Czesław Wojciechowski we wspomnieniach córki. „W sporcie i w życiu zawsze liczył się człowiek”

Czesław Wojciechowski przez lata był ważną postacią lokalnego sportu. Jako piłkarz występował między innymi w Kani Gostyń, Olimpii Poznań i Calisii Kalisz, a później przez wiele lat pracował jako trener, prowadząc drużyny z Gostynia i okolic. Dla wielu zawodników był nie tylko szkoleniowcem, ale także wychowawcą, człowiekiem zasad i sportowej sprawiedliwości.

W rozmowie z jego córką, Katarzyną Matyśkiewicz, wracamy jednak nie tylko do boisk, meczów i pamiątek z piłkarskich lat. To przede wszystkim opowieść o człowieku, który kochał sport, ale jeszcze bardziej cenił rodzinę, dobroć, uczciwość i szacunek do drugiego człowieka.

Czesław Wojciechowski ze Zbigniewem Zakrzewskim, wnukiem oraz jego kuzynami
Fot. 1. Czesław Wojciechowski ze Zbigniewem Zakrzewskim, wnukiem oraz jego kuzynami

Mirek Prętkowski: Dla wielu osób z Gostynia i okolic Pani tata był przede wszystkim piłkarzem, trenerem i człowiekiem mocno związanym ze sportem. A jaki był poza boiskiem, w domu, jako ojciec, dziadek i człowiek prywatnie?

Katarzyna Matyśkiewicz: Mój tata to był wyjątkowy człowiek, którego cała osobowość opierała się na trzech filarach: cieple, dobroci i sprawiedliwości. Był człowiekiem o wielkim sercu, życzliwym, pełnym miłości. Dbał o rodzinę i zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu. Jego troska o rodzinę i oddanie sprawiły, że czułam się przy nim bezpieczna i kochana. Mam wrażenie, że wokół mojego taty roztaczała się taka naturalna, kojąca aura.

Jako ojciec nigdy na mnie nie krzyczał, choć potrafił być surowy. Raczej wymierzał mi kary, które szybko odpuszczał. Ja natomiast wykorzystywałam załatwianie spraw z tatą, np. dłuższych wyjść, kiedy oglądał mecz. Miał też taką podzielność uwagi, że potrafił jednego meczu słuchać w radiu, a drugi równocześnie oglądać w telewizji.

Umiał cierpliwie słuchać, zawsze znajdował czas na rozmowę i pomoc, kiedy jej potrzebowałam, odkładając na bok wszystkie swoje sprawy. Jako dziadek spełniał się w tej roli w 100 procentach. Uczestniczył w życiu wnuków, wspierał ich w każdej dziedzinie, doceniał osiągnięcia, motywował ich do działania, ale przede wszystkim chłopcy uwielbiali słuchać opowieści dziadka o piłce w czasach, kiedy tata rozwijał swoją karierę. Bardzo chciał, aby chłopcy grali w piłkę, uprawiali sport. Tłumaczył im, że sport kształtuje człowieka.

Miał anielską cierpliwość, szczególnie do mnie (hihi), spokojny głos. Nawet w najtrudniejszych momentach potrafił mówić tonem, który natychmiast gasił każdy stres i zdenerwowanie. Jego oczy były pełne serdeczności i ciepła, a swoim szczerym uśmiechem przyciągał do siebie ludzi. Miał w sobie taką dobroć, pomagał każdemu, kto tego potrzebował, nie oczekując niczego w zamian. Przy tym posiadał niezwykłą delikatność wyczuwania emocji innych i zawsze wiedział, kiedy zaoferować wsparcie. Zawsze chętnie angażował się w sprawy lokalnej społeczności z czystej chęci czynienia dobra.

Czy piłka nożna była w Państwa domu obecna na co dzień? Czy przy rodzinnym stole rozmawiało się o meczach, treningach, Kani Gostyń i sprawach lokalnego sportu?

W naszym domu piłka nożna była obecna na co dzień. Często rozmawialiśmy o meczach, wynikach sportowych, o Kani Gostyń, szczególnie o trudnościach, z jakimi zmagał się klub. Natomiast tata nigdy nie poruszał indywidualnych kwestii zawodników czy problemów, jakie pewnie istniały w drużynie.

Czasem widziałam jego zadumę, gdy wracał z treningu czy meczu, jak siedzi w swoim fotelu i coś sobie w głowie układa. Tata prowadził dla siebie notatki. Uwielbiałam patrzeć na niego, jak przygotowywał się do meczu, analizował w głowie, później notował na kartce skład drużyny. Nigdy tego nie robił „na kolanie” czy w pośpiechu. Wszystko było przez niego dogłębnie przemyślane. Tata po prostu tym żył. On kochał to, co robił, poświęcił piłce całe swoje życie.

Pani tata jako wychowanek Kani Gostyń już w wieku 16 lat zadebiutował w seniorskiej drużynie. Czy wracał wspomnieniami do tamtego czasu i opowiadał, jak wyglądały początki jego piłkarskiej drogi?

Tak. Często opowiadał, jak to było dla niego trudne. W wieku 16 lat musiał szybko dorosnąć pod względem radzenia sobie w życiu, musiał bardzo pracować o pozycję w drużynie seniorskiej. Jednak często powtarzał, że sport kształtuje człowieka, uczy pokory i daje olbrzymie szanse poznawania ludzi, innych miejsc, świata. Daje olbrzymią szansę na zaistnienie, ale trzeba umieć to wykorzystać. Czasem mówił pół żartem, pół serio, że szkoda, iż nie urodził się później, w czasach, w których młodym zawodnikom jest jednak łatwiej się rozwijać, wyjechać, pokazać i wykorzystać swoją szansę.

Później trafił do Olimpii Poznań i Calisii Kalisz, grając już na znacznie wyższym poziomie i spotykając na boisku znanych zawodników tamtych lat. Czy w rodzinie zachowały się szczególne wspomnienia, zdjęcia albo pamiątki z tego okresu?

Olimpia Poznań i Calisia Kalisz dały tacie na tamte czasy na pewno grę na wyższym poziomie, w jakimś stopniu rozpoznawalność i możliwość poznania znanych zawodników z tamtych czasów. Z niektórymi osobami tata miał kontakt przez całe swoje życie.

Tata bardzo cenił te lata. Nauczył się dużej samodzielności, gotowania, prania, życia codziennego poza domem. Opowiadał o tych czasach właśnie przy zdjęciach, albumach z tego okresu. Tacie wspaniale te lata udokumentował jego brat, zbierając wycinki z gazet na jego temat i robiąc mu zdjęcia podczas różnych spotkań meczowych.

Kiedy taty z nami już nie ma, oprócz licznych wspomnień mamy te pamiątki: medale, puchary, albumy. Pamięć o nim pozostanie choćby przez te zachowane rzeczy. Dbamy o nie, nikomu nie pożyczamy, ale bardzo chętnie udostępniamy je osobom szukającym informacji o moim tacie.

Czy miała Pani poczucie, że tata był dumny ze swojej kariery zawodniczej, czy raczej pozostał człowiekiem skromnym, który nie lubił zbyt wiele mówić o sobie?

Mój tata był niesamowicie skromnym człowiekiem, nigdy się nie wywyższał, ogólnie o sobie nie lubił mówić. Swoje osiągnięcia przekazywał jako lekcję młodemu pokoleniu, że wszystko da się osiągnąć nawet z tak małych miejscowości jak Gostyń, Piaski, Krobia… Trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie swojej kariery oraz umieć to wykorzystać najlepiej, jak się da.

W Pani wspomnieniach pojawia się też ważny wątek wspierania młodych piłkarzy. Czy tata potrafił dostrzec talent i podpowiedzieć komuś, że właśnie teraz warto spróbować swojej szansy?

Pamiętam historię z Andrzejem Juskowiakiem. Tata uważał, że czasem w piłce pojawia się taki moment, którego nie wolno przegapić. Doradzał Andrzejowi, żeby spróbował swojej szansy właśnie wtedy, kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu i dalszego rozwoju. Nie chodziło o namawianie na siłę, ale o życzliwą radę człowieka, który sam wiedział, jak ważne w sporcie jest wyczucie właściwego czasu.

O tacie mówiono „łowca talentów” (haha). Każdy interesujący się sportem wiedział, że Czesław Wojciechowski ma duże kontakty w świecie piłki nożnej. Chyba już nic więcej na ten temat nie muszę mówić, jak właśnie kariera mojego taty była pomocna piłkarzom próbującym gdzieś zaistnieć.

Po zakończeniu kariery zawodniczej został trenerem i pracował z wieloma lokalnymi drużynami, m.in. Kanią Gostyń, Koroną Piaski, Lwem Pogorzela czy Wisłą Borek Wielkopolski. Jakim był trenerem według tego, co Pani pamięta i co słyszała od jego zawodników?

Ja zawsze byłam wiernym kibicem drużyn mojego taty, której by nie trenował. Od dziecka tata zabierał mnie na treningi i mecze. Wychowałam się w szatni, lubiłam zapach pasty do butów piłkarskich, nieraz pomagałam je pastować (hihi).

Moje zdanie na temat tego, jakim tata był trenerem? Myślę, że był człowiekiem niezłomnej sprawiedliwości. W konfliktach nie stawał ślepo po żadnej ze stron, zawsze wysłuchał argumentów i szukał prawdy. Ustalał jasne zasady, wytyczał logiczne granice, które moim zdaniem budowały poczucie ładu i stabilizacji w drużynie. Zawsze się dziwiłam, jak on to robi, że umiał tak sobie zjednać drużynę.

Wie Pan, ja byłam córką trenera, więc przede mną zawodnicy za dużo nie mówili… A słyszałam z ust taty, jakie miał oczekiwania wobec zawodników. Myślę, że umiał docenić drobne sukcesy i osiągnięcia. Zawsze im powtarzał, że nie można lekceważyć porażek, tylko trzeba traktować je jako doskonałą lekcję na przyszłość.

Czy byli zawodnicy po latach wracali do Pani taty, odwiedzali go, dzwonili albo wspominali wspólne treningi, obozy i mecze?

Nasz dom był otwarty, tata nikomu nie odmówił spotkania i rozmowy. Zawodnicy zawsze zwracali się do taty „trenerze”. Podczas spotkań wspominali treningi, obozy sportowe, no i też te tak zwane „wtopy”, po których trening był o wiele cięższy niż normalnie (haha).

Doceniali pracę z tatą, mówili, że nauczył ich nie tylko zasad gry, ale także odpowiedzialności, dyscypliny i przede wszystkim tego, że w życiu trzeba grać fair play. A tata cieszył się, że jego zawodnicy rozwijają się także w życiu prywatnym. Dostawał zawiadomienia o ślubie zawodnika, urodzeniu dziecka zawodnikowi. A czy mu dziękowali? Nie wiem, ale ich obecność w życiu taty, szczególnie kiedy zakończył karierę trenerską, dużo mówi.
Ja osobiście do dziś mam kontakt z wieloma zawodnikami mojego taty, którzy ciepło o nim wspominają. Korzystając z okazji, pozdrawiam ich wszystkich serdecznie.

Pani tata zapisał się w pamięci wielu osób nie tylko jako człowiek sportu, ale także jako wieloletni pracownik gostyńskiego szpitala i członek Rady Społecznej Szpitala. Czy potrzeba działania dla innych i angażowania się w sprawy lokalnej społeczności była ważną częścią jego charakteru?

Tak. To prawda, tata był wieloletnim pracownikiem SP ZOZ w Gostyniu, a później udzielał się jako członek Rady Społecznej Szpitala w powiecie gostyńskim. Przez tę funkcję najbardziej dał się poznać jako wielki społecznik, który z pasją działał dla innych. On nigdy nie widział siebie, tylko drugą osobę, chętnie poświęcał swój czas, by pomagać innym.

Był wzorem uczciwości, odpowiedzialności i szacunku dla innych. On po prostu miał to w sobie: wyjątkową wrażliwość społeczną. Zawsze dostrzegał potrzeby innych i chętnie angażował się w działania na rzecz lokalnej społeczności. Z ogromnym zaangażowaniem wspierał inicjatywy społeczne, integrował ludzi, sam szukał sponsorów na rzecz szpitala i inspirował wiele lokalnych instytucji do wspólnego działania.

Dołożył wszelkich starań, by szpital mógł się rozwijać. Jako członek Rady Społecznej Szpitala dążył do jego rozbudowy. Kibicował powstaniu nowego skrzydła i oddziału paliatywnego. To właśnie na nim zakończył swoje ziemskie życie…

Co według Pani było dla taty w sporcie najważniejsze? Z naszej rozmowy wynika, że nie wyniki, medale czy sława, ale przede wszystkim człowiek. Czy tak właśnie patrzył na sport?

Dla mojego taty zawsze liczył się człowiek-zawodnik. Podkreślał, że prawdziwa siła tkwi w dobroci, miłości i trosce o drugiego człowieka. Drużyna to rodzina, o którą trzeba dbać i którą trzeba szanować.

Myślę, że to wynikało z tego, że tata żył w ciężkich czasach. Grał często w butach po kimś, za małych. Teraz współczesna młodzież tego nie zrozumie. Sport go ukształtował i to przekazywał młodym ludziom. Nigdy nie stawiał na wynik, tylko na drużynę. Twierdził, że zjednoczona drużyna może osiągnąć dużo, być zdyscyplinowana, a nad charakterem każdy z nas musi pracować. A w różnorodności właśnie jest potencjał, współzawodnictwo i chęć dotarcia na szczyt. I w każdej drużynie jest lider oprócz trenera, który ciągnie ją jak najwyżej.

Zawsze mi powtarzał, że zarówno w życiu, jak i w sporcie trzeba grać fair play i mieć szacunek dla innych, bez względu na ich status czy wiek.

Gdyby dziś miała Pani opowiedzieć młodszym mieszkańcom Gostynia, kim był Czesław Wojciechowski, od jakiego obrazu, wspomnienia albo historii zaczęłaby Pani tę opowieść?

Czesław Wojciechowski był piłkarzem, wychowankiem Kani Gostyń, i trenerem. Jako wychowanek gostyńskiej drużyny grał w barwach Olimpii Poznań. Wojciechowski grał przeciwko Grzegorzowi Lacie, Henrykowi Kasperczakowi, Janowi Tomaszewskiemu. Strzelił bramki Tomaszewskiemu i Zygmuntowi Kukli.

Grał w czasach, gdy piłka nożna wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Zawodnicy nie marzyli o najnowszych modelach butów, bo często grali w tym, co udało się klubowi zdobyć. Piłkarze grali w ciężkich skórzanych butach, które po deszczu nasiąkały wodą i stawały się ciężkie. Korki wkręcało się ręcznie przed każdym meczem. Zawodnicy przed meczem sprawdzali ich stan i dokręcali je odpowiednim kluczem.

Sprzęt był prosty, boiska błotniste, a mimo to nie brakowało ambicji i poświęcenia. Liczyły się przede wszystkim charakter, umiejętności oraz miłość do futbolu.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej zajął się pracą trenerską – z sukcesami. Był szkoleniowcem Kani, Rawii Rawicz, Korony Piaski, Piasta Kobylin, Wisły Mróz Borek Wielkopolski, Zootechnika Pawłowice, Piasta Belęcin, Lwa Pogorzela i Zawiszy Dolsk. Wygrywał rozgrywki Pucharu Polski w okręgu leszczyńskim. Do końca był kibicem. Ściskał kciuki za Kanię i wszystkie drużyny, w których trenował i pracował.

Liczne medale i puchary za dokonania sportowe, jakie zgromadził przez całe swoje życie, potwierdzają, że był człowiekiem bardzo zorganizowanym, ambitnym i pełnym energii do działania.

Dziękuję Pani bardzo za rozmowę i przypomnienie lokalnej społeczności o Czesławie Wojciechowskim.

Grzegorz Wosiak – aktualny trener seniorów Kani Gostyń o Czesławie Wojciechowskim:

„Trener Wojciechowski był moim pierwszym trenerem w seniorach. Dobry trener i życzliwy człowiek. Zawsze pomocny zawodnikowi. Posiadał dużą umiejętność wyczuwania nastrojów w szatni. Kiedy trzeba było potrenować mocniej, to robiliśmy, ale kiedy zauważał, że zawodnicy są podmęczeni, potrafił odpuścić. Dopiero jak zostałem trenerem, dostrzegłem, jak ważna jest to umiejętność. Zapamiętałem go też jako trenera spokojnego, nie krzyczącego na zawodników, spokojnie tłumaczącego, czego oczekuje”.

Prośba o kawę
Fot. 2. Czesław Wojciechowski przed pierwszą komunią świętą
Fot. 3. Czesław Wojciechowski
Czesław Wojciechowski strzela na bramkę
Fot. 4. Olimpia Poznan – Arkonia Szczecin (Poznań, 1969 r.), mecz o mistrzostwo II ligi, na bramkę gości strzela Czesław Wojciechowski (wychowanek Kani Gostyń)
Fot. 5. Drużyna Olimpii Poznań przed meczem z Lechem Poznań (1967 r.) – pierwszy z prawej Czesław Wojciechowski
Czesław Wojciechowski w ataku na bramkę
Fot. 6. Czesław Wojciechowski w ataku na bramkę gości w meczu Olimpii Poznań z Victorią Jaworzno (1968 r.)
Fot. 7. Na bramkę gości strzela Czesław Wojciechowski (Olimpia) – zdjęcie z meczu Olimpii Poznań z Lechią Gdańsk (1967 r.)
Fot. 8
Fot. 9
Fot. 10. Pochód pierwszomajowy w Piaskach
Fot. 11
Fot. 12. Na obozie sportowym
Fot. 13. Na stadionie Kani Gostyń
Fot. 14. Czesław Wojciechowski z młodymi piłkarzami Kani Gostyń oraz trenerem Krzysztofem Pakoszem
Fot. 15. Czesław Wojciechowski z rodziną
Fot. 16. Czesław Wojciechowski z córką Katarzyną

📸 Fot. gaso-gostyn.pl, otopanorama, archiwum prywatne Katarzyny Matyśkiewicz

Przewijanie do góry