Tomasz Bartz od ponad 20 lat rozwija unihokej w Żytowiecku. Choć na początku sam niewiele wiedział o tej dyscyplinie, z czasem stworzył klub, który stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek unihokeja w Wielkopolsce. W rozmowie opowiada o początkach Jastrzębi Żytowiecko, pracy z młodzieżą i sporcie, który stał się jego pasją.

Unihokej w małej szkole. Tak zaczęła się historia Jastrzębi Żytowiecko
Unihokej w Żytowiecku nie pojawił się jako gotowy plan na budowę silnego klubu. Na początku było raczej szukanie sportu, który sprawdzi się w realiach małej szkoły. Tomasz Bartz pracował w placówce, w której liczba uczniów była ograniczona, dlatego potrzebował dyscypliny pozwalającej rywalizować nawet wtedy, gdy nie da się zebrać dużej grupy zawodników.
Wybór padł na unihokej trochę przypadkowo. Były szkolne kije, była chęć spróbowania czegoś innego i potrzeba znalezienia sportu, który da dzieciom ruch, rywalizację oraz poczucie drużyny. Z czasem ten przypadek przerodził się w pasję, a później w klub, który stał się jedną z ciekawszych sportowych historii powiatu gostyńskiego.
Dziś UKS Jastrzębie Żytowiecko to nie tylko niszowa dyscyplina w niewielkiej miejscowości. To ponad dwie dekady pracy z dziećmi i młodzieżą, wyjazdy, turnieje, sukcesy wojewódzkie i ogólnopolskie oraz zawodnicy, którzy dzięki unihokejowi mogli rozwijać się dalej.
Za tą historią stoi Tomasz Bartz, nauczyciel, trener, prezes, organizator i człowiek, który sam przyznaje, że na początku o unihokeju wiedział bardzo niewiele. Pierwszy turniej zakończył się ostatnim miejscem, ale właśnie wtedy odezwała się sportowa ambicja. Z czasem Jastrzębie Żytowiecko stały się rozpoznawalne w środowisku unihokeja, a ich zawodnicy zaczęli rywalizować nie tylko w Wielkopolsce, ale także na arenie ogólnopolskiej.
Od przypadku do sportowej ambicji
Mirek Prętkowski: Zanim powstał klub, było chyba szukanie sportu, który pasowałby do małej szkoły. Jak to wyglądało na samym początku?
Tomasz Bartz: Ja na początku w ogóle nie wiedziałem, co to za sport. Wiedziałem tylko, że w szkole mieliśmy podstawowe kije. Kiedyś mówiło się na nie kobry albo reaktory. Z tymi kijami pojechałem na turniej powiatowy.
Pracuję w bardzo małej szkole, więc szukałem sportu, w którym można rywalizować przy mniejszej liczbie uczniów. Kiedyś próbowało się różnych dyscyplin, a w unihokeju w młodszej kategorii grało wtedy pięciu zawodników plus bramkarz. To było dla nas ważne, bo nie miałem dużej grupy dzieci.
Pojechaliśmy na turniej do Gostynia i okazało się, że zajęliśmy ostatnie miejsce, zarówno dziewczynki, jak i chłopcy. Trochę zadziałała ambicja. Postanowiłem, że spróbuję tak pracować, żeby tego ostatniego miejsca już nie było.
Może rok później jeszcze nie było wielkich sukcesów, ale po latach zaczęliśmy wygrywać w różnych kategoriach. Był taki moment, że w powiecie wygrywaliśmy już i z dziewczynami, i z chłopakami.
Na początku chodziło bardziej o wynik czy o ruch dla dzieci?
Na początku przede wszystkim o ruch. Byłem wtedy wychowawcą klasy piątej. Miałem niewielu uczniów, ale chciałem, żeby coś uprawiali, żeby się ruszali. To nie byli od razu wielcy sportowcy. Bardziej chodziło mi o rekreację, aktywność i to, żeby dzieci miały swoje zajęcie.
Zacząłem z dziewiątką moich wychowanków i tak to się potoczyło. Dziś robię to już ponad 20 lat, więc ten czas naprawdę szybko minął.
Klub, który trzeba było stworzyć od podstaw
Kiedy pojawił się pomysł założenia UKS Jastrzębie Żytowiecko?
Klub powstał w 2004 roku. Myślę, że trochę z ambicji, ale też z potrzeby dalszego rozwoju. Żeby móc jeździć na zawody, kupować sprzęt i starać się o pieniądze, trzeba było mieć formalnie działający klub. Jako Tomasz Bartz nie mogłem pójść do gminy i powiedzieć: „dajcie mi pieniądze”. Musiała być organizacja, która może występować o wsparcie.
Przy zakładaniu klubu ważną rolę odegrał też Krzysztof Żurczak. Można powiedzieć, że podzieliliśmy się obowiązkami. On bardziej zajmował się sprawami formalnymi, dokumentami i organizacją od strony papierkowej, a ja byłem bardziej od trenowania i pracy z zawodnikami. Dzięki temu łatwiej było to wszystko poukładać.
W tamtych czasach nie było to takie proste jak dziś. Po REGON trzeba było jechać do Kościana chyba dwa albo trzy razy, najpierw coś wypełnić, potem odebrać dokumenty. Trochę to trwało, ale udało się założyć klub.
Powiem szczerze, że to takie moje dziecko. Tworzyłem go od podstaw i działam w nim cały czas. Obecnie jestem prezesem i trenerem. Muszę pełnić kilka funkcji, bo w mniejszych miejscowościach trudno znaleźć trenerów do unihokeja.
Czy w okolicy były inne ośrodki, z którymi można było rywalizować?
Na początku w powiecie były szkoły, które bawiły się unihokejem. Była szkoła numer 5 w Gostyniu z panem Mikołajem Rogalą, była Stara Krobia, wcześniej też Siemowo. Zanim w ogóle odważyłem się grać w Wielkopolsce, zrobiłem ligę powiatową. Przez kilka lat nauczyciele przyjeżdżali do nas do Żytowiecka i robiliśmy takie turnieje powiatowe po południu, w piątki.
To było coś fajnego. Przyjeżdżali gimnazjaliści, rywalizacja była twarda, czasem iskry szły, ale dzięki temu miałem z kogo wybierać zawodników. Niektórzy chłopacy z gostyńskiej „piątki” przyjeżdżali później do mnie na treningi i jeździli z nami na zawody.
Z czasem jednak zrobił się pewien problem. My założyliśmy klub, zaczęliśmy trenować regularnie, a inne szkoły bardziej się tym bawiły. Kiedy zaczęliśmy wygrywać wysoko, na przykład po 15:1 czy 20:0, część szkół przestała przyjeżdżać. Od kilku lat praktycznie nie mamy już rywalizacji w powiecie i zaczynamy dopiero od rejonu, jeśli chodzi o rozgrywki szkolne.
Nazwa Jastrzębie i logo wymyślone przez dzieci
Skąd wzięła się nazwa „Jastrzębie”?
Nazwę wymyśliły dzieci. Zrobiliśmy burzę mózgów. Powiedziałem zawodnikom, żeby podawali propozycje i jakoś tak wyszło, że powstały Jastrzębie Żytowiecko.
Przez długi czas nasze logo było narysowane przez dziewczynę z naszej szkoły. Ona zrobiła je ręcznie, później grafik to przeniósł i tak funkcjonowaliśmy przez wiele lat. To był pomysł zawodników, nie mój. Dlatego tego nie zmieniałem.
Dopiero od niedawna mamy nowe, bardziej komputerowe logo, bo jest łatwiejsze do druku i do różnych materiałów. Ale przez około 20 lat mieliśmy to pierwsze, narysowane przez uczennicę.
Dziś nazwa klubu jest już rozpoznawalna?
Myślę, że tak. Na początku, kiedy jeździłem na zawody, czasem bardzo przekręcano nazwę naszego klubu. Nie chodzi nawet tylko o nasz rejon, ale gdy jechaliśmy gdzieś dalej, do Gdańska czy w inne miejsca, to ludzie różnie mówili „Żytowiecko”.
Teraz już wiedzą, że są Jastrzębie Żytowiecko. Wiedzą mniej więcej, gdzie jest Żytowiecko i kto się tym zajmuje. To jest fajne, bo mimo że jesteśmy małym klubem, przez te lata trochę udało nam się zdobyć.
Czym właściwie jest unihokej?
Jak wytłumaczyć unihokej osobie, która nigdy nie widziała meczu?
Najprościej można powiedzieć, że to hokej na lodzie, ale rozgrywany w hali. Zawodnicy grają kijami i plastikową piłeczką. Kij składa się z łopatki, która jest wyprofilowana w jedną stronę. Kiedyś łopatki były proste, takie jak w tych szkolnych kobrach czy reaktorach. Teraz profesjonalne kije są już wygięte pod zawodnika.
Co ciekawe, to czy ktoś gra lewym czy prawym kijem, nie zależy od tego, czy jest leworęczny czy praworęczny. Zależy od tego, jak trzyma kij. Jeśli lewa ręka jest na dole, a prawa u góry, to zawodnik gra lewą łopatką. Jeśli prawa ręka jest na dole, a lewa u góry, to gra prawą. Ja na przykład jestem praworęczny, a gram lewym kijem.
To sport zespołowy, bardzo szybki i bardzo intensywny. Ludziom czasem wydaje się, że dzieci po prostu biegają z kijami i uderzają piłeczkę. Ale to jest dużo bardziej złożone. Trzeba umieć prowadzić piłkę, zastawić ją, podać, strzelić, dobrze się ustawić i szybko reagować.
Mówi Pan, że to sport szybszy niż piłka nożna?
Tak, moim zdaniem jest szybszy. Piłeczka jest mała i bardzo szybko leci. Miałem taki przykład, gdy koleżanka z liceum przygotowywała uczniów do rozgrywek szkolnych i przyjeżdżała do mnie na treningi. Na bramce stawał chłopak, bardzo dobry bramkarz piłkarski, grający w klubie. Gdy moi zawodnicy uderzali na bramkę, on czasem nawet nie zdążył ruszyć ręką, a piłka już była obok niego.
Sam też próbowałem nieraz stanąć na bramce. Z młodszymi dziećmi jeszcze mogę bronić, jeszcze zdążę zareagować. Ale gdy starszy zawodnik dobrze uderzy, to ja ręką nawet nie ruszę.
To pokazuje, jak szybka jest ta gra. Jest w niej szybkość, wydolność, koordynacja, technika i praca zespołowa. Dla mnie to jeden z lepszych sportów pod względem szybkości i wytrzymałości.
Od dużego boiska do gry 3 plus 1
Czy mała hala w Żytowiecku była problemem?
Przez wiele lat tak. Kiedyś w młodszych kategoriach graliśmy pięciu plus bramkarz na dużym boisku. To dla nas było bardzo trudne. Ja trenowałem w Żytowiecku, gdzie długo nie miałem odpowiednich warunków. Zaczynaliśmy na dworze, na korytarzu, później na mniejszej hali.
Gdy jechaliśmy na dużą halę, moje dzieci po pierwsze szybko opadały z sił, a po drugie nie umiały się odnaleźć na tak dużej przestrzeni. Dlatego zawsze mieliśmy trochę gorzej.
Dużo zmieniło się wtedy, gdy Polski Związek Unihokeja wprowadził dla młodszych dzieci system gry 3 plus 1. Dla nas to było bardzo ważne, bo nasza hala zaczęła spełniać wymogi do takiej gry. Mogliśmy organizować turnieje u siebie.
Przez kilkanaście lat nie grałem u siebie. Zawsze graliśmy na wyjazdach. Bolało mnie to, bo rodzice nie mogli przyjść i zobaczyć, jak naprawdę wygląda unihokej. Dla wielu osób ten sport był czymś obcym: dzieci miały kije, biegały i nie wszyscy wiedzieli, o co chodzi.
Sprzęt, składki i pierwsze profesjonalne kije
Czy trudno było przekonać dzieci i rodziców do nowego sportu?
Na początku rodzice po prostu nie wiedzieli, co to jest. Ale gdy dzieci zaczęły opowiadać w domu, gdy pojawiły się pierwsze wyjazdy i emocje, rodzice nie mieli nic przeciwko. Później sami proponowali, żeby robić składki na sprzęt. Taka trochę rada rodziców unihokeja sama się z tego utworzyła.
Największym problemem był sprzęt. Na początku nie mieliśmy pieniędzy. Gmina też nie od razu wiedziała, co to za sport, więc wsparcie pojawiło się dopiero po kilku latach. Profesjonalne kije były drogie.
Pamiętam, że na pierwsze profesjonalne kije zbierałem ponad rok ze składek dzieci. To nie były składki na moją wypłatę, tylko odkładaliśmy po 5 czy 10 złotych. Po roku kupiłem cztery kije i to był dla mnie wielki sukces. Co ciekawe, mam te kije do dziś, bo były naprawdę mocne.
Ile dziś kosztuje sprzęt do unihokeja?
Profesjonalny kij może kosztować od kilkuset złotych do nawet ponad tysiąca. Jeśli ktoś kupi kij za 1500 złotych, pójdzie na mecz i ktoś mu nadepnie, a kij się złamie, to można się naprawdę zmartwić. Takie sytuacje się zdarzają, choć nie są bardzo częste.
Ale żeby zacząć, nie trzeba od razu mieć drogiego sprzętu. Można mieć zwykłe trampki, spodenki, koszulkę i kij. Jeśli ktoś kupi kij raz, dba o niego i nie złamie się przez przypadek, to może służyć długo.
Osobną sprawą jest sprzęt bramkarski, który jest dużo droższy. Bramkarz ma kask, nakolanniki, spodnie, bluzę, rękawiczki i kamizelkę. W unihokeju bramkarz porusza się głównie na kolanach, dlatego musi być dobrze zabezpieczony. Piłeczka przy mocnych strzałach potrafi lecieć z bardzo dużą prędkością, więc kask z kratką jest konieczny.
Czy dzieci biją się kijami? O bezpieczeństwie w unihokeju
Rodzice mogą się obawiać, że dzieci z kijami będą się uderzać. Jak Pan na to odpowiada?
To częsta obawa, także wśród nauczycieli, którzy nie znają tego sportu. Widzą dzieci z kijami i myślą, że będą się biły. Na początku trzeba bardzo pilnować techniki i zasad, ale to nie jest tak, że unihokej polega na machaniu kijem.
Kij nie może być podnoszony za wysoko. Jeśli zawodnik machnie kijem za wysoko, sędzia gwiżdże przewinienie. Uczy się dzieci, żeby grały kijem nisko, bezpiecznie, żeby nikomu nie zrobić krzywdy.
Oczywiście, czasem ktoś dostanie po nogach. W każdym sporcie zdarzają się kontakty. W piłce nożnej też można doznać kontuzji. Ja poważnych sytuacji miałem bardzo mało. Raz był problem z okiem, dlatego jeśli ktoś się obawia, można używać specjalnych okularów do unihokeja. W krajach skandynawskich w młodszych kategoriach okulary są nawet obowiązkowe.
Bandy, hala i możliwość grania u siebie
Oprócz hali potrzebne są jeszcze bandy. To duży koszt dla małego klubu?
Bardzo duży. Bez band nie można organizować zawodów, bo to byłoby niebezpieczne. Przez długi czas ich nie mieliśmy. Później kupiłem pierwsze bandy ze składek, ale one nie były jeszcze tak profesjonalne.
Dopiero kilka lat temu udało się kupić profesjonalne bandy, bezpieczne i lżejsze. To ogromne ułatwienie, bo poprzednie były ciężkie, a przy małych dzieciach samo składanie i rozkładanie band było problemem.
Kiedy kupowałem bandy na wymiarowe boisko 20 na 40 metrów, kosztowały około 25–27 tysięcy złotych. Dla małego klubu to bardzo duży wydatek. Udało się dzięki projektowi Polskiego Związku Unihokeja, który wspiera mniejsze ośrodki. My musieliśmy znaleźć część wkładu, ale bez takiego wsparcia byłoby bardzo trudno.
Wyjazdy, koszty i nauka samodzielności
W piłce nożnej często gra się blisko. W unihokeju wyjazdy są chyba dużo dalsze?
Tak. To jest jedna z trudności. Gdy piłkarze jadą na mecz, często mają przeciwnika kilka – kilkanaście kilometrów dalej. My na zawody jeździmy zwykle dużo dalej. Poznań, Wrocław, Kębłowo, Gdańsk, Podhale, Warszawa, to są długie wyjazdy.
Najbliżej rozwijającym się ośrodkiem jest teraz Śrem, ale przez lata najczęściej musieliśmy jechać co najmniej około 100 kilometrów. To kosztuje i czas, i pieniądze.
Z drugiej strony takie wyjazdy też czegoś uczą. Dzieci uczą się dyscypliny, organizacji, samodzielności. Kiedy jedzie się daleko, nie można co chwilę pytać: „kiedy dojedziemy?”. Uczą się, że trzeba się przygotować, spakować, zachować na wyjeździe.
Ostatnio, gdy jechaliśmy z dziewczynami na półfinał mistrzostw Polski do Trójmiasta, pojechaliśmy pociągiem. Dzieci same później powiedziały, że to było bardzo dobre rozwiązanie. Mogły się swobodniej poruszać, miały toaletę, a ja miałem je pod kontrolą. Koszty też były niższe. Jedyny minus był taki, że trzeba było chodzić z plecakami.
Dla kogo jest unihokej?
Jakie cechy najbardziej pomagają w tej dyscyplinie?
To zależy od poziomu i pozycji. Na początku unihokej jest sportem dla każdego. Naprawdę. Jeśli ktoś chce się ruszać, spróbować czegoś nowego, pobawić się sportem, to może przyjść.
Na wyższym poziomie potrzebna jest szybkość, wytrzymałość, sprawność, technika, odwaga i zaangażowanie. Bramkarz musi być ruchliwy i nie może bać się piłki. Nie chodzi o to, żeby postawić na bramce kogoś większego, kto tylko zasłoni bramkę. Dobry bramkarz musi żyć w bramce, przesuwać się, reagować.
Mam teraz dziewczynę z szóstej klasy, która moim zdaniem jest jedną z lepszych w kraju w swojej kategorii. Nie jest duża, ale jest szybka, sprawna i bardzo dobrze porusza się w bramce. To jest bardzo ważne.
Czy unihokej jest tylko dla dzieci bardzo sprawnych?
Nie. Na etapie początkowym to sport dla każdego. Jest formą ruchu, a ruch jest dziś bardzo potrzebny. Dopiero później, jeśli ktoś chce grać na wyższym poziomie, wchodzą elementy motoryczne, techniczne i mentalne.
Szybkość, wytrzymałość czy sprawność można wyćwiczyć. Ważne jest zaangażowanie, wsparcie rodziców i to, żeby dziecko nie rezygnowało po pierwszym trudniejszym treningu.
Dzieci kiedyś i dziś. „Sport uczy porażki i zwycięstwa”
Pracuje Pan z dziećmi od wielu lat. Czy dzisiejsza młodzież różni się od tej sprzed 20 lat?
Tak. Moim zdaniem dzisiejsze dzieci są psychicznie słabsze. Mają mniej naturalnego ruchu, więcej siedzenia, telefonów, szybkiego jedzenia. Jeśli ktoś się na co dzień nie rusza, a zaczyna uprawiać sport, to sport go męczy. I wtedy szybko pojawia się zniechęcenie.
Kiedy zaczynałem pracę w Żytowiecku, dzieci były inne. Przewróciły się, wstały, otrzepały i biegły dalej. Teraz często jest: „ała, boli, już nie mogę”. Nie chcę powiedzieć, że dzieci są złe. One są po prostu inne i trzeba do nich inaczej podejść.
Kiedyś byłem bardziej wymagający wprost. Mówiłem: tak musisz trzymać kij, tak musisz zrobić. Teraz bardziej pozwalam dziecku się bawić, wejść w sport, poczuć przyjemność.
Czy trudno dziś utrzymać dzieci przy sporcie?
Bardzo. Ostatnio zaczynałem nową grupę. Było prawie 30 dzieci, zostało około 12. Wielu zrezygnowało, bo trzeba biegać, bo trening męczy, bo nie wszystko od razu wychodzi.
Najgorsze jest to, gdy dziecko po jednym czy dwóch nieudanych treningach mówi, że już nie chce, a rodzic od razu odpowiada: „dobrze, to nie idź”. Bez próby rozmowy, bez zachęty, bez pokazania, że czasem trzeba przejść przez trudniejszy moment.
Kiedyś na SKS-ach miałem tyle dzieci, że musiałem dzielić grupy. Dziś czasem muszę się prosić, żeby ktoś przyszedł na darmowe zajęcia. To znak czasów.
Co daje sport dzieciom poza samym ruchem?
Sport uczy porażki i zwycięstwa. Uczy tego, że czasem się wygrywa, a czasem przegrywa. Jeśli dziecko jest ze mną dłużej, to po czasie potrafi sobie z tym radzić. Jak wygra, cieszy się. Jak przegra, jest mu smutno, ale potrafi to przyjąć.
Dzieci, które nie uprawiają żadnego sportu, często nie mają takiego doświadczenia. Sport uczy pracowitości, sumienności, rywalizacji i odpowiedzialności. Nie ma tak, że trochę boli albo leci ciekawy film, więc nie idę na trening. Jeśli jest trening, to jadę na trening. Jeżeli dziecko się tego nauczy, sukces może przyjść.
Największe sukcesy Jastrzębi Żytowiecko
Co uważa Pan za największe osiągnięcia klubu?
Z takiego małego Żytowiecka dwa razy zajęliśmy piąte miejsce w kraju. Dla mnie to jest coś wielkiego. Jedno piąte miejsce zdobyli chłopacy z roczników 2008–2009, a wcześniej dziewczyny z roczników 2003–2004.
Żeby dojść do takiego wyniku, trzeba było przejść etap wojewódzki, później półfinał i dopiero potem finał, w którym spotykały się najlepsze drużyny. To nie jest tak, że ktoś jedzie od razu na mistrzostwa Polski. Trzeba sobie to wywalczyć.
Ostatnio dużym sukcesem był też awans dziewczyn z rocznika 2013 do finału mistrzostw Polski młodziczek. Mieliśmy małą grupę, a do tego kapitan i ważna zawodniczka doznała kontuzji. Dziewczyny jednak wzięły się do pracy, awansowały z województwa, pojechały na półfinał do Trójmiasta i zajęły tam drugie miejsce.
Finał mistrzostw Polski organizowała Wielkopolska – Kotlin, Poznań, Radzewo i Żytowiecko. Turniej odbywał się przy Poznaniu, w Krzesinach. Było 12 drużyn. Nasze dziewczyny zajęły 11. miejsce, ale dla mnie sam awans po tylu latach był czymś bardzo ważnym.
Trzeba pamiętać, że mieliśmy wąską kadrę. Dziewczyny grały 3 plus bramkarz, ale było nas tylko siedem osób, czyli sześć zawodniczek do gry. W dwa dni rozegrały wiele meczów. To ogromny wysiłek. Na małym boisku cały czas biega się w tę i z powrotem. Intensywność jest naprawdę duża.
Czy największy sukces to zawsze medal albo miejsce?
Nie. Dla mnie największym sukcesem jest to, że dzieci chcą. W dzisiejszych czasach to naprawdę trudne. Sukcesy sportowe są ważne, ale jeśli dziecko przychodzi na trening, rusza się, rozwija, uczy się przegrywać i wygrywać, to już jest bardzo dużo.
Oczywiście, wyniki cieszą. Piąte miejsce w kraju, awanse do finałów, mistrzostwa województwa czy wysokie miejsca w Wielkopolsce są dla nas czymś wielkim. Ale najważniejsze jest to, że z małej szkoły i małego środowiska można dojść do rywalizacji z najlepszymi.
Wychowankowie, którzy poszli dalej
Czy da się policzyć, ilu zawodników przewinęło się przez klub?
Nigdy tego dokładnie nie liczyłem. W Żytowiecku przez to, że prowadzę klub i uczę w szkole, właściwie każdy uczeń miał kontakt z kijem. Unihokej u nas przez lata dominował.
Z zewnątrz zawodników nie było bardzo dużo, ale też się zdarzali. Przyjeżdżali do mnie z Krobi, z Gostynia czy innych miejscowości. Czasem rodzice albo dziadkowie dowozili dzieci na treningi. Dla mnie to zawsze było ważne, bo pokazuje, że jeśli komuś zależy, to nawet do małego Żytowiecka można przyjechać.
Którzy wychowankowie zostali przy unihokeju najdłużej?
Wśród dziewczyn najdłużej grały między innymi moja córka, Daria Stochaj i Natalia Skiba. Daria cały czas gra, uczy się w Poznaniu i występuje w Trzebiatowie. Ma na koncie sukcesy w mistrzostwach Polski. Natalia też długo była związana z unihokejem.
Z chłopaków są między innymi mój syn Mikołaj, Nikodem Katarzyński, Patryk Kaczmarek. Był też Szymon Dudziak, wielki talent. Gdyby dalej trenował, moim zdaniem mógłby być w kadrze Polski. Był szybki, wysoki, mocny i mógł biegać praktycznie cały czas.
Moim największym marzeniem jest to, żeby dzieciaki z Żytowiecka zagrały kiedyś z orzełkiem na piersi. Dwie dziewczyny miały już taki moment przy okazji Polish Cup. To było coś wyjątkowego.
Własne dzieci też przeszły przez unihokej
Pańska rodzina także mocno związała się z tą dyscypliną.
Tak, moje dzieci też przez to przeszły. Córka Anna grała, jeszcze niedawno występowała w okolicach Warszawy, w Zielonce. Syn Mikołaj gra cały czas. Próbuje się dostać do kadry Polski, żeby pojechać na eliminacje mistrzostw świata U19. Ma 17 lat, więc jeszcze ma czas.
Jego rocznik jest bardzo mocny. To są zawodnicy z roczników 2008–2009, którzy od początku byli dobrzy. Mój syn cały czas tym żyje, pracuje nad sobą i trenuje. Udało mu się też, razem z kolegą, dostać stypendium ze starostwa na rozwój. Jestem z tego bardzo zadowolony.
Co dalej po Żytowiecku? Współpraca z innymi klubami
Co dzieje się z zawodnikami, gdy wyrastają z młodszych kategorii?
To jest problem małego klubu. Czasem mam dobrych zawodników, ale za mało osób, żeby samodzielnie wystawić drużynę w starszej kategorii. Wtedy szukam im możliwości gry gdzie indziej.
Dziewczyny grały kiedyś z Kębłowem. Jeździłem z nimi, trenowałem, a trenerem prowadzącym był Tomasz Kaczmarek. Ja byłem drugim trenerem. Chodziło o to, żeby dziewczyny mogły dalej grać na poziomie juniorek czy seniorek.
Chłopacy przez kilka lat grali w Poznaniu jako Salezjanie Poznań albo Floorball Poznań. Współpracowaliśmy też z Wrocławiem. W Wielkopolskiej Lidze graliśmy jako Jastrzębie, ale wspierali nas zawodnicy z Wrocławia, bo sami mieliśmy za mało chłopaków. Dzięki temu nasi zawodnicy nie musieli kończyć przygody z unihokejem tylko dlatego, że w Żytowiecku było ich za mało.
Zawsze staram się pomóc. Jeśli ktoś chce się rozwijać, szukam mu możliwości gry w innym klubie.
Wielkopolski unihokej i praca ponad jednym klubem
Współtworzy Pan też Wielkopolski Związek Unihokeja.
Tak. Od lat współpracuję z Łukaszem Włochem z Poznania. Przez kilkanaście lat byłem trenerem kadry Wielkopolski młodziczek i młodzików. Razem robiliśmy kadry, obozy i turnieje kadr wojewódzkich. Zbieraliśmy najlepszych zawodników z klubów, żeby mogli rozwijać się jeszcze bardziej.
Teraz działamy w Wielkopolskim Związku Unihokeja. Łukasz jest prezesem, ja jestem wiceprezesem. Chcemy rozwijać unihokej w regionie, bo to naprawdę piękny sport.
Polska na tle świata
Jak wygląda unihokej w Polsce na tle najlepszych krajów?
Najmocniejsze kraje w unihokeju to Szwecja, Finlandia, Czechy i Szwajcaria. Bardzo mocno rozwija się też Słowacja. W tych państwach unihokej jest dużo bardziej popularny niż w Polsce, a liczba zawodników i klubów jest nieporównywalnie większa.
Polskie kobiety jeszcze niedawno były bardzo wysoko, w okolicach piątego miejsca na świecie. Teraz trochę zeszły z tego poziomu, ale nadal należą do szerokiej światowej czołówki. Mężczyźni mają trudniej i są niżej w międzynarodowej hierarchii, ale również walczą o rozwój tej dyscypliny.
Unihokej kiedyś i dziś
Jak bardzo unihokej zmienił się przez te ponad 20 lat?
Bardzo się zmienił. Zmienił się sprzęt, przepisy, sposób gry i moje spojrzenie na ten sport. Kiedy zaczynałem, patrzyłem na to bardziej jak laik: dzieci mają kije, biegają, strzelają. Dziś wiem, że bieganie i wytrzymałość są bardzo ważne, ale bez techniki kija, bez umiejętności zastawienia piłki i pracy zespołowej nie da się grać na wyższym poziomie.
Zmieniły się też przepisy. Kiedyś zawodnik mógł dotknąć piłki nogą raz, a później musiał zagrać kijem. Teraz może prowadzić piłkę nogą, choć nie może nią zdobyć bramki do bramki przeciwnika.
Zmienił się też system rozgrywek. Kiedy zaczynałem, nawet młodsze dzieci grały pięciu plus bramkarz na dużym boisku. Dla takich małych ośrodków jak Żytowiecko było to trudne. Teraz młodsze kategorie mogą grać 3 plus 1, a to dało nam możliwość organizowania turniejów u siebie i rywalizowania w warunkach bardziej dostosowanych do małych klubów.
Wspominał Pan o grze 3 plus 1. Co ta zmiana dała takim klubom jak Jastrzębie Żytowiecko?
Dla takich małych ośrodków jak nasz to była bardzo ważna zmiana. Kiedy zaczynałem, nawet młodsze dzieci grały pięciu plus bramkarz na dużym boisku. Dla mnie to było trudne, bo w Żytowiecku nie miałem dużej hali i nie miałem też tak licznych grup.
Gdy jechaliśmy na większą halę, dzieci często szybko opadały z sił i nie potrafiły odnaleźć się na tak dużej przestrzeni. Przez wiele lat właściwie cały czas graliśmy na wyjazdach. Rodzice nie mogli przyjść i zobaczyć, jak wygląda mecz, a to też było ważne.
Dopiero gdy w młodszych kategoriach pojawiła się gra 3 plus 1, nasza hala zaczęła spełniać wymogi. Mogliśmy organizować turnieje u siebie, a dzieci mogły rywalizować w warunkach bardziej dopasowanych do takich klubów jak nasz. To naprawdę pomogło małym ośrodkom zaistnieć w unihokeju.
Czy unihokej ma szansę przebić się szerzej, także na dużych międzynarodowych imprezach?
Unihokej był już pokazywany podczas dużej imprezy, między innymi na World Games we Wrocławiu w 2017 roku. Dla środowiska była to ważna promocja tej dyscypliny.
Na igrzyska olimpijskie unihokej na razie jeszcze nie trafił, choć takie starania trwają od lat. Pojawiają się też nowe, szybsze odmiany gry, które mogą być atrakcyjne dla kibiców. W takich wersjach przepisy są trochę inne, gra jest bardziej dynamiczna, a nawet bramkarz może zdobyć bramkę rzutem.
Widać też, że mniej popularne sporty potrafią czasem otworzyć zawodnikom ciekawe możliwości. Przykładem jest lacrosse. Znam dziewczyny, które wcześniej miały kontakt z unihokejem, później zaczęły grać w lacrosse i dzięki temu trafiły do Stanów Zjednoczonych. To pokazuje, że niszowy sport też może dać coś więcej niż tylko trening i rywalizację na miejscu.
Trener, który sam uczył się razem z dziećmi
Mówi Pan o unihokeju z ogromną pasją, ale sam wcześniej uprawiał Pan głównie piłkę nożną.
Tak. Ja przez całe życie uprawiałem piłkę nożną. Unihokeja nie znałem. Tego sportu uczę się od ponad 20 lat i uczę się cały czas.
Nie robię unihokeja dlatego, że od zawsze byłem w nim specjalistą. Moi zawodnicy potrafią dziś z kijem rzeczy, których ja nigdy nie zrobię. Mój syn potrafi uderzyć czy poprowadzić piłkę w sposób, którego ja się już tak nie nauczę, bo on robi to od dziecka.
Ale właśnie to jest piękne. Można zacząć od przypadku, można samemu się uczyć, a później patrzeć, jak dzieci robią rzeczy, które kiedyś wydawały się niemożliwe.
Zaproszenie dla dzieci z powiatu gostyńskiego
Co powiedziałby Pan rodzicowi albo dziecku, które zastanawia się, czy spróbować unihokeja?
Jeżeli rodzic albo dziecko chce spróbować czegoś fajnego i ciekawego, to zapraszam. Warto zobaczyć, że unihokej to nie jest tylko „uderzanie się kijem”. To prowadzenie piłki, podanie, strzał, obrona, radość z dobrze wykonanej akcji.
To jest coś, co naprawdę warto poczuć. Unihokej jest sportem dla każdego i nikogo nie wyklucza. Można zacząć rekreacyjnie, dla ruchu, dla zabawy. Jeśli pojawi się chęć i zaangażowanie, można rozwijać się dalej.
Dzieci z całego powiatu mogą przyjechać, choć oczywiście trzeba je dowieźć. Miałem już zawodników spoza Żytowiecka. Jeśli ktoś chce, droga się znajdzie.
Czego życzyć Panu i całemu klubowi na kolejne lata?
Tego, żeby dzieci chciały się rozwijać, chciały to robić i bawiły się unihokejem. Żeby nie myślały tylko o tym, że przyjdą i od razu będą gwiazdami. Najpierw trzeba czuć przyjemność z gry, z ruchu, z podania, z obrony, ze strzału.
Chciałbym, żeby dzieci nadal przychodziły na treningi. Żeby chciały się ruszać, uczyć, przegrywać, wygrywać i rozwijać. Bo jeśli będą chciały, to z takiego małego Żytowiecka można dojść naprawdę daleko.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Dziękuję również. Korzystając jeszcze z okazji chciałbym bardzo podziękować Gminie Poniec oraz panu burmistrzowi Jackowi Widyńskiemu. Bez ich pomocy nasz klub nie funkcjonowałby na takim poziomie.
Prośba o wsparcie strony Sportowy Gostyń
Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz wesprzeć rozwój Sportowego Gostynia, możesz postawić mi kawę. Każde wsparcie pomaga tworzyć kolejne materiały. Dziękuję!

Galeria zdjęć













































































































📸 Fot. archiwum prywatne Tomasza Bartza
