Bartosz Krajka: „Piłka dała mi wspomnienia, przyjaźnie i wartości, które przydają się w życiu”

Bartosz Krajka, były zawodnik Kani Gostyń, swoją piłkarską drogę zaczynał jak wielu chłopaków z tamtych lat, od gry pod domem, na łączce i między improwizowanymi bramkami. Później były pierwsze treningi, Sokół Chwałkowo, Dąbroczanka Pępowo, Krobianka Krobia, a w końcu Kania Gostyń, z którą przeżył jedne z najpiękniejszych chwil w historii klubu.

W rozmowie wspomina dzieciństwo, pierwsze gole, trenerów, mecze z Nielbą Wągrowiec, awans do ówczesnej II ligi, reaktywację Kani od B klasy, grę w hali oraz przyjaźnie, które przetrwały do dziś.

Bartosz Krajka
Fot. 1. Bartosz Krajka w Kani Gostyń

Mirek Prętkowski: Jak wyglądały Twoje pierwsze piłkarskie kroki w dzieciństwie? Co najbardziej pamiętasz z tamtego okresu?

Bartosz Krajka: Pierwsze kroki wyglądały pewnie podobnie jak u wielu chłopaków z mojego pokolenia. Zaczynało się na podwórku. Gra pod domem, na jakiejś łączce, na dwie improwizowane bramki. Tak to wtedy wyglądało.

Pierwsze zorganizowane treningi odbywały się w Sokole Chwałkowo. Miałem wtedy mniej więcej 10 lat, druga albo trzecia klasa podstawówki. Moi rodzice znali trenera Sławka Gintowta, który namówił mnie, żebym zaczął tam trenować.

Na początku była to jeszcze taka forma bardziej zabawowa. Dwa, trzy turnieje piłkarskie w roku, pierwsze treningi, pierwsze wyjazdy. Po mniej więcej roku trener Gintowt zamienił Sokoła na Krobiankę Krobia i tam zaczęły się już bardziej regularne zajęcia oraz gra w rozgrywkach. To był chyba trampkarz młodszy. Było więcej dzieciaków, większa miejscowość, treningi stały się bardziej profesjonalne.

W Krobiance grałem rok, może dwa. Ponieważ pochodzę z okolic Pępowa, w szóstej albo siódmej klasie podstawówki mój ówczesny dyrektor szkoły, pan Kempa, który był też trenerem, namówił mnie, żebym zaczął grać w Dąbroczance Pępowo.

W Dąbroczance bardzo szybko trafiłeś do seniorów. Jak to się zaczęło?

Najpierw były oczywiście grupy młodzieżowe. Później, chyba w ósmej klasie podstawówki, czyli miałem 14 albo 15 lat, zaczęły się duże zmiany w drużynie seniorów Dąbroczanki. Nasza grupa juniorów starszych została wtedy przeniesiona do zespołu seniorów.

Tak zaczęła się moja przygoda z piłką seniorską. Grałem w seniorach rok albo dwa – ósma klasa podstawówki i pierwsza klasa liceum. Bardzo wcześnie, bo w wieku 14 lat, zacząłem grać z dorosłymi.

Pierwszy sezon był trudny, broniliśmy się przed spadkiem. Drugi wyglądał już zupełnie inaczej, bo otarliśmy się o awans do czwartej ligi. Pamiętam, że chyba wtedy awansowała Sparta Miejska Górka. Po tym sezonie pojawił się temat przejścia do innego klubu.

Był moment, w którym mogłeś trafić do Obry Kościan. Dlaczego ostatecznie wybrałeś Kanię Gostyń?

Początkowo miała to być Obra Kościan, która grała wtedy w trzeciej lidze. Jeździłem tam na sparingi. Krzysiek Michalski był już tam wtedy można powiedzieć gwiazdą. Pojechałem na jeden sparing, drugi sparing, wszystko wyglądało bardzo fajnie. Trenerem był wtedy trener Knychała.

Ale to były jeszcze takie czasy, że nie było telefonów tak jak dzisiaj. Czasami ciężko było się skontaktować, przepływ informacji nie był najlepszy. Nie do końca wiedziałem, na czym stoję.

W międzyczasie pojawił się temat Kani Gostyń. Trenerem został wtedy trener Radojewski, który przedstawił mi swoją wizję treningową i rozwojową. To mnie przekonało. Kania grała wtedy w klasie okręgowej, ale wszystko wskazywało na to, że klub może pójść mocno w górę.

Przyszedłem do Kani, kiedy była w okręgówce. Po roku udało nam się awansować do czwartej ligi. Później, kiedy ja grałem w Kani, występowaliśmy w tej czwartej lidze chyba trzy albo cztery lata.

Jak wyglądała Kania, kiedy do niej przychodziłeś? Kto wtedy tworzył ten zespół?

Kiedy przychodziłem do Kani, z takich wiodących zawodników byli Adrian Majewski, trener Wosiak, obecny trener seniorów, z tych starszych zawodników Mietek Musielak, Rafał Dudka, Marek Mroczyk. Brzydko wyjdzie, jeśli o kimś zapomnę, ale takie nazwiska pamiętam z tamtego czasu.

Karol Kręgielczak przyszedł do nas dopiero, gdy awansowaliśmy do czwartej ligi. Wtedy trener Radojewski ściągnął kilku zawodników. Pamiętam też, że jeszcze w klasie okręgowej do bramki został sprowadzony Zbyszek Kordus. Jak na tamte czasy i poziom okręgówki, to był znaczący transfer.

Po awansie do czwartej ligi zaczęli pojawiać się kolejni zawodnicy: Krzysiu Kędzia, Marek Nowicki, Jacek Biernat. Jak na nasze lokalne warunki to byli naprawdę solidni piłkarze. Zamysł był chyba taki, żeby ściągnąć trzech, czterech doświadczonych zawodników, a resztę oprzeć na chłopakach stąd.

Ja co prawda nie jestem wychowankiem Kani, ale w zespole było wtedy wielu młodych chłopaków z Gostynia i okolic. Zbyszek Witkowski, Sebastian Fechner, Rafał Piotrowski, Marcin Grocki, Artur Krzyżostaniak w bramce. Michał Sierżant dołączył chyba trochę później, bo wcześniej był w szkółce Amiki. Było dużo miejscowych zawodników, a obok nich doświadczeni piłkarze, od których mogliśmy się uczyć.

Miałeś w młodości piłkarskiego idola? Kogoś, na kim się wzorowałeś?

To jeszcze nie były takie czasy jak dzisiaj, że można było oglądać nie wiadomo ile meczów. Ale zawsze było głośno o Andrzeju Juskowiaku, który był z Gostynia i grał na tej samej pozycji co ja. Człowiek starał się obserwować jego karierę, gdzie tylko się dało.

To był na pewno zawodnik, na którego zwracałem uwagę.

Wielu kibiców wspomina, że może nie byłeś najszybszym czy najbardziej dynamicznym zawodnikiem, ale miałeś coś, co wyróżnia dobrego napastnika: instynkt i umiejętność znalezienia się w polu karnym. Skąd brała się ta skuteczność?

Wszystko się zgadza. Zawsze było tak, że instynkt strzelecki był moim atutem. Nieraz w szatni były z tego żarty, że wiem, gdzie stać, żeby piłka we mnie uderzyła (pozdrawiam Zbyszka Witkowskiego).

Może dynamika nie była moją najmocniejszą stroną, może drybling też nie, ale miałem taki instynkt typowej dziewiątki. Wiedziałem, gdzie się znaleźć, gdzie może spaść piłka. Taki zawodnik w zespole zawsze się przydaje.

Czy poza piłką były w Twoim dzieciństwie jeszcze inne sporty?

Pochodzę z wioski, nie z Gostynia, więc wtedy w grę wchodziły tak naprawdę dwie rzeczy. Latem piłka, zimą tenis stołowy. Mała salka, jeden stół i to były sporty, które mnie najbardziej absorbowały.

Do tego oczywiście jazda na rowerze, bo czymś trzeba było się przemieszczać z punktu do punktu.

Pamiętasz swój debiut w seniorskiej drużynie Kani?

Pierwszy mecz pamiętam jak dzisiaj. Pojechaliśmy w okręgówce do Sokoła Niechlów. Wszedłem na początku drugiej połowy. Do przerwy było chyba 2:0, a mecz skończył się 10:2. Strzeliłem trzy bramki.

Na początku, mając 16 czy 17 lat, trudno było od razu stać się liderem drużyny. Pierwszy przełomowy sezon przyszedł później, gdy z klubu odszedł Marek Nowicki, z którym bardzo długo grałem w napadzie. To był pierwszy sezon, kiedy grałem bez niego w ataku.

Wtedy udało mi się w czwartej lidze strzelić prawie 30 bramek, co dało wtedy tytuł króla strzelców. I naprawdę, nikomu nic nie ujmując, tamta czwarta liga była bardzo mocna. Graliśmy z takimi zespołami jak Aluminium Konin, Victoria Września czy Tur Turek. W tych drużynach występowali zawodnicy z przeszłością w wyższych ligach, nazwiska, które robiły wrażenie. W Victorii Września grał chociażby Jerzy Podbrożny, a Aluminium Konin Jerzy Kaziów.

To był dla mnie przełomowy sezon. Mogłem mieć wtedy 18 albo 19 lat. Mieliśmy wtedy fajny, ofensywny zespół. Na bokach obrony grali Zbigniew Witkowski i Sebastian Fechner. Do drużyny wrócił także Mietek Musielak, z którym znakomicie mi się współpracowało.

W 2004 roku pojawiły się w Kani większe ambicje, do klubu wszedł sponsor, zmieniała się kadra. Jak Ty to wtedy odbierałeś?

Przede wszystkim było wielkie poruszenie wśród nas, młodych chłopaków. Mieliśmy po 19, 20 lat i otwierała się przed nami duża szansa, żeby się pokazać.

Oczywiście z jednej strony człowiek się zastanawiał, czy w ogóle załapie się do tego zespołu, bo transfery były naprawdę mocne. Przychodzili zawodnicy z dużą przeszłością, jak Rafał Jasiński, Bartek Konieczny, który później przez wiele lat grał w Ekstraklasie.

Człowiek może już nawet nie liczył tak bardzo na grę, tylko chciał zobaczyć, jak tacy zawodnicy funkcjonują od środka. Okazało się, że to byli bardzo fajni, normalni chłopacy, od których można było się wiele nauczyć. Nie tylko piłkarsko, ale też jeśli chodzi o podejście do treningu, mentalność, profesjonalizm.

W Kani pracowałeś z różnymi trenerami. Jak wspominasz trenera Radojewskiego i Jurija Szatałowa?

Trener Radojewski był bardzo nastawiony na rozwój zawodnika. Dużo uwagi poświęcał taktyce, technice, przyjęciu piłki, uderzeniu. Bardzo tego pilnował.

Pamiętam, że jako młodzi zawodnicy mieliśmy trzy treningi piłkarskie w tygodniu, a czwarty dzień był dla chętnych. To były takie typowo strzeleckie zajęcia. Przychodziło trzech, czterech zawodników, bo młodzież zawsze chciała na tym treningu być. Trener pilnował, żebyś dobrze przyjął piłkę, dobrze uderzył, odpowiednio ustawił ciało.

Trener Szatałow był już bardziej nastawiony typowo na wynik. Dla niego najważniejszy był rezultat, taktyka, przygotowanie pod konkretnego przeciwnika. Trener Szatałow chciał mieć zawodnika gotowego do gry, a trener Radojewski koncentrował się mocniej na rozwoju piłkarskim.

Ale trenera Szatałowa też dobrze wspominam. Cieszę się, że mimo napływu wielu dobrych zawodników dał mi szansę pograć w tym zespole. Jestem mu za to wdzięczny.

Przejdźmy do sezonu 2004/2005, zakończonego awansem po barażach z Nielbą Wągrowiec. W pierwszym meczu strzeliłeś gola, w całym sezonie zdobyłeś 13 bramek. Jak pamiętasz tamten czas?

To był dziwny sezon, bo na początku bardzo mało grałem. Dostawałem dosłownie po trzy, pięć minut w pierwszych kolejkach. Później miałem taki okres, że wchodząc na kilka minut w dwóch, trzech meczach z rzędu, udało mi się strzelić jakieś bramki. Może nie były to gole decydujące, czasami na 4:0 czy 5:0, ale jednak wpadały.

Potem przyszedł mecz, w którym trener dał mi większą szansę. Być może były kontuzje innych zawodników. Miałem szczęście, że udało mi się strzelić jedną albo dwie bramki i później tak się ułożyło, że do końca sezonu byłem już podstawowym zawodnikiem.

Rozgrywki były wtedy skonstruowane tak, że czwarta liga miała dwie grupy. My w swojej grupie mieliśmy bardzo dużą przewagę. Chyba pięć czy sześć kolejek przed końcem mieliśmy już zapewnione pierwsze miejsce. Pamiętam z tego sezonu przede wszystkim oczekiwanie na baraż. Trzy, cztery tygodnie wcześniej człowiek już wiedział, że to nadejdzie.

Była duża presja, bo byliśmy postrzegani nie tylko w Gostyniu, ale chyba w całej Wielkopolsce jako murowany faworyt.

Pierwszy mecz w Gostyniu zakończył się zwycięstwem 2:0. Ty zdobyłeś jedną z bramek.

Tak. Wygraliśmy 2:0. Bramkę strzelił Krzysiek Gościniak i ja. Potem pojechaliśmy na rewanż do Wągrowca.

Bardzo fajnie pamiętam emocje związane z tym meczem. Już sama podróż była wyjątkowa. Nigdy w Gostyniu nie mieliśmy masażystów, a na mecze barażowe byli sprowadzeni masażyści, między innymi Wojtek Marcinkowski z Gostynia. Pierwszy raz poczułem się tak bardziej profesjonalnie.

Sam rewanż był dziwnym meczem. Pamiętam z niego głównie dwie rzeczy. W pierwszej połowie miałem sytuację, w której wyszedłem sam, minąłem bramkarza, piłka leciała do pustej bramki, ale obrońca wybił ją z linii. Oglądałem ten mecz niedawno na DVD i wszystko mi się przypomniało.

Druga rzecz to rzuty karne. Trzeba było wybrać strzelców. Zazwyczaj trener nie narzuca tego zawodnikom, tylko pyta, kto czuje się na siłach. Byłem mocno zdziwiony, że jako pierwszy rękę podniósł Rafał Piotrowski. Młody chłopak, dwudziestolatek, nie był wtedy jeszcze takim liderem drużyny, a zgłosił się jako pierwszy. Z perspektywy czasu mam do niego za to ogromny szacunek.

A po meczu?

Radość była nie do opisania. Powrót do domu, kibice, całe to zamieszanie. W Wągrowcu było dużo naszych kibiców, chyba dwa autobusy. Stadion był pełny, naprawdę kilka tysięcy ludzi.

Pamiętam, że po meczu poszliśmy do kibiców. Jest takie zdjęcie z Wągrowca, na którym jesteśmy my, są kibice, a między nami siedzi Wojtek Kaczmarek, jakby był jednym z kibiców. Bardzo fajne zdjęcie. To są rewelacyjne wspomnienia.

Kolejny sezon był dla Ciebie trudniejszy, ale miałeś swój udział w historycznym awansie Kani do ówczesnej II ligi. Jak wspominasz tamten czas?

Jeśli chodzi o cały sezon, to jako klub borykaliśmy się już wtedy z problemami organizacyjnymi. Nas, miejscowych chłopaków, dotykało to może trochę mniej, bo mieliśmy po 20 lat, nie mieliśmy rodzin i nie utrzymywaliśmy się z piłki. Dla nas piłka nie była sprawą życia i śmierci.

Dla zawodników, którzy z tego żyli, było to trudniejsze, bo to był ich sposób na życie. Ale nie wiem, jak to się działo, że im gorzej było w klubie, tym lepsze mieliśmy wyniki.

Zespół był bardzo fajny. Po awansie do trzeciej ligi doszło kilku zawodników z przeszłością ekstraklasową czy drugoligową: Darek Wojciechowski, Marcin Wojciechowski, Tomek Nowak. Moim zdaniem Tomek Nowak był wtedy naszym najlepszym zawodnikiem.

Końcówka sezonu była niesamowita. Ścigaliśmy się z Unią Janikowo i tak się ułożyło, że ostatni mecz w Gostyniu decydował o awansie. Atmosfera na stadionie była rewelacyjna. Wygraliśmy 3:0 i była pełna radość, do białego rana.

Co działo się z Tobą po tamtym sezonie?

Po sezonie i po zakończeniu tamtej Kani poszedłem na pół roku do Korony Piaski. Później grałem pół roku w Unii Swarzędz. Dzisiaj to bardzo fajnie zorganizowany klub, który walczy nawet o awans do drugiej ligi. Wtedy chyba był w A-klasie albo okręgówce, ale zaczynał wszystko od zera.

Dojazdy były jednak uciążliwe. Potem wróciłem jeszcze na pół roku do Dąbroczanki Pępowo, a później na pół roku pograłem jeszcze u trenera Gintowta w Krobiance Krobia.

W końcu obowiązki służbowe nie pozwalały już na to, żeby poświęcić się piłce i być przynajmniej trzy razy w tygodniu na treningu. Miałem chyba rok albo półtora przerwy od grania na dużym boisku.

Później pojawił się jednak powrót do reaktywowanej Kani. Jak do tego doszło?

To był chyba 2008 albo 2009 rok. Kania ruszała od B klasy. Było już kilku wytrenowanych chłopaków w tej nowej Kani, którzy kończyli wiek juniora i mogli wchodzić do seniorów.

Pojawił się pomysł, żebyśmy trochę doświadczeniem wsparli ich w tych rozgrywkach. Pamiętam, że byli tam między innymi Zbyszek Witkowski, ja, Rafał Piotrowski, Krzysiek Niedziela, Mateusz Matysiak, chyba Krzysiek Glura w bramce.

Zaczęliśmy grać w B klasie i od razu udało się awansować do A klasy. W A klasie chyba w pierwszym sezonie awansu jeszcze nie było, później przyszedł awans do klasy okręgowej. Wtedy już definitywnie zawiesiłem buty na kołku, bo trzeba byłoby więcej trenować, a brakowało mi na to czasu przez pracę.

Ciekawe jest to, że przyszedłem do Kani w wieku 16 lat razem ze Zbyszkiem Witkowskim. Po awansie do drugiej ligi obaj odeszliśmy, a później razem wróciliśmy do B klasy. Mój cały czas w Kani wiązał się z tym, że w szatni zawsze był Zbyszek.

Później została jeszcze piłka halowa i drużyna Alfy. Jak wspominasz ten czas?

Bardzo dobrze. Przede wszystkim Włodek Kaczmarek, który był kierownikiem naszej „kaniowej” drużyny, zaproponował, żebyśmy jeszcze sobie pograli. To był super czas.

Można było dwa razy w tygodniu pokopać piłkę. We wtorki mieliśmy trening, w piątki ligę. Towarzysko przede wszystkim, ale bardzo fajnie to wspominam.

Cieszę się, że poznałem chłopaków z Alfy. Dzięki nim do dziś, jeżeli tylko mam ochotę, mogę co tydzień spotkać się, pograć w piłkę, pogadać i pożartować. Bardzo się cieszę, że dałem się namówić na tę halę.

Minęło wiele lat, a później przyszedł jubileusz 100-lecia Kani i mecz z oldbojami Lecha Poznań. Zdobyłeś w nim jedną z bramek dla Kani. To też chyba fajna pamiątka?

Już pół roku wcześniej wiedziałem, że ten mecz będzie i bardzo się na niego cieszyłem. Wszyscy się cieszyliśmy.

Sam mecz z Lechem to jedno, ale najważniejsze było chyba to, że mogliśmy spotkać się z chłopakami, których długo się nie widziało. Byli też zawodnicy, którzy grali w Kani jeszcze zanim ja do niej trafiłem. Można było posłuchać różnych historii, których wcześniej nie znałem.

Cieszę się, że Kania doczekała takiego jubileuszu, bo 100 lat klubu to naprawdę duży wyczyn. To był super czas, super mecz i okazja, żeby powspominać z kolegami, jak to kiedyś wyglądało.

Z perspektywy czasu jesteś zadowolony ze swojej piłkarskiej drogi? Czy czasami pojawia się myśl, że można było ugrać trochę więcej?

Każdy, kto poświęca dużo czasu piłce, ma marzenia, żeby grać jak najwyżej. U mnie od 16. do 22., 23. roku życia całe życie było podporządkowane piłce. Łącznie z wyborem szkoły czy studiów.

Marzenia były na pewno wyższe niż gra na poziomie trzeciej ligi. Każdy chciałby grać wyżej. Ale z perspektywy czasu piłka nauczyła mnie wielu rzeczy, które później przydają się w życiu: sumienności, obowiązkowości, odpowiedzialności.

Kończy się piłka, zaczyna się normalne życie i okazuje się, że wartości przekazywane przez trenerów bardzo się przydają.

Co po piłce zostało najbardziej? Wspomnienia czy przyjaźnie?

Na pewno jedno i drugie. W szatni piłkarskiej spędziło się tyle życia, że trudno, żeby znajomości czy przyjaźnie nie przetrwały.

Miałem to szczęście, że mimo iż nie pochodzę z Gostynia, moje życie z Gostyniem jest związane od 15. roku życia, kiedy poszedłem do pierwszej klasy liceum. Do dziś mam bardzo fajny kontakt ze Zbyszkiem Witkowskim, Rafałem Piotrowskim, Robertem Przewoźnym, Darkiem Piotrowskim i kilkoma innymi chłopakami.

Często się spotykamy, chodzimy razem na mecze. Skoro te znajomości przetrwały 20 lat, to mam nadzieję, że przetrwają kolejne 20.

Są osoby, o których chciałbyś jeszcze wspomnieć? Kto miał duży wpływ na Twoją piłkarską drogę?

Na pewno rodzice. Nie byłem z Gostynia, więc wszystko wiązało się z dojazdami, zawożeniem na treningi i mecze. Moi rodzice mocno się w to angażowali. Jeździli na każdy mój mecz, jeśli tylko graliśmy w Gostyniu, Pępowie czy Krobi.

Nawet jeśli czasami im się nie chciało, to musieli ze mną pojechać, bo inaczej nie miałbym jak się dostać na mecz. Na pewno poświęcili dużo swojego czasu i uwagi, żebym mógł realizować swoje hobby.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję za zaproszenie. Fajnie, że ktoś w Gostyniu lubi zajmować się takimi rzeczami. Przyjemnie jest poczytać historie ludzi związanych z naszym lokalnym sportem.

Fot. 2
Fot. 3. Pierwsze mecze w Dąbroczance Pępowo, 1998 r.
Fot. 4. Obóz w Wolsztynie
Fot. 5. Obóz w Wolsztynie
Fot. 6. Bartosz Krajka na obozie w Wolsztynie
Fot. 7. Obóz w Karpaczu – zima 2001
Fot. 8. Turniej o puchar powiatu
Fot. 9. Bartosz Krajka i Mirek Prętkowski

📸 Fot. archiwum prywatne, Damian Woźniak

Przewijanie do góry