Grzegorz Wosiak w 1995 roku jako młody zawodnik świętował z Kanią Gostyń awans na trzeci poziom rozgrywkowy. Dokładnie 30 lat później przeżywał kolejną wielką radość – tym razem jako trener, prowadząc gostyński zespół do IV ligi. Historia Grzegorza Wosiaka z Kanią zaczęła się jednak znacznie wcześniej, w 1989 roku, kiedy jako 15-latek po raz pierwszy pojawił się na treningu przy Sportowej.
Od tamtej pory był zawodnikiem, trenerem grup młodzieżowych i szkoleniowcem seniorów. Prowadził również Piasta Belęcin, pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego, a futbol obserwuje z wielu różnych perspektyw. W rozmowie opowiada o początkach w Żelaźnie, Jerzym Bajerze, Andrzeju Juskowiaku, awansie z 1995 roku, dawnych sparingach z najlepszymi polskimi klubami, młodych talentach Kani, dwóch zdobytych pucharach, drodze do IV ligi i o tym, jak przez lata zmieniła się młodzież oraz samo podejście do piłki.

Od Żelazna do pierwszego zespołu Kani
Sportowy Gostyń: Od czego zaczęło się u ciebie zainteresowanie piłką?
Grzegorz Wosiak: Moje pierwsze mistrzostwa świata to 1982 rok. Miałem wtedy osiem lat i właściwie od tego momentu tak na dobre zainteresowałem się piłką. Polska zajęła wtedy 3 miejsce. W tamtych czasach wydawało się, że reprezentacja Polski zawsze będzie odnosiła jakieś sukcesy.
Później było oczywiście granie w szkole, z kolegami. To były zupełnie inne czasy. Nikt nas nie woził samochodem na treningi więc nie było pomysłu na grę w klubie. Pochodzę z Żelazna, więc spotykaliśmy się z chłopakami i po prostu graliśmy. Gdzie był kawałek boiska, tam można było spędzić kilka godzin. Cały czas gdzieś jednak była we mnie chęć, żeby zacząć normalnie trenować.
Do klubu trafiłeś stosunkowo późno. Jak do tego doszło?
Taką granicą było ukończenie szkoły podstawowej. Zastanawiałem się wtedy nad szkołą w Kościanie albo w Gostyniu bo chcialem połączyć naukę z grą w piłkę. Ostatecznie zacząłem chodzić do Zespołu Szkół w Grabonogu.
W klasie spotkałem kolegę, który trenował w grupach młodzieżowych Kani. Przyprowadził mnie na trening i tak już zostało. Był 1989 rok, miałem 15 lat. Zacząłem u trenera Jerzego Bajera, przez którego przewinęło się w tamtym czasie bardzo wielu zawodników Kani.
Dzisiaj piętnastolatek rozpoczynający treningi piłkarskie byłby wyjątkiem.
Zdecydowanie. Dzisiaj dzieci zaczynają bardzo wcześnie. Mój syn zaczął trenować w wieku sześciu lat. Czasami mam nawet taką teorię, że to jest trochę za wcześnie. Wiadomo, sport tego potrzebuje, jeśli później chce się wejść na wysoki poziom. Ale słyszę czasem chłopaków mających po 20 lat, którzy mówią, że są już piłką zmęczeni, wypaleni, że nie daje im takiej frajdy.
I wtedy porównuję ich do siebie. Kiedy miałem 20 lat, byłem po pięciu latach treningów. Oni są czasami po 14 czy 15 latach. Być może stąd bierze się część tego zniechęcenia. Oczywiście wpływa na to dużo więcej rzeczy.
A z drugiej strony późniejsze rozpoczęcie treningów też miało swoje minusy?
Na pewno. Jako dzieciak byłem bardzo sprawny i przede wszystkim dobry motorycznie. Rozwijało się to przez ciągłe bieganie, granie, spędzanie czasu w ruchu. Ale z perspektywy czasu wiem, że brakowało mi wyszkolenia technicznego. Pewne nawyki wyrobiłem sobie sam i nikt ich nie poprawiał, bo nie miał kto.
Kiedy masz już 15, 16 czy 17 lat, dużo trudniej jest pewne rzeczy zmienić. To był chyba mój największy mankament jako zawodnika. Chłopacy z Gostynia, gdy ja przychodziłem do Kani po ósmej klasie, trenowali często już od piątej czy szóstej klasy. Mieli kilka lat przewagi w bardzo ważnym okresie rozwoju. Tego później nie dało się już całkowicie nadrobić.
Jak wyglądało twoje przejście z juniorów do seniorów?
Dosyć szybko. Grałem w juniorze młodszym, później w starszym i trenerzy uznali, że mogę już pojawiać się w zespole seniorskim. To były zresztą trochę szalone czasy. Można było w sobotę zagrać 45 minut w seniorach, a następnego dnia cały mecz w juniorach. I często tak było. Zdrowie wtedy dopisywało, człowiek szybko się regenerował i dawał radę.
𝗣𝗮𝗺𝗶ę𝘁𝗮𝘀𝘇 𝗽𝗶𝗲𝗿𝘄𝘀𝘇𝗲 𝗺𝗶𝗲𝘀𝗶ą𝗰𝗲 𝘄 𝘀𝗲𝗻𝗶𝗼𝗿𝘀𝗸𝗶𝗲𝗷 𝘀𝘇𝗮𝘁𝗻𝗶?
Bardzo dobrze. Miałem 18 lat, a w zespole byli zawodnicy po trzydzieści kilka lat. Byłem młody, miałem do nich szacunek, ale się ich nie bałem. Nigdy nie odpuszczałem. Chciałem na treningu i w meczu pokazać, że zasługuję na miejsce. Nikogo nie lekceważyłem, ale też przed nikim nie miałem strachu.
Na jakiej pozycji najczęściej występowałeś?
W juniorach trener Jerzy Bajer ustawiał mnie początkowo w ataku. Graliśmy wtedy przeważnie 4-4-2, więc byłem jednym z dwóch napastników. Dosyć szybko trenerzy zauważyli jednak moje walory motoryczne i większość swojej przygody spędziłem na boku pomocy. Można powiedzieć: dużo biegania, mniej piłki. I w tym się dobrze odnajdywałem.
W młodzieży oprócz trenera Bajera trenował nas również trener Andrzej Rogala. Później, kiedy przeszedłem do seniorów, trenerów było już oczywiście znacznie więcej.
Juskowiak, wielkie kluby i awans w 1995 roku
Kiedy zaczynałeś w Kani, Andrzeja Juskowiaka nie było już w Gostyniu. Jego kariera była jednak obecna w klubie?
Oczywiście. Andrzej Juskowiak jest z rocznika 1970, więc kiedy ja przyszedłem do Kani, jego już tutaj nie było. Nie miałem okazji z nim grać. Później spotykałem natomiast Marka Sadzkiego czy Roberta Biernata, czyli zawodników, którzy mieli z Andrzejem bezpośrednią styczność.
Juskowiak był dla wszystkich przykładem, że z Gostynia można dojść naprawdę wysoko. W tamtym okresie także inni zawodnicy stąd trafiali do dużych klubów. Darek Walczak poszedł do Śląska, Jędrzej Kędziora do Zagłębia Lubin. Wydawało się wtedy, że droga z takiej Kani do najwyższej ligi była trochę łatwiejsza niż obecnie.
Juskowiak później także pojawiał się w Gostyniu.
Tak. Organizowane były turnieje młodzieżowe pod jego patronatem, w czym duży udział miał też trener Jerzy Bajer. Andrzej przywoził swoich kolegów i mieliśmy możliwość zagrania z zawodnikami, których na co dzień oglądaliśmy w telewizji albo czytaliśmy o nich w gazetach.
Oczywiście były to bardziej mecze zabawowe, ale dla nas ogromna atrakcja. W ogóle kiedyś dużo łatwiej było spotkać się na boisku z drużynami z najwyższego poziomu.
Z kim udało wam się wtedy zagrać?
Pamiętam mecz z Lechem Poznań, który przyjechał do Gostynia bardzo mocnym składem po zdobyciu mistrzostwa Polski. Graliśmy z Zagłębiem Lubin, Olimpią Poznań. Były też Warta Poznań, Amica Wronki czy z Milarderem Pniewy.
Czasami udawało się takie spotkanie załatwić przez znajomości trenerów, czasami dzięki byłym zawodnikom Kani grającym w danym klubie. Innym razem zespół przebywał akurat na obozie w Gostyniu lub w okolicy. Dzisiaj czasem problemem jest zagranie sparingu z zespołem z III ligi. O Ekstraklasie w ogóle nie ma co mówić.
Co najbardziej się pod tym względem zmieniło?
Postępuje profesjonalizacja. Dzisiaj nie chodzi tylko o to, żeby rozegrać sparing i zaliczyć jednostkę treningową. Trener chce z każdego meczu wyciągnąć maksimum pod względem taktycznym, motorycznym czy organizacyjnym. Co zyska ekstraklasowy zespół, grając z czwartoligowcem? Z punktu widzenia procesu treningowego niewiele.
Do tego drużyny grają obecnie praktycznie przez cały rok. Sezon jesienny potrafi trwać niemal do grudnia, a wiosną rusza się bardzo wcześnie. Kiedyś zaczynaliśmy ligę w połowie marca, bo wcześniej często po prostu nie było gdzie grać. Nie było takiej liczby sztucznych boisk.
Zespoły z najwyższych lig częściej wyjeżdżają też na zagraniczne zgrupowania. Kiedy Jędrzej Kędziora był w Zagłębiu Lubin, przez znajomość można było próbować coś zorganizować. Teraz na tym poziomie to właściwie niemożliwe.
Wróćmy do sezonu 1994/95. Jak zapamiętałeś tamten awans Kani?
Nie przypominam sobie, żeby od początku była wielka presja i hasło: musimy awansować. Patrzę oczywiście z perspektywy młodego zawodnika, bo miałem wtedy około 20 lat. W klubie zaczynały się jednak dziać dobre rzeczy. Powstała wyodrębniona sekcja piłki nożnej seniorów, prezesem został pan Grzegorz Krawiec. Trenerem był Jerzy Radojewski, przyjeżdżał również z Poznania Eugeniusz Samolczyk.
To był naprawdę fajny sezon. Sam moment awansu był czymś niesamowitym. Trzeba też pamiętać, że ówczesna III liga była rzeczywiście trzecim poziomem rozgrywkowym. Nad nami były tylko I i II liga. Pamiętam, że bardzo ważny był mecz decydujący o awansie z Konfeksem Legnica. Dopiero pod koniec sezonu zaczęliśmy chyba naprawdę zdawać sobie sprawę, że możemy awansować.
Jaki był tamten zespół?
Bardzo lokalny. Byli oczywiście zawodnicy spoza samego Gostynia, jak Mieczysław Musielak z Pawłowic, Rafał Dudka z Luboni czy Tomasz Żukowski z Leszna, ale generalnie to byli chłopacy z Gostynia i najbliższej okolicy. Później w III lidze mogliśmy już trafiać na zawodników, którzy wcześniej grali wyżej albo dopiero zaczynali duże kariery.
Pamiętam na przykład młodego Piotra Włodarczyka. Później grał w Legii Warszawa i reprezentacji Polski, a wtedy był jeszcze bardzo młody. Strzelił nam 3 bramki grając dla Górnika Wałbrzych. Takie mecze pokazywały, na jaki poziom trafiliśmy.
Po awansie nastąpiła zmiana trenera.
Trener Radojewski zrobił z nami awans, a później przyszedł Bogdan Basałaj, wcześniej związany z Olimpią Poznań, gdzie pracował na poziomie pierwszoligowym. Przychodził z bardziej profesjonalnego środowiska i pewnych realiów lokalnej piłki chyba jeszcze nie rozumiał.
Pamiętam anegdotę ze sparingu. Krzysztof „Kepel” Michalski strzelił dwa gole samobójcze naszemu bramkarzowi i trener Basałaj powiedział mniej więcej: „Gdzie ja cię teraz mam sprawdzić, skoro tutaj nie ma drużyny rezerw?”. A przecież Krzysiek później stał się jednym z bardzo ważnych zawodników.
Właśnie wtedy pojawili się bardzo młodzi Krzysztof Michalski i Rafał Naskręt.
Mieli po 16 lat. Dołączyli jako wyróżniający się zawodnicy juniorów. Można powiedzieć, że weszli do seniorskiej drużyny i wyważyli drzwi razem z futryną. Nie było czegoś takiego, że są młodzi, więc dostają taryfę ulgową. Sami wywalczyli sobie miejsce i byli pełnoprawnymi zawodnikami.
Krzysiek był bardzo dobrym obrońcą, świetnie grał głową. Rafał również miał ogromny potencjał i był powoływany na konsultacje reprezentacji Polski U-17. Od początku było widać, że obaj mają możliwości, żeby grać wyżej. I później rzeczywiście to potwierdzili.
Jak w tamtych latach wyglądały same treningi i baza?
Nie ma czego porównywać z tym, co jest dzisiaj. To przepaść. Główna płyta stadionu była zawsze w dobrym stanie, ale na nią wchodziło się właściwie tylko na mecze. Trenować tam nie mogliśmy.
Większość zajęć odbywała się tam, gdzie obecnie znajduje się sztuczne boisko. Później powstało jeszcze trzecie boisko. Mówiliśmy na nie „klepisko”. Latem było twarde, zimą robiło się błoto. Ale nie znaliśmy innych warunków, więc człowiek się nad tym specjalnie nie zastanawiał.
Zdarzało się trenować w parku przy Hucie, w okolicach basenu. Gdzie znaleziono kawałek odpowiedniego terenu, tam można było zrobić trening. Chodziliśmy też do lasu na zajęcia biegowe. Zimą sparing na śniegu był czymś zupełnie normalnym. Nikt przecież nie odśnieżał boiska.
Czasami taki mecz bardziej trzeba było wybiegać niż rozegrać piłkarsko. Być może takie warunki też w pewien sposób kształtowały charakter.
Po roku w III lidze nastąpił spadek. Czego wtedy zabrakło?
Myślę, że przede wszystkim kilku wzmocnień. Graliśmy praktycznie zespołem, który wywalczył awans. To była świetna przygoda, ale poziom był już naprawdę wysoki. Trafialiśmy na bardzo mocnych przeciwników, zawodników z doświadczeniem z wyższych lig albo młodych, którzy za chwilę mieli do nich trafić.
Był niedosyt, że po roku spadliśmy, ale z perspektywy czasu wiem też, jak duża była różnica poziomów.
Od zawodnika do trenera
Jak długo jeszcze później grałeś w Kani?
Mniej więcej do 28–29 roku życia. Nie pamiętam już dokładnego momentu zakończenia. Największy wpływ miały kontuzje. W krótkim czasie przytrafiły mi się dwie poważniejsze. Najpierw podczas meczu pucharowego w Pudliszkach zerwałem staw barkowo-obojczykowy i miałem około pół roku przerwy. Później pojawił się problem z łąkotką. Wybiło mnie to z rytmu.
W międzyczasie do Kani przyszło sporo bardzo dobrych zawodników i zwyczajnie zaczynało mi brakować jakości, żeby z nimi rywalizować. Chciałem jeszcze pograć, więc na pół roku poszedłem do Wisły Borek Wielkopolski, gdzie trenerem był mój kolega z Gostynia Roman Frydryszak. Tam jednak przytrafiły się kolejne problemy zdrowotne i właściwie był to koniec grania.
Myślałeś już wtedy o trenowaniu?
W ogóle. Mnie cieszyło granie w piłkę, a nie trenowanie innych. Oczywiście im byłem starszy, tym bardziej interesowałem się procesem treningowym: dlaczego robimy określone ćwiczenia, kiedy je wykonujemy, ile czego robimy. Prowadziłem nawet jakieś zapiski, ale wyłącznie dla siebie.
Nie myślałem, że kiedyś będę z nich korzystał jako trener. Trzeba też pamiętać, jak wyglądał wtedy dostęp do wiedzy. Nie było internetu w dzisiejszym znaczeniu. Nawet zdobycie informacji o wyniku innej drużyny było problemem. Pojawienie się telefonów komórkowych bardzo dużo zmieniło.
Jak więc zostałeś trenerem?
Klub wyciągnął do mnie rękę. Nie pamiętam już dokładnie okoliczności, ale trener Bajer chyba potrzebował pomocy albo miał za dużo chłopaków i zaproponowano mi prowadzenie rocznika 1994. Zgodziłem się i od tego się zaczęło. Co ciekawe, najpierw zostałem trenerem, a dopiero później zrobiłem uprawnienia. Wtedy nie było to czymś wyjątkowym.
Zaczynając pracę z około dziesięcioletnimi dziećmi, bazowałem przede wszystkim na tym, czego sam nauczyłem się podczas treningów seniorskich. Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej, ale właśnie taka była rzeczywistość. To była fajna grupa i przede wszystkim dzięki niej mogłem pozostać przy piłce.
Przez wiele lat prowadziłeś później młodzież Kani.
Najpierw był rocznik 1994, oczywiście z chłopakami z sąsiednich roczników, bo nigdy nie mieliśmy tak, żeby każda drużyna składała się tylko z jednego. Później prowadziłem między innymi rocznik 2002. Przez wiele lat pracowałem z młodzieżą, właściwie aż do momentu przejęcia seniorów.
W międzyczasie był także Piast Belęcin.
Do mojej grupy w Kani przyjeżdżał Marek Chwaliszewski, syn prezesa klubu z Belęcina. Jego ojciec poprosił mnie, czy nie mógłbym trochę pomóc przy tamtejszej drużynie. Na początku rzeczywiście miała być to tylko pomoc, ale szybko okazało się, że w taki sposób się nie da. Ostatecznie przejąłem zespół.
Przez około dwa i pół roku łączyłem prowadzenie Piasta Belęcin z pracą z juniorami Kani. Z Piastem zrobiliśmy awans do klasy okręgowej. Bardzo dobrze wspominam ten czas.
Czy praca z dorosłymi zawodnikami w Belęcinie pomogła ci później w Kani?
Bardzo. Piłka młodzieżowa rządzi się trochę innymi prawami. Młody zawodnik, jeśli chce trenować, przeważnie jest na zajęciach. Przy seniorach amatorskich masz ludzi, którzy pracują, mają rodziny, przychodzą po całym dniu zmęczeni. Czasami im się po prostu nie chce. Czasami naprawdę nie mogą. Trzeba nauczyć się tym wszystkim zarządzać.
W Belęcinie znałem też kilku chłopaków z Kani, między innymi braci Krugerów czy Piotra Słomińskiego. To było dla mnie bardzo dobre przetarcie przed późniejszą pracą z pierwszą drużyną Kani.
Po awansie Piasta do okręgówki już go nie prowadziłem, bo dostałem propozycję objęcia seniorów w Gostyniu. Dwóch seniorskich zespołów nie da się oczywiście prowadzić jednocześnie.
Nad propozycją Kani długo się zastanawiałeś?
W Kani byłem od 1989 roku. Przeprowadziłem dwie grupy od młodzika do juniora starszego. Znałem praktycznie wszystkich zawodników, bo większość przewinęła się przez nasze grupy młodzieżowe. Myślę, że dla trenera pracującego z młodzieżą naturalnym kolejnym krokiem jest piłka seniorska. Kiedy pojawiła się możliwość, długo się nie wahałem.
Niedosyt, baraże i dwa puchary
Pierwszy sezon w roli trenera seniorów zakończył się w wyjątkowych okolicznościach.
To był sezon 2019/20. Do ostatniej kolejki rundy jesiennej byliśmy na drugim miejscu. Na koniec jechaliśmy do Chorzemina. Mieliśmy dużo problemów kadrowych, kartki, drobne urazy, więc pojechaliśmy dość młodym składem. Przegraliśmy 0:1 i Krobianka Krobia nas wyprzedziła.
Nikt wtedy nie przypuszczał, jakie znaczenie będzie miał ten jeden mecz. Wiosną najpierw odwoływano poszczególne kolejki, a później okazało się, że runda w ogóle nie zostanie rozegrana. Awansowały dwa pierwsze zespoły, a my zostaliśmy na trzecim miejscu.
Gdyby ktoś jesienią powiedział, że spotkanie w Chorzeminie będzie właściwie ostatnim meczem sezonu i zadecyduje o wszystkim, nikt by w to nie uwierzył.
Kolejny sezon też przyniósł walkę o awans.
Jesień była przeciętna, ale wiosnę mieliśmy znakomitą. To był jeszcze taki popandemiczny sezon i graliśmy praktycznie środa–sobota, środa–sobota. Mieliśmy szeroką kadrę i bardzo dużo punktów odrobiliśmy.
Pod koniec dostaliśmy jednak zadyszki. Były trzy mecze, w których mogliśmy właściwie wygrać ligę. Zremisowaliśmy 1:1 z Sokołem Pniewy, który bronił się przed spadkiem. Później było 2:2 z Rawią w Rawiczu. Wtedy wyprzedziła nas Korona.
W ostatniej kolejce Korona zremisowała z Przyprostynią, więc jeszcze pojawiła się szansa, ale my przegraliśmy u siebie z Racotem 2:3. Zostało drugie miejsce i baraże.
Jak wspominasz tamte baraże?
W Skarszewie wygraliśmy 4:3, a później przegraliśmy w rzutach karnych z Kępnem. Z perspektywy czasu uważam, że być może dobrze się wtedy stało. Sportowo każdy chce awansować, szczególnie kiedy jest już tak blisko. Ale organizacyjnie chyba nie byliśmy jeszcze gotowi na IV ligę.
Ten awans trochę przyszedłby znikąd i kolejny sezon mógłby być dla klubu bardzo trudny. Czasami porażka, choć w danym momencie bardzo boli, może później okazać się potrzebnym doświadczeniem.
Za twojej kadencji pojawiły się też dwa zwycięstwa w Pucharze Polski na szczeblu strefowym. Jak wspominasz pierwszy finał?
Puchar ma swoją specyfikę. Finały strefowe rozgrywane 11 listopada mają bardzo fajną oprawę i czuć, że jest to wydarzenie. Ale dojście do finału wbrew pozorom wcale nie jest łatwe. Trzeba wygrać kilka spotkań, a jako zespół z V ligi bardzo często graliśmy na wyjazdach. Do tego w środku tygodnia.
Pamiętam wyjazd do Tuchorzy. Ponad sto kilometrów, mecz w październiku po południu i problem zaczynał się już od tego, kto jest w stanie zwolnić się z pracy i pojechać. W finale z Orkanem mogliśmy rozstrzygnąć wszystko wcześniej. W 90. minucie mieliśmy rzut karny, którego Radek Wachowski nie wykorzystał.
Skończyło się 0:0 i doszło do karnych. Kacper Przybylski coś tam zawsze w tych karnych wybroni, my swoje strzeliliśmy i mogliśmy się cieszyć.
Drugi finał był jeszcze bardziej szalony.
To był prawdziwy rollercoaster. Źle weszliśmy w mecz. Pępowo prowadziło 3:0 i właściwie nic nie zapowiadało, że wydarzy się coś niezwykłego. Nie było nawet tak, że my ich cały czas atakowaliśmy i brakowało tylko bramki. Dąbroczanka wyglądała bardzo dobrze.
Nie mieliśmy już nic do stracenia. I nagle wszystko się odwróciło. Jedna bramka, druga, trzecia. W kilkanaście minut doprowadziliśmy do remisu. Z punktu widzenia sportowca sytuacja Dąbroczanki musiała być wtedy okropna. Prowadzisz 3:0, jesteś praktycznie przekonany, że zdobyłeś puchar, i nagle wszystko ci ucieka.
Dla nas oczywiście ogromna radość, a później jeszcze wygraliśmy serię rzutów karnych.
Trzydzieści lat później – ponownie awans
W tym samym sezonie udało się zrobić coś jeszcze ważniejszego. Kiedy uwierzyliście, że awans do IV ligi jest naprawdę możliwy?
Gdzieś z tyłu głowy myśl o awansie była już od początku. Przez kilka poprzednich sezonów byliśmy zazwyczaj w czołówce, ale często kończyliśmy ze sporą stratą do najlepszych.
W pewnym momencie nastąpiła też duża zmiana kadrowa. Odeszli między innymi Błażej Danielczak i Radek Wachowski do Korony Piaski, Mateusz Mucha przestał grać. Z podstawowego składu ubyło siedmiu czy ośmiu zawodników. Musieliśmy grać młodzieżą.
Myślę, że dla osób zarządzających klubem był to też sygnał: nie możemy pogodzić się z tym, że będziemy dziewiątym czy dziesiątym zespołem V ligi. W kolejnym sezonie kadra została odpowiednio zbudowana i chcieliśmy zaatakować IV ligę.
Jesień była bardzo dobra, ale początek wiosny przyniósł problemy.
Bardzo duże. Po jesieni zajmowaliśmy 1 miejsce. Na inaugurację rundy wiosennej przegraliśmy 1:4 w Krotoszynie. Później u siebie 0:4 z rezerwami KKS Kalisz. Gdzieś tam udało się wygrać z Wisłą Borek Wielkopolski, ale rywale zaczęli nas doganiać i zrobiło się nerwowo.
Później weszliśmy jednak na właściwe tory i do końca walczyliśmy o pierwsze miejsce. Zefka Kobyla Góra miała wtedy niesamowitą serię. Po dwóch remisach na początku wygrała praktycznie wszystko do końca. My przegraliśmy przedostatni mecz w Kawęczynie, więc ostatecznie zostały nam baraże.
I znowu pojawiła się Warta Śrem.
Pierwszy mecz barażowy graliśmy właśnie w Śremie. Zaczęliśmy świetnie, prowadziliśmy 3:0. Później czerwoną kartkę dostał Mateusz Snuszka, Warta strzeliła jedną bramkę, potem drugą i zrobiło się 3:2. Na szczęście w końcówce Igor Ćwikliński trafił na 4:2.
W finale jechaliśmy do Koła na Olimpię. To był zupełnie inny mecz. Oba zespoły grały bardzo ostrożnie i od początku było widać, że może zdecydować jedna bramka. Strzelił Jakub Harendarz i wygraliśmy 1:0.
Do sukcesu zawsze potrzebne jest też trochę szczęścia. My wtedy je mieliśmy i po kilku latach prób w końcu awansowaliśmy.
W 1995 roku przeżywałeś awans jako zawodnik, a 30 lat później jako trener. Który z tych momentów przeżywa się mocniej?
Sam wcześniej nawet nie patrzyłem na to w ten sposób. Ale perspektywa zawodnika i trenera jest kompletnie inna. Kiedy jesteś zawodnikiem, cała adrenalina schodzi na boisku. Biegasz, walczysz, jesteś cały czas w środku wydarzeń. Trener stoi z boku. Nie możesz wejść na boisko i nic zrobić. Wszystko kłębi się w środku.
Jeśli mecz kończy się dobrze, jest ogromny upust emocji. Jeśli źle, trzeba to później odchorować. To naprawdę dwa zupełnie różne przeżycia.
Wychowankowie, talenty i przywiązanie do Kani
Duża część obecnego zespołu wywodzi się z Gostynia i okolicy. Jak ważne jest to dla ciebie jako trenera?
Bardzo ważne, chociaż nie mam nic przeciwko zawodnikom przychodzącym z innych klubów. Oni są potrzebni. Świeża krew powoduje, że pojawiają się nowe ambicje, inne spojrzenie, zawodnicy zaczynają ze sobą na nowo rywalizować.
Miałem okres, kiedy wszyscy znaliśmy się już na wylot. Ja znałem zawodników, oni znali mnie i siebie nawzajem. Taki impuls z zewnątrz potrafi bardzo pomóc. Ale na tym poziomie bardzo podoba mi się model, w którym większość zespołu stanowią ludzie utożsamiający się z klubem.
Kiedy ja grałem, występowaliśmy w różnych ligach. Była III liga, ale zdarzała się też okręgówka. I mimo spadków większość zawodników zostawała. Chcieliśmy grać dla Kani. Nie było podejścia: spadamy, więc od razu idę gdzieś indziej. Takie przywiązanie do klubu jest bardzo wartościowe.
Kto jest dla ciebie takim przykładem przywiązania do barw?
Na pewno Damian Krzyżostaniak. Pamiętam Damiana jeszcze z pierwszych treningów, a dzisiaj jest kapitanem pierwszego zespołu. Na pewno przez te wszystkie lata miał różne możliwości i propozycje. Został jednak w Kani i jest symbolem przywiązania do barw.
Mamy również akademię i uważam, że trenerzy grup młodzieżowych wykonują bardzo dobrą pracę. Dzieci jest dużo, szkolimy zawodników. Oczywiście nie każdy później chce grać w Kani. Każdy ma swoją drogę i trzeba to szanować. Ale gdyby zebrać wszystkich wychowanków Kani grających dzisiaj w różnych okolicznych klubach, spokojnie powstałaby z tego bardzo ciekawa drużyna.
Jak to jest trenować własnego syna? Czy w takiej sytuacji łatwo oddzielić rolę ojca od roli trenera?
Bycie trenerem syna nie jest łatwe. Oczywiście chcę dla Jędrka jak najlepiej, ale zawsze muszę jako trener kierować się najpierw dobrem drużyny. Jeśli dodamy do tego, że w drużynie jest syn prezesa, syn właściciela czy synowie moich kolegów, to okazuje się, że zarządzanie drużyną jest dużo trudniejsze niż sam proces treningowy. (śmiech)
Wspominałeś też o zawodnikach, którzy mieli duży talent, ale ich piłkarskie drogi potoczyły się inaczej.
Takich przykładów jest bardzo dużo. Wymienię tylko kilku. Kacper Korytny spokojnie mógłby moim zdaniem grać na tym poziomie, ale wybrał futsal i realizuje się w Wiarze Lecha Poznań.
Jonasz Jaraczewski również miał spore umiejętności, a zakończył granie wcześniej. Igorowi Kordusowi drogę pokrzyżowała kontuzja. Dla trenera zawsze jest trochę smutne, kiedy chłopak w wieku 21 czy 22 lat przestaje grać. Z drugiej strony każdy układa swoje życie tak, jak uważa za najlepsze.
Dla mnie takim zupełnie niespełnionym piłkarsko zawodnikiem jest Tomek Nojman. Rewelacyjny chłopak, piłka go po prostu kochała. A w seniorskiej Kani właściwie nie zaistniał. Szybko przestał grać, realizuje się w biznesie i w piłce halowej.
Szymon Olejniczak czy Rafał Karolczak to również jedne z największych talentów, jakie przewinęły się przez klub, odkąd ja to obserwuję. Ogromne możliwości miał i ma również Błażej Danielczak.
Jednym z największych talentów, jakie spotkałem, był też Przemek Wichłacz. Jemu bardzo przeszkodziła kontuzja. Pamiętam turniej, na którym strzelił mnóstwo bramek. Zobaczył go Patryk Kniat, który prowadził wtedy młodzież Lecha. Przemek strzelił Lechowi chyba trzy gole i właściwie od razu pojawiło się zainteresowanie.
Takich historii jest mnóstwo. Sam talent to nigdy nie jest wszystko.
A Kacper Przybylski?
Kacper również miał i ma duże możliwości. Od dziecka był bardzo sprawny, wszechstronny. W tym roczniku mieliśmy zresztą dwóch dobrych bramkarzy: Kacpra i Kamila Stróżyńskiego, który później trafił do Krobianki Krobia.
Kiedy prowadził ich Marcin Nowak, zdarzało się, że Kacper jedną połowę grał w polu, a drugą w bramce. I w obu rolach potrafił być jednym z najlepszych na boisku.
Do talentu dochodzi jednak praca, prowadzenie się, gotowość do poświęceń. Nie wiem, czy Kacper sam był gotowy, żeby podporządkować wszystko piłce i wyjechać gdzieś dalej.
Trzeba też pamiętać, że przez dużą część szkolenia nie miał regularnego specjalistycznego treningu bramkarskiego. W klubie nie zawsze był trener bramkarzy. Dzisiaj jest to oczywisty element szkolenia, wtedy nie zawsze mogliśmy go zapewnić.
IV liga, drugi sezon i przyszłość Kani
Pierwszy sezon po awansie skończył się bardzo dobrym wynikiem. Jak wyglądał z perspektywy trenera?
Przede wszystkim chcieliśmy się utrzymać. Sytuacja była dodatkowo skomplikowana przez dużą liczbę wielkopolskich zespołów w III lidze. Wiedzieliśmy, że liczba spadkowiczów może się zwiększyć.
Dlatego powtarzałem zawodnikom i zarządowi: nie możemy liczyć, że będziemy gdzieś na granicy strefy spadkowej i jakoś się uda. Musimy celować w środek tabeli.
Przed sezonem analizowałem poprzednie rozgrywki i wyszło mi, że około 44 punktów powinno dać pewne utrzymanie. Po jesieni mieliśmy 22, więc powiedzieliśmy sobie: drugie 22 wiosną i powinno być dobrze. Ostatecznie zdobyliśmy jeszcze więcej.
Czego musieliście się nauczyć po wejściu poziom wyżej?
Nasze przywitanie z IV ligą było bardzo charakterystyczne. W pierwszym meczu w 3 minucie zawodnik Huraganu Pobiedziska strzelił nam gola praktycznie z połowy boiska. Chcieliśmy grać ofensywnie, grać w piłkę i czasami byliśmy za to karani.
W Wągrowcu z Nielbą prowadziliśmy 2:0 i skończyło się 2:2. W Gołuchowie również prowadziliśmy i straciliśmy bramkę w samej końcówce, choć wcześniej mieliśmy sytuacje, żeby ten mecz zamknąć. Cały czas mówiłem, że uczymy się ligi. Brakowało nam wyrachowania.
Wiosną było go już więcej?
Zdecydowanie. Zaczęliśmy lepiej zarządzać meczami. Jeśli prowadziliśmy 1:0 czy 2:1, częściej potrafiliśmy ten wynik dowieźć. Nawet kosztem jakości gry.
Każdy trener chciałby, żeby jego drużyna grała pięknie, dominowała i cały czas atakowała. Ale potrzebny jest pragmatyzm. Kibic przychodzący na stadion przede wszystkim patrzy na wynik. Kiedy wyniki są dobre, wtedy zaczyna oczekiwać jeszcze ładnej gry.
Jeśli cały czas grasz pięknie i przegrywasz, długo nikt nie będzie z tego zadowolony. Trener i zawodnicy są oceniani przede wszystkim przez pryzmat punktów. Wiosna była pod tym względem naprawdę dobra. Nauczyliśmy się tej ligi i zespół dojrzał.
Który zespół zrobił na tobie największe wrażenie?
Kotwica Kórnik. W meczu w Gostyniu była od nas zdecydowanie lepsza. To był zespół bardzo mocny jak na IV ligę. Zdarzały się oczywiście pojedyncze spotkania, w których każdy mógł z każdym wygrać, ale na przestrzeni całego sezonu Kotwica prezentowała najwyższą jakość.
Jak patrzysz na rozpoczynający się drugi sezon w IV lidze?
Nie chcę składać deklaracji, że teraz będziemy walczyć nie wiadomo o co. Chciałbym przede wszystkim stabilizacji.
Drugi sezon dla beniaminka często jest nawet trudniejszy. W pierwszym jesteś trochę niewiadomą. Przeciwnicy nie znają cię tak dobrze, czasami być może podchodzą do ciebie z mniejszą ostrożnością. W drugim roku wszyscy już wiedzą, czego się po tobie spodziewać.
Niedawno przy sparingu rozmawiałem z ludźmi z Obry Kościan. To klub, który przez wiele sezonów potrafi utrzymywać się na tym poziomie. I uważam, że właśnie tutaj jest obecnie miejsce Kani. Chciałbym, żeby nie był to jeden sezon, dwa czy trzy, po których znowu wszystko trzeba budować od początku. Żeby powstał solidny fundament.
A gdyby kiedyś pojawiła się szansa pójścia jeszcze wyżej?
Nie mówię, że nigdy. Być może za kilka lat przyjdzie moment, kiedy klub będzie gotowy, żeby spróbować. Trzeba jednak pamiętać o historii i nie robić czegoś tylko na chwilę. Pewnie można znaleźć sponsorów, ściągnąć zawodników i zaatakować III ligę. Ale pytanie brzmi: czy będzie to stabilny rozwój, czy projekt na jeden sezon?
Druga sprawa to nasi zawodnicy. Ilu z nich jest dzisiaj gotowych na III ligę? I nie mówię wyłącznie o umiejętnościach. Tam są dalsze wyjazdy, większa liczba obowiązków. Nasi zawodnicy uczą się albo normalnie pracują. To nie są zawodowcy, którzy mogą podporządkować całe życie piłce.
Dobrym przykładem jest Kotwica Kórnik. Po bardzo mocnym sezonie wielu najlepszych zawodników wybrało inne kluby i z kadry, która wywalczyła awans zostało tylko kilku zawodników. Na wyższym poziomie budowa zespołu wygląda już zupełnie inaczej. Dlatego jestem zwolennikiem stopniowego rozwoju.
Grzegorz Wosiak: „Kiedyś dzieci miały piłkę cały czas przy nodze”
Jako nauczyciel wychowania fizycznego obserwujesz kolejne pokolenia dzieci. Mocno zmieniły się przez te lata?
Bardzo trudno porównywać pokolenia, bo żyją w zupełnie innych warunkach. Kiedy prowadziłem rocznik 1994/95 i pracowałem w Szkole Podstawowej nr 2, miałem wielu piłkarzy. Jechałem na turniej szkolny i nawet nie wszystkich zawodników trenujących w klubie zabierałem, bo byli inni, którzy byli po prostu lepsi.
Dzisiaj czasem jadę na turniej i mam czterech piłkarzy, mimo że teoretycznie dużo więcej dzieci gdzieś trenuje. Bo dzisiaj właściwie każdy może trenować.
Kiedyś dzieci wcześniej same weryfikowały swoje zainteresowanie. Chłopak grał na podwórku, przed domem, z kolegami. Jeśli zupełnie mu nie szło i tego nie lubił, raczej nie szukał później klubu.
Dziś rodzic przyprowadza pięciolatka na trening, a on jeszcze nawet nie wie, czy piłka naprawdę mu się podoba. Dopóki mama czy tata wozi go na treningi, wszystko funkcjonuje. Później, gdy sam zaczyna podejmować decyzje albo widzi, że inni są od niego lepsi, część dzieci rezygnuje.
A pod względem samej sprawności?
Na pewno jest słabsza. Żyjemy w epoce smartfonów. Kiedyś dzieci po szkole wychodziły na podwórko i całe popołudnie biegały, grały, skakały. Dzisiaj też wychodzą na podwórko, ale przeważnie siedzą razem z telefonami.
Trening piłkarski trwa półtorej godziny. Jeśli dziecko poza tym praktycznie się nie rusza, te trzy treningi w tygodniu nie zastąpią wielu godzin spontanicznej aktywności, którą kiedyś dzieci miały naturalnie. To ogromna różnica.
Zmienił się też sposób uczenia się samej piłki?
Dzisiaj wiele elementów jest wyuczonych na treningach. Kiedyś częściej trafiali się chłopacy, którzy przychodzili do klubu już z czymś wyjątkowym.
Wspominałem Tomka Nojmana. Pamiętam go jeszcze ze szkoły. To, co potrafił zrobić z piłką w trzeciej klasie, nie było efektem dwóch treningów klubowych w tygodniu. On cały czas bawił się piłką. To był jego indywidualny trening, chociaż nikt tego tak nie nazywał. Nie miał kontaktu z piłką przez 20 minut podczas ćwiczenia, tylko godzinami.
Później klub mógł taki talent kształtować. Ale pewna baza powstawała wcześniej sama.
Boniek, Maradona i trzy kluby
Kto był twoim pierwszym piłkarskim idolem?
Po mistrzostwach świata w 1982 roku mógł być właściwie tylko jeden – Zbigniew Boniek. Zrobił wtedy ogromne wrażenie. Bramki, sposób gry, zadziorność. Dla ośmiolatka oglądającego pierwsze mistrzostwa świata był naturalnym idolem.
Później, jeśli chodzi o światową piłkę, pojawił się Diego Maradona. Mundial w 1986 roku i to, co robił z piłką, było niesamowite.
Oczywiście dzisiaj wiemy też wszystko o jego kontrowersjach, ale czysto piłkarsko był geniuszem. Podobnie jak później Messi. Inne charaktery, trochę inni zawodnicy, ale obaj wyjątkowi.
A skąd Real Madryt?
Real od zawsze. Pewnie dlatego, że kiedy byłem dzieciakiem, zobaczyłem Hugo Sáncheza. Real grał w białych koszulkach, które mi się podobały a Sánchez strzelał gole i robił swoje charakterystyczne salta. Wtedy zawodnicy nie mieli takich cieszynek jak dzisiaj. On robił coś zupełnie innego niż pozostali i jako dzieciak to zapamiętałem.
Do dzisiaj w szkole żartuje do uczniów że są dla mnie trzy kluby: Real Madryt, Kania Gostyń i Lech Poznań. Jak ktoś przychodzi w koszulce Barcelony, to oczywiście zaczynają się żarty i droczenie. Ale Real był od zawsze. Tak samo Lech.
Z lat 90. pamiętasz np. białe buty Marco Simone.
Tak, bo wtedy to naprawdę było coś. Dzisiaj brzmi to trochę zabawnie, bo piłkarze mają buty we wszystkich możliwych kolorach. Ale wtedy buty piłkarskie były właściwie zawsze czarne. I nagle ktoś wyszedł w białych. Takie drobiazgi zapadały w pamięć, bo nie byliśmy bombardowani setkami takich rzeczy każdego dnia.
Na koniec – czego życzyć tobie i Kani?
Życie trenera seniorskiego jest uzależnione od wyników. W grupach młodzieżowych najważniejsza jest praca, rozwój zawodników i spokój. W seniorach pojawiają się zupełnie inne wymagania.
Będę trenerem Kani tak długo, jak długo zarząd i kibice będą zadowoleni z wyników. Nigdy nie wiadomo, czy będzie to jeszcze wiele lat, czy miesiąc i przyjdzie moment zmiany. Taki jest zawód trenera.
Na tym etapie bardziej niż sobie życzę dobrze klubowi. Chciałbym, żeby Kania cały czas się rozwijała. Akademia funkcjonuje dobrze, dzieci jest dużo. Oczywiście chciałbym, żeby wszyscy mieli taką zajawkę jak ja, ale z wiekiem człowiek przyzwyczaja się do tego, że nie każdy musi żyć piłką.
Najbliższa jest mi teraz pierwsza drużyna i chciałbym, żeby zbudowała w IV lidze naprawdę solidny fundament. Żeby niezależnie od tego, kto będzie kiedyś trenerem i kto będzie grał, Kania była stabilnym klubem na tym poziomie.
A być może za kilka lat przyjdzie moment, kiedy zacznie dobijać się do wyższej ligi. Tego życzę Kani. A sobie przede wszystkim zdrowia.
Prośba o wsparcie strony

Galeria zdjęć




















📸 Fot. Zosia Kręgielczak, Grzegorz Wosiak / archiwum prywatne



