Za nami mecz, który rozpoczął się w ciągu tygodnia i można powiedzieć, że nadal trwa. Mowa oczywiście o starciu Legii Warszawa i poznańskiego Lecha, które miało miejsce w niedzielne popołudnie.
Legia Warszawa – Lech Poznań 1:2
0:1 – Yannick Agnero (56. minuta)
1:1 – Bohdan Wjunnyk (74. minuta)
1:2 – Luis Palma (87. minuta)
Pojedynek rozpoczął trener Legii, Marek Papszun, wypowiedzią, jakoby Lech nie potrafił wygrywać dużych meczów. Tym sposobem rozpoczęła się konfrontacja na szpilki wbijane to tu, to tam w mediach i na konferencjach prasowych. Papszun, podgrzewając atmosferę, chciał przenieść presję na zespół i trenera Lecha.
Drugą wypowiedzią, z pozoru niewinną, wrzucił jeszcze więcej piasku w tryby cierpliwości Nielsa Frederiksena. Stwierdził mianowicie, że Lech bazuje głównie na jakości swoich piłkarzy. Jest to dość powszechny zarzut, wg mnie nietrafiony, i uderza mocno w trenera, bo przekaz takiej wypowiedzi jest jasny: trenerem jesteś słabym, wygrywasz przez to, że masz dobrych piłkarzy. Jakkolwiek groteskowo nie brzmi zarzut w kierunku podwójnego mistrza Polski o braku drużyny, to na pewno atmosfera zagęściła się mocno już na kilka dni przed samym meczem.
Samo spotkanie było bardzo zacięte, toczyło się w dobrym tempie. Lech, wyraźnie zmęczony czwartkowym meczem w Lidze Europy, miał kłopoty z utrzymaniem się przy piłce i wychodzeniem spod bardzo agresywnego pressingu stołecznej drużyny.
Dopiero w drugiej połowie poprawił statystyki dotyczące utrzymania piłki i oddanych strzałów. To wystarczyło. Mistrz Polski strzelił na 1:0 za sprawą Yannicka Agnero po świetnej akcji całego zespołu i asyście Leo Bengtsona, oddał prowadzenie, kiedy Legia wbiła kolejną już w tym sezonie bramkę po wyrzucie z autu, jednak dokończył dzieła zniszczenia i uciszył Łazienkowską, znowu po świetnej, zespołowej akcji i skutecznym wykończeniu Luisa Palmy, tu asystę zaliczył Fin Daniel Hakans.
Nie zabrakło też kontrowersji i prawdopodobnie Legia powinna stracić Wszołka, który przez łaskawość sędziego Marciniaka nie zobaczył drugiej żółtej kartki po faulu na Gurgulu.
Na konferencji pomeczowej trener Frederiksen pytał retorycznie, czy to był wielki mecz, i sam odpowiedział, że większy mecz Lech rozegrał w czwartek przeciwko Sunderlandowi. Widać, że słowa Papszuna zaszły mu za skórę i po prostu wykorzystał zwycięstwo swojej drużyny, aby szpilkę oddać przeciwnikowi.
I tak ten nasz polski klasyk rozgrywa się do dziś, relacje medialne, dyskusje, analizy trwają, a my cieszymy się, że Lech po nie najlepszym meczu, gdzie nie wyglądał jak zwykle, i tak potrafił przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść w dodatku na terenie największej rywalki.
Świetny to czas dla kibiców Kolejorza. Ten zalicza najlepszy ligowy start w historii, po 11 meczach ma 28 punktów, na co złożyły się 9 zwycięstw, 1 remis i 1 porażka. Lider Lech daje wyraźny sygnał reszcie stawki: ja jestem tu królem i korony nikomu nie mam zamiaru oddawać!




