Adam Adamkiewicz to jeden z najbardziej utytułowanych amatorskich kolarzy w Polsce. Strażak, były zawodnik KKS Gostyń, medalista mistrzostw Europy i świata, który od lat udowadnia, że pasję do sportu można łączyć z wymagającą służbą. W rozmowie opowiada o początkach w Gostyniu, włoskim peletonie, sukcesach w Tour de Pologne Amatorów i niedosycie po Gravelowych Mistrzostwach Świata.

Mirek Prętkowski: Kolarstwo w Twoim życiu pojawiło się dość wcześnie. Pamiętasz moment, w którym rower przestał być tylko zabawą, a stał się czymś poważniejszym?
Adam Adamkiewicz: Rower pojawił się w moim życiu jak u większości dzieciaków, kiedy to w wieku kilku lat nauczyłem się nim jeździć i razem z rówieśnikami zwiedzaliśmy pobliskie okolice na rowerach. Poważniej zrobiło się, gdy wstąpiłem w szeregi gostyńskiego klubu. Regularne treningi, wyjazdy na zgrupowania, wyścigi. Wszystko było usystematyzowane.
W Polsce to piłka nożna jest naturalnym wyborem wśród chłopców. Ty poszedłeś w inną stronę. To była intuicja, przypadek czy konsekwencja?
Idol. Mieszkałem w małej wiosce (Strzelce Wielkie), w której mieszkał również Marek Wesoły. W tamtych czasach był zawodowym kolarzem, a w Eurosporcie pokazywali wyścigi, w których brał udział. Wspomnianą telewizję miała w wiosce tylko jedna osoba – jego ojciec. To pokazuje, jak duża to była rzecz w tamtych latach. Do tego była jeszcze zawodowa drużyna Mróz. Te rzeczy spowodowały, że zacząłem interesować się kolarstwem.
Jak wyglądało Twoje dzieciństwo w Gostyniu? Był tylko rower czy uprawiałeś też inne dyscypliny?
W szkole podstawowej miałem krótki epizod z karate. Jednak trwało to chwilę. W wieku 10 lat wstąpiłem do KKSu Gostyń i od tego czasu moje życie jest połączone z rowerem.
Jak wspominasz okres kariery juniorskiej w KKS Gostyń i jakie były Twoje największe sukcesy w tamtym czasie?
Uważam, że to najlepszy okres w mojej przygodzie z rowerem. Przez 8 lat przeszedłem prawdziwą szkołę życia pod okiem trenera Waldemara Minty. Nauczyłem się wielu ważnych rzeczy, które mnie ukształtowały i pomogły funkcjonować w dorosłym życiu. Nie miałem jednego wybitnego wyniku, którym mógłbym się pochwalić. Początki były bardzo trudne, bo znacznie odstawałem poziomem sportowym od swoich rówieśników. Istotna zmiana nastąpiła właśnie w wieku juniora (w ostatnich 2 latach w KKSie) gdzie byłem bardzo regularny. Wygrywałem mniejsze wyścigi, potrafiłem wygrać Puchar Polski, a w największych wyścigach tj. Mistrzostwach Polski kręciłem się w TOP10.
„Pantani” – ksywka, która niesie pewien ciężar i styl. Skąd się wzięła i kiedy stała się Twoją sportową tożsamością?
Kiedyś przyjechałem na trening ogolony na łyso z bandaną na głowie. Wtedy jeszcze nie jeździliśmy w kaskach. Do tego byłem bardzo mały. Ktoś ze starszych kolegów w grupie rzucił luźno „zobacz, Pantani” i tak już zostało 🙂
Po wieku juniorskim wyjechałeś do Włoch – kraju, który żyje kolarstwem. Skąd wzięła się ta decyzja i co dał Ci ten kilkuletni pobyt, zarówno sportowo, jak i życiowo?
Chciałem zostać zawodowym kolarzem. Wszyscy ludzie ze środowiska powtarzali mi wtedy, że jeśli poważnie o tym myślę, to muszę wyjechać i spróbować swoich sił za granicą, bo w Polsce nie ma perspektyw. Tak też zrobiłem.
Pobyt we Włoszech pokazał mi kolarstwo na zupełnie innym poziomie. Różnica była kolosalna. Ścigałem się w największych wyścigach dla zawodników U-23. Z reprezentacjami z całego świata. Wyścigi, teren, pogoda, obsługa, sprzęt, logistyka, zaplecze – czułem się jakbym przeszedł nie jeden a pięć poziomów wyżej.
To wszystko pokazało mi, jak wiele nam brakuje do najlepszych. Nie byłem wybitny w kraju, więc tam bylem średniakiem, jednym z wielu. A do peletonu zawodowego przebijała się garstka. Ze skromnego stypendium ciężko było normalnie żyć, była to raczej wegetacja. Po 3 latach spędzonych we Włoszech wróciłem do kraju i podjąłem pracę.
Jak wspominasz włoski peleton i tamtejsze podejście do kolarstwa? Czułeś, że we Włoszech rower znaczy po prostu coś więcej niż w Polsce?
Zdecydowanie tak. Czułem jakby kolarstwo było ich sportem narodowym. Mogę porównać to do naszej lokalnej piłki nożnej. Gdzie w każdej gminie jest co najmniej jeden klub piłkarski. Tam był co najmniej jeden kolarski.
Po kilku latach przerwy wróciłeś do ścigania już w kolarstwie amatorskim. Kiedy patrzysz na peleton dziś i kilkanaście lat temu, co zmieniło się najbardziej pod względem poziomu sportowego, podejścia do treningu i samego ścigania?
Przede wszystkim świadomość i postęp technologiczny. Świadomość – mam na myśli dietę, nawyki żywieniowe, higienę snu i regeneracji. Technologie – zaawansowany sprzęt, coraz szybsze rowery, dostęp do różnych urządzeń i programów, które monitorują trening, odpoczynek, sen. Przez to wszystko jest zdecydowanie szybciej. Co zresztą widać rok rocznie w peletonie zawodowym. Gdzie wyśrubowane rekordy, wydające się nie do ruszenia, są regularnie łamane.
Jak w tym Twoim sportowym świecie pojawiła się straż pożarna? To była świadoma decyzja i plan na przyszłość, czy raczej wszystko potoczyło się naturalnie?
Dość długo szukałem swojego miejsca w życiu zawodowym, aż w głowie urodził mi się pomysł „Straż”. Była to świadoma decyzja z planem na przyszłość. Widziałem w tej pracy naturalne połączenie służby i realizowania swojej pasji do sportu.
Jak udaje Ci się łączyć bardzo wymagającą pracę strażaka z treningiem na poziomie, który pozwala wygrywać największe amatorskie wyścigi?
Najciężej było na samym początku. Kiedy musiałem przejść przez szereg kursów i szkoleń. Później było już z górki. Służba w PSP jest specyficzna i wymaga wysokiej sprawności fizycznej. Dlatego moja pasja do sportu świetnie wpisuje się w zawód strażaka. Głównym powodem, dzięki któremu udaje mi się to wszystko łączyć, jest system pracy 24/48h.
W trakcie kilkunastu lat w amatorskim peletonie odniosłeś wiele cennych zwycięstw. Czy dwa triumfy w Tour de Pologne Amatorów (2021 i 2023) miały dla Ciebie szczególny smak?
Zdecydowanie tak. W peletonie amatorskim jestem od 2015 roku. Zaczynałem od mniejszych, lokalnych wyścigów. Jednak co roku starałem się podnosić sobie poprzeczkę coraz wyżej. W 2019 roku zadebiutowałem w TdPA, w którym zająłem 3 miejsce. Wtedy uświadomiłem sobie, że to największe wydarzenie kolarskie dla amatorów w Polsce i jestem w stanie je wygrać. Organizacja, media, prawie trzy tysiące uczestników, a ja wygrywam ten wyścig w 2021 roku – obłęd.
W 2024 roku wystartowałeś w Gravelowych Mistrzostwach Świata i od razu byłeś o krok od medalu zajmując 4 miejsce w swojej kategorii wiekowej. Po wyścigu przeważała radość czy jednak niedosyt, bo medal był tak blisko?
Tak jak wcześniej wspomniałem, co roku przesuwałem poprzeczkę wyżej. Stąd pomysł na starty zagraniczne i imprezy mistrzowskie. W Polsce jest mało imprez, których jeszcze nie wygrałem. Dlatego szukałem czegoś większego. Celu, który zmotywuje mnie do jeszcze cięższych treningów.
Wracając do Twojego pytania: przed startem brałbym ten wynik w ciemno, jednak po starcie, mając świadomość jak ten wyścig się potoczył, czułem niedosyt. Czwarte, to najgorsze miejsce na takiej imprezie.
W ostatnich latach gravel mocno zyskał na popularności. Możesz „niedzielnemu” kibicowi krótko wytłumaczyć różnicę między szosą a gravelem?
Najkrócej: gravel to po prostu rower szosowy (kolarzówka) z większymi oponami. Coraz ciężej jest zorganizować wyścigi szosowe. Myśleć, że dlatego tak szybko rozwija się gravel. Większość tras gravelowych to bezdroża o zróżnicowanej nawierzchni. Dukty leśne, ścieżki rowerowe, szutrówki, bruki itp. Rowerem szosowym takie trasy są nie do pokonania. Większa opona to umożliwia, a geometria roweru pozwala na bardzo szybką jazdę. Dla przykładu MŚ z 2024, gdzie mieliśmy do pokonania 180 km, pokonałem ze średnią prędkością w granicach 37 km/h. Gdzie tylko 10-20% trasy poprowadzona była po utwardzonych, asfaltowych czy betonowych drogach.
Rok 2025 przyniósł Ci między innymi srebrny medal gravelowych Mistrzostw Europy, ale głównym celem sezonu były Mistrzostwa Świata w Holandii. Wszystko układało się bardzo dobrze aż do momentu pechowej przebitej opony, która odebrała szansę na walkę o medal.
Dokładnie tak. Wszystko układało się dobrze. Scenariusz był podobny do poprzedniego roku. Jednak defekt wyeliminował mnie z walki o najwyższe lokaty.
Zaraz po mistrzostwach poleciałeś do Australii i zdobyłeś brąz szosowych Mistrzostw Świata. To był wspaniały sukces. Czy można powiedzieć, że ten wynik w Australii był pewnym „sportowym zadośćuczynieniem” po pechowym starcie na gravelowych MŚ?
Poniekąd tak. Nastawiałem się na gravela, a lepiej wyszła mi szosa. Podszedłem do tego startu na luzie, bo całą logistykę zaplanowałem perfekcyjnie na Holandię. Australia miała być z marszu. Po drodze zaliczyłem kolejne niesprzyjające przygody. W UAE uciekł mi samolot do AUS, więc na miejscu byłem dobę później niż planowałem. Zostały mi tylko 4 dni do startu, więc na jakąkolwiek aklimatyzację nie miałem już czasu. Stwierdziłem, że idę va banque i co ma być, to będzie. Wyszło dość dobrze i dzięki temu nie skończyłem sezonu z pustymi rękoma. Do domu wróciłem z brązowym medalem MŚ.
W kategorii strażaków również odnosisz bardzo dużo zwycięstw – co dla Ciebie znaczą te starty w kontekście całej kariery?
Pokazuje w ten sposób, że będąc w służbie można być na bardzo wysokim poziomie sportowym, że można to wszystko dość dobrze ze sobą łączyć. Moje zwycięstwa to takie małe podziękowanie dla kolegów i przełożonych z pracy, którzy często mnie wspierają.
Zaplanowanie grafiku służb czy urlopu, w taki sposób, żebym mógł rywalizować w największych wyścigach, a jednocześnie nie zaburzał ciągu pełnienia służby nie jest łatwe, a jednak jakoś to spinamy. Wbrew temu co mogłoby się wydawać, pracuję na pełnym etacie i korzystam z takiego samego wymiaru urlopu jak wszyscy moi koledzy.
Gdybyś miał porównać siebie do zawodowego kolarza (choćby symbolicznie), kto by Ci najbliżej pasował?
Nie lubię takich porównań. Lubię fighterów, którzy nie kalkulują, robią show i idą na całość. Fajnie się to wtedy ogląda.
Gdzie najlepiej Ci się trenuje – masz swój ulubiony kraj, region albo trasę, do której zawsze wracasz?
Nie mam jednej ulubionej trasy. Sentyment mam do naszej gostyńskiej rundy Pucharu Polski (Gostyń, Dusina, Dalszym, Markowo, Osowo, Stankowo, St. Gostyń, Gostyń) na której się wychowałem. Często też kręcę się w okolicach Pępowa/Kobylina/Pogorzeli. Uciekam w boczne drogi, gdzie natężenie ruchu jest mniejsze.
Co roku rozpoczynam przygotowania w Hiszpanii, w różnych miejscach. Jednak nie dlatego, że bardzo je lubię, tylko pogoda jest zdecydowanie lepsza i mniej kapryśna niż u nas.
Kolarstwo zawsze niesie ze sobą ryzyko – pamiętasz swój najtrudniejszy upadek lub kraksę, która szczególnie zapadła Ci w pamięć?
Mniejszych ślizgów, o których się nie pamięta, były pewnie dziesiątki. Blizny po nich mam na całym ciele. Jednak w głowie zostają te, które najbardziej cię sponiewierały. Na całe szczęście miałem je tylko dwa. Jeden dawno temu, kiedy to rozbiłem się jadąc bez kasku (dzisiaj jest to nie do pomyślenia). Do dziś mam pamiątkę po tym zdarzeniu – bliznę po kilkudziesięciu szwach na głowie. Drugi, stosunkowo niedawno, bo jesienią 23 roku. Konkretnie połamałem obojczyk, który wymagał zabiegu chirurgicznego. Do dziś noszę w sobie trochę stali po tym wypadku.
Twoja żona i córki są Twoimi największymi kibicami. Jak ważne jest dla Ciebie ich wsparcie w tak wymagającym sporcie i życiu, które łączysz z treningiem na wysokim poziomie?
Nieocenione! Bez nich, nie osiągnąłbym niczego. To moi najwierniejsi kibice i grupa wsparcia. Sam się często dziwię, jak one to wszystko znoszą, ale jeszcze chwilkę… Mam jeszcze jeden rachunek do wyrównania z Gravelowymi Mistrzostwami Świata.
Czego życzyć Adamowi Adamkiewiczowi w sezonie 2026?
Zdrowia.
Dziękuję za rozmowę.




















📸 Fot. Adam Adamkiewicz, thetraka.com, sportograf.com, Tatra Road Race
