesterem United. W sumie uzbierało się już kilka wyjazdów.

Z czasem zacząłeś organizować takie wyprawy również dla znajomych.

Tak. Mieliśmy już około pięciu większych wyjazdów. Najczęściej zbieramy sześcioosobową ekipę. Jedzie ten, kto akurat ma możliwość i ochotę.

To zawsze są bardzo intensywne dwa albo trzy dni. Mecz jest najważniejszym punktem, ale liczy się cała atmosfera wyjazdu – wspólna podróż, rozmowy o piłce i czas spędzony z ludźmi, którzy mają podobną pasję. Za każdym razem trafiała się świetna grupa i nigdy nie było żadnych problemów.

Żałujesz, że nigdy nie zobaczyłeś meczu na Highbury?

Bardzo. Jestem na siebie trochę zły, że nie zdążyłem tam pojechać. Arsenal rozegrał ostatni mecz na Highbury w 2006 roku. Teoretycznie mogłem już wtedy próbować zorganizować wyjazd, ale podróżowanie wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Problemem były pieniądze, bilety i znacznie bardziej ograniczone możliwości.

Dzisiaj dawne trybuny zostały przekształcone w budynki mieszkalne, a w miejscu murawy znajdują się prywatne ogrody. Zachowano wiele emblematów, główne wejście i historyczne elementy stadionu. Nadal czuć tam klimat starego Arsenalu.

Te mieszkania osiągają ogromne ceny. Z tego, co się orientowałem, już około dziesięciu lat temu niektóre kosztowały w granicach 2,5 miliona funtów. Dzisiaj zapewne są warte jeszcze więcej. Samo posiadanie mieszkania i ogródka w miejscu dawnej murawy Highbury musi być czymś wyjątkowym.

Kiedy zacząłeś kolekcjonować koszulki Arsenalu?

Byłem już wtedy w Anglii. Około dziesięciu lat temu siedziałem w mieszkaniu i pomyślałem, że chciałbym kupić koszulkę z 2004 roku, czyli z sezonu, w którym Arsenal został mistrzem bez porażki.

Zacząłem przeglądać internet. Było mnóstwo ofert, ale nie wiedziałem jeszcze, które koszulki są oryginalne, a które podrobione. Kupiłem jedną i dopiero po latach, kiedy zdobyłem większą wiedzę, potwierdziłem, że rzeczywiście była oryginalna.

Potem spodobała mi się kolejna, między innymi starsza z reklamą JVC. Pomyślałem, że zbiorę wszystkie domowe stroje od 1988 roku. Kiedy to zrobiłem, cofnąłem się o następne lata, aż dotarłem do 1983 roku.

Później przyszła kolej na stroje wyjazdowe, trzecie komplety i różne wersje tych samych koszulek. Apetyt rósł w miarę jedzenia.

Czym różni się zwykła koszulka sprzedawana kibicom od tej przygotowanej dla zawodnika?

Najprostsza jest wersja stadionowa przeznaczona dla kibiców. Wyżej znajduje się wersja Authentic, której krój i zastosowane materiały są bardziej zbliżone do tych używanych przez zawodników.

Jeszcze inną kategorią jest Player Issue, czyli koszulka przygotowana dla konkretnego piłkarza. Różni się krojem, materiałem, herbem, metkami, sposobem wykonania i miejscem przeznaczonym na numer.

Najwyższą kategorią jest Match Worn, czyli koszulka rzeczywiście używana przez zawodnika podczas meczu. Takiej nie mam w swojej kolekcji. Mam natomiast koszulki przygotowane dla piłkarzy, w których różnice w porównaniu ze zwykłą wersją stadionową widać już po samym herbie, materiale czy kroju.

Czy udało Ci się znaleźć koszulkę, która okazała się wyjątkowo rzadka?

Tak. Jednym z najlepszych znalezisk była koszulka, w której Arsenal wystąpił tylko dwa razy. To była przejściowa wersja stroju z okresu zmiany sponsora.

Znalazłem ją przypadkowo na Vinted. Sprzedawała ją osoba z Czech, która prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy z jej rzadkości. Oferta zawierała właściwie jedno niezbyt dokładne zdjęcie.

Nie chciałem długo wypytywać sprzedającego o metki, herb czy dodatkowe fotografie, bo wiedziałem, że ktoś inny może mnie uprzedzić. Zaryzykowałem i kupiłem ją w ciemno. Kiedy przesyłka przyszła i zobaczyłem, że koszulka jest oryginalna, nie mogłem w to uwierzyć.

Nie sądzę, żebym kiedykolwiek trafił jeszcze coś równie wyjątkowego. Takie egzemplarze pojawiają się w sprzedaży niezwykle rzadko.

Po kilku sekundach potrafisz już rozpoznać, czy koszulka jest oryginalna?

Często tak, ale stoi za tym bardzo dużo nauki. Przez lata zmieniali się producenci, sponsorzy, herby, materiały i metki. Inaczej oznaczano koszulki Umbro, inaczej Nike, Pumy czy Adidasa. Czasami nawet w obrębie jednego sezonu pojawiały się różnice.

Moim zdaniem podróbki stanowią około 75 procent rynku. Kiedy wejdziesz na Allegro, eBay czy Vinted, masz naprawdę duże szanse, że trafisz na nieoryginalny egzemplarz.

Chińskie fabryki potrafią skopiować niemal wszystko, ale zazwyczaj zostawiają jakiś szczegół, który nie pasuje – krój, rodzaj materiału, herb, wszywkę albo numer produktu.

To setki godzin oglądania zdjęć, porównywania egzemplarzy i uczenia się szczegółów. Dzisiaj wiele rzeczy widzę od razu, choć przy najlepszych podróbkach nadal trzeba zachować ostrożność.

Które koszulki najbardziej Ci się podobają?

Bardzo lubię „bruised banana”, czyli słynny żółto-granatowy wzór z początku lat 90. To jedna z najbardziej charakterystycznych koszulek w historii Arsenalu.

Duży sentyment mam też do bordowego stroju z ostatniego sezonu na Highbury oraz starszych koszulek z reklamą JVC. Podobają mi się również niektóre współczesne projekty Adidasa.

Najmniej przekonują mnie stroje produkowane przez Pumę. Być może wpływa na to także fakt, że kojarzą mi się ze schyłkowym okresem pracy Arsène’a Wengera i słabszą grą drużyny.

Masz koszulki z podpisami zawodników?

Jedną podpisała cała drużyna, ale generalnie nie zbieram autografów. Bardzo trudno jednoznacznie potwierdzić ich autentyczność. Istnieją certyfikaty i firmy zajmujące się weryfikacją, ale mimo wszystko wolę koncentrować się na samych koszulkach.

Największą wartość sentymentalną miałby dla mnie strój rzeczywiście przygotowany lub używany przez zawodnika podczas ważnego meczu.

Do których piłkarzy Arsenalu masz największy sentyment?

Trudno wskazać tylko kilka nazwisk. Na pewno Tony Adams – prawdziwy wojownik i niezwykle ciekawa postać. Jego biografia jest genialna.

Oczywiście Thierry Henry. Do tego właściwie cała drużyna z przełomu lat 90. i początku XXI wieku: Dennis Bergkamp, Robert Pirès, Patrick Vieira, Gilberto Silva, Marc Overmars, Emmanuel Petit, Sol Campbell i wielu innych.

Później również pojawiali się zawodnicy, których bardzo lubiłem – Mesut Özil ze względu na niesamowitą technikę, Alexis Sánchez czy Olivier Giroud. Każdy z nich wnosił do drużyny coś innego.

Skąd wzięła się pasja do odwiedzania stadionów?

Pierwszym poważnym obiektem, który zobaczyłem, było San Siro. To był prawdopodobnie 2009 albo 2010 rok. Ryanair dopiero mocniej wchodził z tanimi lotami i można było znaleźć bilety za naprawdę niewielkie pieniądze.

Wybrałem się do Mediolanu i zamiast zaczynać od centrum miasta, pojechałem prosto pod stadion. Kiedy zobaczyłem San Siro, byłem zachwycony. Wyglądało jak wielkie, stare zamczysko.

Wtedy jeszcze nie myślałem, że zacznę regularnie odwiedzać stadiony, ale właśnie tam pojawiła się pierwsza iskra.

Później poleciałem do Manchesteru, gdzie zobaczyłem Old Trafford i stadion Manchesteru City. Wracając do Polski przez Paryż, odwiedziłem jeszcze Stade de France. Wtedy pomyślałem, że chcę to kontynuować.

Można Cię nazwać groundhopperem?

Nie do końca. Groundhopperzy jeżdżą na ogromną liczbę spotkań i zaliczają kolejne stadiony podczas meczów. Bardzo im tego zazdroszczę, ale moje podróżowanie wygląda trochę inaczej.

Najbardziej interesuje mnie sam stadion, jego konstrukcja, trybuny, historia i położenie. Nie muszę być na meczu. Mogę obejść obiekt, zwiedzić go i spędzić w jego otoczeniu kilka godzin.

Może bardziej pasowałoby określenie „groundspotting”, choć nie wiem, czy oficjalnie istnieje taka nazwa.

Ile obiektów udało Ci się dotychczas zobaczyć?

Około 130. Nie na wszystkich byłem podczas spotkań, ale każdy w jakiś sposób zapamiętałem.

Które zrobiły na Tobie największe wrażenie?

San Siro pozostaje jednym z najważniejszych. Wracałem tam już wiele razy i byłem również na meczu.

Bardzo podoba mi się St James’ Park w Newcastle. To potężny, charakterystyczny stadion znajdujący się niemal w centrum miasta. Old Trafford z zewnątrz nie zrobiło aż tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewałem, ale w środku wygląda zupełnie inaczej.

Ogromny był także stary Santiago Bernabéu. Nie byłem tam na meczu, ale zwiedzałem trybuny jeszcze przed przebudową.

Najbardziej lubię stare obiekty, szczególnie angielskie. Hillsborough w Sheffield, Craven Cottage Fulham czy inne stadiony budowane kilkadziesiąt lat temu mają charakter, którego często brakuje nowoczesnym arenom.

Czy któryś słynny stadion Cię rozczarował?

Chyba Camp Nou. Spodziewałem się czegoś bardziej imponującego. Nie powiedziałbym, że był złym stadionem, ale nie wywołał we mnie takiego efektu jak San Siro czy niektóre stare angielskie obiekty.

Nowe stadiony często są piękne, wygodne i znakomicie zaprojektowane, ale wyglądają podobnie. Mnie bardziej interesują miejsca, w których każda trybuna jest trochę inna i od razu widać historię klubu.

Gdzie spotkałeś najlepszą atmosferę?

Świetnie było na Rapidzie Wiedeń, Beşiktaşie, Legii Warszawa i Dynamie Drezno. Szczególnie imponują mi kluby, które nawet na niższych poziomach rozgrywkowych potrafią zapełnić stadion i stworzyć potężny doping.

Kiedy wybieram mecz, często bardziej niż sama gra interesują mnie trybuny. Lubię drużyny i ligi, w których kibice naprawdę żyją spotkaniem: Olympiakos, Partizan, Hajduk Split czy kluby tureckie.

W Anglii wygląda to inaczej. Tam stadion często przypomina teatr. Kibice siedzą, oglądają mecz, a bardziej aktywny jest przede wszystkim sektor gości. Jeśli wstaniesz i zasłonisz komuś widok, szybko usłyszysz, żeby usiąść. Oczywiście zdarzają się wyjątkowe spotkania, ale ogólnie atmosfera jest spokojniejsza, niż wiele osób sobie wyobraża.

Masz kolejne stadionowe marzenie?

Chciałbym pojechać na derby Belgradu. Nie byłem jeszcze na meczu Partizana z Crveną zvezdą, a to jedno z tych spotkań, które bardzo chciałbym zobaczyć.

Chętnie trafiłbym też na mecz Hajduka Split. Stadion już widziałem i zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale nie udało mi się dotąd dopasować wyjazdu do terminu spotkania.

W 2013 roku wyjechałeś do Anglii. Jak z czasem zmieniało się Twoje życie między Polską a Wielką Brytanią?

Przez pierwsze pięć czy sześć lat mieszkałem w Anglii właściwie przez cały rok. Później zacząłem coraz częściej wracać do Polski, ponieważ chciałem zajmować się pszczołami.

Przez kilka kolejnych lat dzieliłem czas mniej więcej po połowie. Organizowałem pracę w taki sposób, żeby część roku spędzać w Anglii, a sezon pszczelarski w Polsce. Teraz wyjeżdżam już tylko na około trzy miesiące.

Świadomie zrezygnowałem z dłuższego pobytu za granicą, ponieważ chcę rozwijać pasiekę.

Historia pasieki zaczęła się od Twojego dziadka. Jak zdobył pierwszy ul?

To było w 1961 roku. Dziadek Czesław Frąckowiak pracował wtedy w PGR-ze w Bodzewie. Pewnego dnia został wysłany do sadu po śliwki. Spotkał tam starszego człowieka, który miał kilka uli.

Pszczoły akurat się wyroiły. Ten człowiek był już w podeszłym wieku i nie mógł samodzielnie wejść na drzewo, dlatego poprosił dziadka o pomoc w zebraniu roju. Dziadek ściągnął pszczoły, a właściciel zaproponował mu, żeby za symboliczną złotówkę zabrał je dla siebie.

Dziadek się zgodził. W pierwszym roku miał jeden ul, w następnym dwa, później cztery, a następnie osiem. Z roku na rok pasieka się powiększała.

W 1966 roku dziadek przeniósł ule z Bodzewa pod las. Od tego momentu pasieka działa w tym miejscu i właśnie dlatego w nazwie pojawia się rok 1966.

Kto zajmował się nią później?

Dziadek prowadził ją przez wiele lat. Pomagał mu także jego syn, czyli mój wujek. Niestety wujek również już nie żyje.

Teraz odpowiedzialność przeszła na mnie. Tak naprawdę pszczoły są przy mnie od urodzenia. Wychowałem się przy pasiece, jeździłem tam z dziadkiem i od najmłodszych lat pomagałem mu w różnych pracach.

Co sprawiło, że postanowiłeś poświęcić temu większą część życia?

Po pierwsze robię to od zawsze. Po drugie naprawdę to lubię. Pszczelarstwo daje mi dużą satysfakcję.

Podoba mi się również to, że nie muszę nikomu wmawiać, że sprzedaję dobry produkt. Miód pochodzi prosto z ula. Nie chcę przy nim kombinować, nadmiernie go przetwarzać ani udawać czegoś, czym nie jest.

Postanowiłem, że nigdy nie będę kombinował z miodem. Jeżeli kiedyś sytuacja zmusiłaby mnie do obniżania jakości, mieszania czy robienia czegoś wbrew naturze, wolałbym zakończyć działalność. To ma być prawdziwy produkt prosto z ula.

Wiele osób widzi słoik miodu, ale nie wie, ile pracy trzeba wykonać wcześniej. Jak wygląda Twój sezon?

Zaczynam w marcu, kiedy temperatura wzrasta do około 13 stopni. Wykonuję pierwsze przeglądy i sprawdzam, czy matki składają jaja oraz czy rodziny prawidłowo się rozwijają. Muszę odpowiednio zmniejszać albo powiększać gniazda i przygotować pszczoły do rozpoczęcia sezonu.

Kiedy zaczynają kwitnąć pierwsze rośliny, przede wszystkim mniszek i rzepak, na gniazdo nakładam nadstawkę. To dodatkowa skrzynia z pustymi ramkami.

Między gniazdem a nadstawką znajduje się krata, przez którą przechodzą robotnice, ale nie przechodzi matka. Dzięki temu na dole znajduje się gniazdo i czerw, a wyżej powstaje magazyn miodu.

Mówiąc najprościej: na dole pszczoły mają dom, a na górze magazyn. Miód zabieram wyłącznie z magazynu, nie z gniazda.

Ile razy w ciągu sezonu można zebrać miód?

Zazwyczaj odbywają się dwa albo trzy zbiory, czasem cztery. Wszystko zależy od pogody i dostępnych pożytków.

W słabym roku cały okres zbiorów może trwać zaledwie półtora miesiąca. W połowie lipca, czyli właściwie w samym środku lata, zaczyna się dla mnie jeden z najważniejszych okresów całego roku.

Dla osób niezwiązanych z pszczelarstwem może to brzmieć zaskakująco. Ludzie myślą, że skoro jest lato, pszczelarz cały czas zbiera miód. Tymczasem właśnie teraz zaczyna się najważniejsza praca związana z przygotowaniem rodzin do zimy.

Jeżeli w tym okresie popełnię błędy albo zaniedbam leczenie i karmienie, wiosną mogę nie mieć silnych rodzin albo nawet stracić pszczoły.

Na czym polega przygotowanie ula do zimy?

Zdejmuję nadstawki i odpowiednio zmniejszam gniazdo. Zimą pszczoły tworzą kłąb, w którym wzajemnie się ogrzewają. Muszą mieć odpowiednią przestrzeń oraz zapas pokarmu.

To, co zabrałem im w postaci miodu, muszę oddać w postaci pokarmu, czyli wody z cukrem. Na zimę jedna rodzina otrzymuje u mnie około 15 kilogramów takiego pokarmu.

Pszczoły przetwarzają go i zużywają przez kolejne miesiące, pozostając w kłębie zimowym. Cały czas się ogrzewają i stopniowo zjadają zgromadzone zapasy.

Ile pszczół może znajdować się w jednym ulu?

W silnej rodzinie w szczycie sezonu może być od około 60 do nawet 100 tysięcy pszczół. Kiedy patrzy się na rozmiar ula, rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, że mieści się w nim tak ogromna społeczność.

Każda pszczoła ma określone zadanie, a cała rodzina działa właściwie jak jeden organizm.

Jak długo żyje pojedyncza pszczoła?

Robotnica pracująca latem może żyć około miesiąca. Wylatuje po nektar i pyłek, więc bardzo szybko się zużywa.

Inaczej wygląda życie pszczoły zimowej. Robotnica, która wygryzie się pod koniec lata albo jesienią, może przetrwać do marca lub kwietnia. Nie wykonuje tak intensywnej pracy w polu, a jej zadaniem jest przeprowadzenie całej rodziny przez zimę.

Matka może żyć nawet cztery albo pięć lat, ale ja wymieniam ją zazwyczaj co dwa lata. Od jej kondycji zależy ciągłość całej rodziny. Jeśli przestanie składać odpowiednią liczbę jaj jesienią albo wiosną, rodzina może bardzo osłabnąć.

W ciągu całego życia matka może złożyć nawet kilka milionów jaj. Kiedy człowiek zaczyna się w to zagłębiać, naprawdę trudno nie zachwycić się tym, jak funkcjonuje ul.

Co jest najbardziej fascynujące w obserwowaniu pszczół?

Ich organizacja. W ulu wszystko ma znaczenie i wszystko jest ze sobą połączone. Człowiek może uczyć się pszczół przez całe życie i nadal będzie odkrywał coś nowego.

Jednocześnie nie można odkładać pracy. Jeśli wiem, że daną rzecz powinienem zrobić jutro, a zaniedbam ją przez kilka kolejnych dni, muszę liczyć się z konsekwencjami. Przy pszczołach nie da się powiedzieć: „zrobię to za tydzień”, bo wtedy może być już za późno.

Czy prowadzenie pasieki staje się coraz trudniejsze?

Niestety tak. Pojawiają się choroby, pasożyty, opryski oraz coraz mniejsza liczba kwitnących roślin. Wycina się rowy, usuwa dziką roślinność, a wielkie pola obsiewa jednym gatunkiem.

Przez część sezonu pszczoły mają dużo pożytku, a później nagle powstaje pustynia. Rolnicy nie zawsze sieją rośliny, które dawałyby zapylaczom pokarm przez dłuższy czas. Do tego dochodzą środki ochrony roślin, które niewłaściwie stosowane mogą wyrządzić ogromne szkody.

Branża staje się coraz trudniejsza, ale nie zamierzam przez to obniżać jakości produktu ani szukać drogi na skróty.

Jednym z największych zagrożeń jest warroza. Czym ona właściwie jest?

Wywołuje ją roztocz Varroa destructor, przypominający bardzo małego kleszcza. Pasożyt wchodzi do komórki z rozwijającą się larwą i rozmnaża się w zasklepionym czerwiu.

Kaleczy pszczołę i bardzo ją osłabia. Zdarza się, że robotnica wygryza się bez prawidłowo rozwiniętych skrzydeł i nie jest zdolna do normalnego funkcjonowania.

Dlatego trzeba przez cały sezon kontrolować sytuację i stosować dopuszczone środki lecznicze. Pasieka znajduje się pod nadzorem weterynaryjnym, a wszystkie preparaty muszą być stosowane zgodnie z zasadami.

Czy osy i szerszenie również są zagrożeniem dla pasieki?

Każdy gatunek ma swoje miejsce w przyrodzie. Osy i szerszenie zjadają inne owady, więc pełnią określoną funkcję w ekosystemie. Z punktu widzenia pasieki mogą jednak stanowić problem.

Szerszenie potrafią atakować pszczoły przy wylotku. U mnie nie zdarzyło się dotąd, żeby zniszczyły całą rodzinę, ale w innych miejscach może się to wydarzyć.

Bardzo poważnym zagrożeniem jest szerszeń azjatycki, który szybko rozprzestrzenia się w Europie i poluje na pszczoły. Pojawiają się też informacje o kolejnych zagrożeniach nadchodzących ze wschodu. Dlatego pszczelarze muszą się stale dokształcać i być przygotowani na nowe problemy.

Dlaczego warto kupować miód bezpośrednio od znanego pszczelarza?

Przede wszystkim wiadomo wtedy, skąd pochodzi produkt i kto za niego odpowiada. Przy źle prowadzonym leczeniu albo stosowaniu niewłaściwych substancji problemem nie musi być wyłącznie dodanie syropu cukrowego. W miodzie mogą znaleźć się również inne niepożądane rzeczy.

Dlatego najlepiej kupować od osoby, której się ufa i która poważnie traktuje swoją pracę.

Kiedy zabieram miód do Anglii i częstuję nim znajomych, również Anglików, często słyszę, że wcześniej nie znali takiego smaku. Zdarzają się ludzie mający 50 czy 60 lat, którzy są przekonani, że jedli prawdziwy miód, a w rzeczywistości znają jedynie bardzo tani produkt z marketu.

W Polsce świadomość dotycząca miodu i pszczelarstwa jest naprawdę duża.

Cały czas poszerzasz wiedzę na temat pszczelarstwa?

Oczywiście. Od 2004 roku należę do koła pszczelarzy w Piaskach. Pierwszą legitymację wyrobiłem jeszcze jako młody chłopak i jeździłem na spotkania razem z dziadkiem.

Dzisiaj dostęp do informacji jest nieporównywalnie większy. Są czasopisma, szkolenia, internet, grupy pszczelarskie i wymiana doświadczeń między hodowcami. Warto poznawać nowe rozwiązania, ale trzeba je rozsądnie oceniać i sprawdzać, czy rzeczywiście pomagają pszczołom.

Najważniejszym źródłem wiedzy przez lata pozostawał jednak dziadek. Miał ponad sześćdziesiąt lat doświadczenia. Kiedy coś niepokojącego działo się w ulu, ja widziałem kilka możliwych przyczyn, a on często po chwili wiedział, która z nich jest właściwa.

Dziadek był dla Ciebie nie tylko nauczycielem pszczelarstwa.

Był moim najlepszym kumplem. Miał 94 lata, kiedy zmarł. Od dzieciństwa wszędzie jeździliśmy razem, a ja zawsze zabierałem go do pasieki. W 1993 roku po raz pierwszy zabrał mnie do Leszna na żużel i od tego czasu jestem wiernym fanem Unii Leszno.

Po jego śmierci przez kilka miesięcy bardzo trudno było mi się pozbierać. Pierwsze dni i tygodnie samotnej pracy przy pszczołach były szczególnie ciężkie. Wcześniej, gdy pojawiał się problem, zawsze mogłem do niego podejść i zapytać, co o tym myśli.

Nieraz stoję przy ulu i zastanawiam się: „Dziadek, co zrobiłbyś w tej sytuacji?”. Kiedyś miałem kilka możliwych odpowiedzi, ale szedłem do niego i on od razu wskazywał właściwą. Teraz muszę samodzielnie przechodzić przez wszystkie warianty.

Obiecałem mu, że przejmę pasiekę i będę kontynuował to, co stworzył. Pasieka jest dla mnie nie tylko pracą i sposobem na życie. To także rodzinna historia oraz część mojego dziadka, o którą chcę dbać.

Radzę sobie, ale jego wiedzy i obecności bardzo mi brakuje. Prawdopodobnie będę uczył się pszczelarstwa do końca życia.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Tworzenie wywiadów, relacji i materiałów o lokalnych sportowcach wymaga czasu i zaangażowania. Jeśli cenisz moje publikacje i chcesz pomóc mi dalej rozwijać stronę, możesz wesprzeć Sportowy Gostyń symboliczną wpłatą. Każde wsparcie pomaga mi docierać do kolejnych ciekawych historii i promować sportowców związanych z naszym regionem. Dziękuję!

Prośba o kawę

📸 Fot. Tomasz Piotrowiak, Mirek Prętkowski (zdj. nr 18)

Przewijanie do góry