Kojarzycie taki mem: „Pewnego dnia wyszedłeś z kolegami na boisko po raz ostatni i żaden z was nie wiedział, że to ostatni raz”. Albo podobny: „O czym marzysz? Żeby jeszcze raz spotkać się z kumplami. To idź. Tam już nie da się pójść”.
Bywają momenty, że człowiek staje się bardziej nostalgiczny. Jakiś czas temu napisałem tekst o boisku na Gawronach. Teraz przypomniało mi się jeszcze sporo innych historii z osiedla. Zbliża się też 1 listopada, kiedy częściej wspominamy tych, których już z nami nie ma.
Bo przecież naprawdę któregoś dnia zagraliśmy na Gawronach ostatni mecz w tamtej ekipie. Tylko wtedy nikt o tym nie wiedział. Nikt się nie żegnał. Po prostu każdy poszedł do domu. Podobnie było z festynami osiedlowymi. W latach 90. i na początku 2000. odbywały się na Gawronach regularnie. W pewnym momencie odbył się ten ostatni, ale wtedy też nikt nie wiedział, że kolejnego już nie będzie. To były naprawdę fajne imprezy, którymi żyło praktycznie całe osiedle. My mieliśmy swoje konkurencje, dorośli swoje.
Przez kilka lat organizowano między innymi wyścigi rowerowe. Podział był zarówno na kategorie wiekowe, jak i rodzaj roweru. Na typowych wtedy składakach, Wigrach 3 i innych podobnych wynalazkach, ścigaliśmy się wokół bloków numer 6 i 7, które tak naprawdę są jednym blokiem. Samochodów było wtedy na tyle mało, że można było taki wyścig przeprowadzić lub po prostu pod przymusem je usuwano. Wywrotek oczywiście też trochę było.
Osobno ścigały się rowery górskie. Tutaj trasa prowadziła częściowo asfaltem, a częściowo po ubitej ziemi wokół boiska piłkarskiego i boiska do siatkówki. Najlepsi w swoich kategoriach dostawali nagrody ufundowane przez sponsorów, a każdy uczestnik jakieś słodycze.
Były też turnieje piłkarskie. Wśród dorosłych, o ile dobrze pamiętam, poszczególne bloki wystawiały swoje drużyny. U dzieci zespoły dobierano trochę inaczej, przede wszystkim tak, żeby mniej więcej wyrównać wiek. Takim turniejem żyło się już kilka dni wcześniej. Pisałem w poprzednim tekście, że samo założenie siatek na bramki było dla nas świętem.
Jeden z turniejów szczególnie utkwił mi w pamięci. Dzień wcześniej mocno padało i boisko było praktycznie całe zalane. Za sprawą pana Mariana, a może kogoś innego z osiedla, na pomoc przyjechali strażacy z OSP Gostyń i zaczęli odpompowywać wodę. Dla nas najważniejsze było wtedy, czy turniej w ogóle się odbędzie i czy śp. Sędzia Stefan Gumienny dopuści boisko do gry
Stroje mieliśmy powypożyczane z różnych szkół podstawowych. Przy takim boisku wywrotek i wślizgów nie brakowało, więc po wszystkim najwięcej pracy miały nasze mamy, żeby doprowadzić stroje do porządku. Dziewczyny rozgrywały swój turniej siatkówki. Było ich mniej niż chłopaków na boisku piłkarskim, ale chętnych również nie brakowało.
Przy garażach ustawiano ławki, które razem z opisanymi już wcześniej oponami przy boisku tworzyły nasze osiedlowe trybuny. Na jednym z ostatnich festynów, a być może nawet na ostatnim, wieczorem rozpalono ognisko obok boiska. Pamiętam puszczany w kółko utwór „Powiedz” Ich Troje i pana Tomka dorzucającego do ognia palety, które znaleźliśmy w miejscu, gdzie dzisiaj stoi hotel Absolwent.
Gawrony są trochę specyficzne ze względu na swoje podwórka. Są właściwie dwa takie miejsca, ale jedno z nich jest szczególne. Żeby się na nie dostać, trzeba przejść przez klatkę schodową. To właśnie tam przez lata toczyła się ogromna część naszego dziecięcego życia. Były huśtawki, z których oczywiście skakało się na odległość, drabinka i obowiązkowy trzepak. Ten ostatni raz był bramką, innym razem służył nam za siatkę do siatkówki. Mieliśmy nawet własne przepisy. Od strony płotu jedną z granic pola wyznaczała druga betonowa płyta od dołu. Miało być w miarę sprawiedliwie.
Za płotem mieszkał pan, którego niektórzy z nas trochę się bali. Miał też swój niezbyt ładny przydomek. Kiedy piłka wpadała na jego teren, dla części dzieciaków samo przejście przez płot po piłkę było już sporym wyzwaniem. Był też mały stolik, przy którym graliśmy w karty. Przez jakiś czas mieliśmy nawet stół do ping-ponga który kładło się na ten stolik. Dał nam go dziadek kolegi Mateusza, a my w czterech przynieśliśmy go chyba z ulicy Robotniczej. Nie przetrwał nawet jednego lata, bo ktoś „niemiły” nam go zniszczył.
Na środku podwórka była też piaskownica. Kiedyś dzieci zrobiły z piasku dużego żółwia i trafił on nawet do „Gazety Gostyńskiej”. Gier i zabaw było dużo więcej. Części nazw już nie pamiętam. Była na przykład taka, w której piłkę zostawiało się na środku podwórka, jedna osoba szukała, a reszta chowała się najczęściej po klatkach. Znalezionego można było uratować, jeżeli ktoś zdążył dobiec do piłki i ją wykopać, zanim szukający go zaklepał. Może ktoś jeszcze pamięta, jak się to nazywało?
Kiedyś po prostu wychodziło się z domu i zawsze ktoś był na boisku albo pod blokiem. Nie trzeba było wcześniej ustalać godziny ani pisać do kilku osób, czy ktoś wychodzi. Nie trzeba było pisać, bo nie było jak. Kultowych miejsc było znacznie więcej. O nich może napiszę kiedy indziej.
Tekst dedykuję koleżankom i kolegom z osiedla Gawrony, którzy odeszli zdecydowanie za wcześnie: Kasia Sikora, Asia Jakubczak (Kaja), Łukasz Andrzejczak, Łukasz Klupś, Darek Buliński, Marcin Kończak, Michał Cypryan, Mateusz Łyduch. Jeśli o kimś zapomniałem, wybaczcie.




