Szymon Olejniczak „Mutu” – piłkarska historia

Dla wielu kibiców Kani Gostyń Szymon Olejniczak był zawodnikiem, którego trudno było nie zauważyć – szybkim, dynamicznym i walczącym do końca. W gostyńskim klubie przeszedł drogę od pierwszych treningów jako kilkuletni chłopiec aż po grę w drużynie seniorów. W rozmowie wraca do początków swojej piłkarskiej przygody, atmosfery w szatni, ważnych trenerów, pamiętnych meczów, kontuzji i ludzi, bez których ta historia wyglądałaby zupełnie inaczej.

Szymon Olejniczak na boisku

Mirek Prętkowski: Jak zaczęła się Twoja przygoda z piłką i czy pamiętasz jeszcze swoje pierwsze treningi w Kani Gostyń?

Szymon Olejniczak: W zasadzie to z początków pamiętam tylko pierwszy trening. Lato 2003, miałem 4 lata, mieszkałem wtedy 20 metrów od stadionu, na ulicy Podleśnej. Mój brat Gigs zaczął już grać w Kani, a ja byłem załamany, że byłem „za mały”. Koledzy przyjeżdżali po niego rowerami i zabierali go z lasu, gdzie graliśmy w piłkę na trening na stadion, a ja wtedy nie miałem co robić. Długo nie czekałem na dołączenie do Kani, bo kilka tygodni później przyjechał po mnie mój śp. Dziadek Stefan Musielak i zapytał czy chce iść na trening. Mój dziadek znał się z Trenerem Jerzym Bajerem, więc porozmawiał z nim i wszystko było załatwione.

Mój pierwszy trening odbywał się na głównej płycie gostyńskiego Stadionu, w treningu brało udział jakoś 30-40 chłopaków z roczników 94/95 i młodsi. Z tych „młodszych” pamiętam Mateusza Muchę, który był na tym treningu i z którym również miałem okazję pograć kilka lat w seniorach. Super człowiek i genialny zawodnik z umiejętnościami na naprawdę wielką piłkę. Mój pierwszy mecz odbył się niedługo po tym, bo chyba w te same wakacje nawet. Pamiętam, że byłem wystawiony jako „stoper”, a mając 4 lata myślałem, że zadaniem stopera jest mierzenie czasu meczu…

Przeszedłeś w Kani praktycznie wszystkie szczeble – od najmłodszych grup aż do seniorów. Co najbardziej zapamiętałeś z tych juniorskich lat?

To prawda, przeszedłem wszystkie możliwe szczeble w Kani. Wszystkie wspomnienia, jakie mam z najmłodszych lat, są wspaniałe. Najbardziej lubiłem wyjazdy na turnieje oraz zgrupowania kadr OZPN i WZPN. Do głowy przychodzi mi jeszcze mój jedyny obóz przygotowawczy z Kanią w Sierakowie. Przede wszystkim cieszyła mnie zwykła codzienność, że mogę iść na trening i spotkać się z kolegami. Wtedy tylko to się liczyło.

Już jako młody zawodnik byłeś znany z szybkości i dobrej sprawności fizycznej. To był naturalny talent czy efekt dodatkowej pracy?

Całe dzieciństwo spędzałem na dworze z bratem, uprawiając najróżniejsze sporty. Myślę, że to miało największy wpływ na to, że byłem sprawny. Dodatkowo zawsze imponowały mi najróżniejsze akrobacje gimnastyczne i próbowałem je wykonywać za każdym razem, nawet jak trafiłem piłką między dwa drzewa, stąd wzięło się salto po strzelonym golu. Jeśli chodzi o słowo talent to nie do końca w nie wierzę, po prostu zacząłem dużo wcześniej od rówieśników i miałem predyspozycję ku temu, aby być szybkim i zwinnym.

Miałeś swojego piłkarskiego idola albo zawodnika, na którym się wzorowałeś?

Tak, na początku mojej przygody z piłką największe emocje wzbudzał oczywiście Ronaldinho, w późniejszym etapie byłem zapatrzony w Sergio Aguero i Leo Messiego.

Debiut w seniorskiej drużynie Kani – pamiętasz emocje i okoliczności tamtego meczu?

Pamiętam, to był ostatni mecz rundy jesiennej sezonu 2015/2016; odbywał się w Gostyniu i graliśmy z Orkanem Chorzemin. Trener Jędrzej Kędziora dał mi szansę debiutu i w 80 minucie zmieniłem Tomka Hajduka. Mecz zakończył się wynikiem 0:0, a ja byłem załamany, że nic nie strzeliłem. Raczej się nie stresowałem, bo wcześniej odbyłem już wiele treningów z pierwszym zespołem, a sam debiut miał być 6 dni po 16. urodzinach jeszcze w sezonie 2014/2015, ale na ostatnim treningu przed debiutem doznałem poważnej kontuzji, dlatego do debiutu doszło pół roku później.

Czy przez te kilka sezonów spędzonych w seniorskiej drużynie był zawodnik, z którym wyjątkowo dobrze rozumiałeś się na boisku? Taki, do którego grało się w ciemno?

Na boisku najlepiej rozumiałem się z Sebą Fechnerem. Pomimo że był obrońcą miał niesamowity ciąg na bramkę i to on asystował mi najczęściej. Od niego na boisku nauczyłem się najwięcej. Seba ma niezłomny charakter i wierzył w momentach gdzie już brakowało wiary; zawsze mi piłkarsko imponował. Był dobrym duchem całej drużyny, z nim mogliśmy dużo więcej. Jego rajdy z obrony do ataku zapewniły nam sporo goli i punktów. Jest to zdecydowanie najlepszy piłkarz z jakim grałem w całym życiu.

Ciężko mi też nie wspomnieć o Radku Wachowskim, z którym też mieliśmy automatyzmy, które działały. Bardzo często szukaliśmy się na boisku. Jest to zawodnik, który nigdy nie pękał i był „sercem” naszej drużyny w seniorach. Myślę, że dla młodych piłkarzy był wzorem do naśladowania, nigdy nie narzekał i zawsze wykonywał swoją pracę na boisku na 120%. Tytan pracy.

Jak wspominasz atmosferę w drużynie i szatni w tamtych latach?

Z szatnią mam same dobre wspomnienia. Każdy kto był w szatni piłkarskiej wie jakim szczęściem jest przebywanie w takim miejscu. Wszechobecne żarty i emocje, które zarażały pozytywną energią. Za tych ludzi można było wskoczyć w ogień i dzięki nim chciało się bardziej i bardziej. Mieliśmy swoją paczkę, z która widzieliśmy się nie tylko na treningach i meczach. Nawet mieszkałem na studiach z Matim Muszką i Piotrkiem Maćkowskim, co pozwalało jeszcze bardziej żyć tą szatnią.

Naprawdę miałem to szczęście, że trafiałem na super ludzi, którzy chcieli się rozwijać i być w drużynie. Damian Wujczak, Damian Krzyżostaniak, Rafał Karolczak. Ci ludzie dodawali mi dodatkowej energii. Grzechem byłoby nie wspomnieć o legendzie Kani Włodku Kaczmarku naszym kierowniku, który również odgrywał główną rolę w życiu szatni. Dziękuję wam za super wspomnienia na całe życie, granie z wami to była czysta przyjemność i duma.

Grałeś jako napastnik – bardziej lubiłeś zdobywać bramki czy jednak stwarzać sytuacje kolegom?

Najbardziej lubiłem grać jako napastnik, jednak zawsze byłem zawodnikiem, który grał na pozycji, której Trener aktualnie potrzebował. W seniorach nie zagrałem tylko na środku obrony i na bramce. Nie miałem z tym żadnego problemu. Oczywiście największą przyjemność sprawiało mi strzelanie bramek. Jak nie strzeliłem w jakimś meczu, byłem zły na siebie nawet jak wygrywaliśmy, bo okazja zawsze była.

Skąd właściwie wzięła się Twoja ksywka „Mutu”? Kto pierwszy zaczął tak mówić?

Gdy byliśmy dziećmi, mama zabrała mnie i brata na targ w Gostyniu i pozwoliła nam wybrać po jakimś stroju piłkarskim. Ja wybrałem koszulkę Adriana Mutu, a brat koszulkę Ryana Giggsa. Kto pierwszy zaczął tak mówić? Tego nie pamiętam, chodziłem w tej koszulce na prawie każdy trening i stało się to naturalnie, a ksywka została ze mną do dziś.

Który trener miał największy wpływ na Twój rozwój jako piłkarza? Z którym najlepiej Ci się współpracowało?

Zdecydowanie Rafał Pospiech. To Trener, który wprowadził nasz rocznik 1999 na wyższy poziom, miał w sobie ogromne pokłady determinacji i żył tym tak samo jak my, piłkarze. Zmienił moje myślenie o piłce i pokazał jako pierwszy czym jest przesuwanie, dyscyplina taktyczna, przygotowanie pod przeciwnika i wiele innych aspektów seniorskiej piłki. Starał się profesjonalizować nawet najmniejsze elementy. Dzięki niemu mieliśmy okazję mierzyć się w lidzę z takimi drużynami jak Lech czy Warta, które należały do ścisłej czołówki naszego rocznika w Polsce.

Zawsze czułem się dla trenera ważnym elementem układanki, a to motywowało mnie do tego, żeby stawać się lepszym. Jednym z najlepszych wspomnień jest dla mnie moment, w którym Trener Pospiech przejął drużynę seniorów, bo zawsze o tym marzyłem. Uważam, że to człowiek, który miał ogromną wiedzę i przekazywał ją na każdym kroku. Mieliśmy do niego bardzo duży szacunek, on starał się rozmawiać z nami jak z kolegami, co tworzyło świetną atmosferę w drużynie.

Serdecznie pozdrawiam Trenera Pospiecha. Zawsze mu mówiłem, że wrócę do gry jak on wróci do trenowania. W duecie z kierownikiem Radkiem Wojciechowskim zawsze dbali o to żebyśmy nie musieli się niczym martwić.

Patrząc z perspektywy czasu – czego nauczyła Cię piłka nożna poza samym sportem?

Piłka nauczyła mnie, że da się wychodzić z sytuacji beznadziejnych, tylko trzeba mocno chcieć i wierzyć, że da się to zrobić. Na pewno dzięki piłce dobrze odnajduję się w grupie, jestem otwartym i szczerym człowiekiem, lubię pracować pod presją i stres mnie nie paraliżuje, a bardziej dodaje motywacji do działania.

Kontuzje są niestety częścią sportu i Ciebie również nie ominęły. Jak radziłeś sobie z nimi – także od strony psychicznej?

Kontuzje to niestety nieodłączny element piłki nożnej. Uważam, że to jej najgorsza część. Ja jednak nigdy się jakoś tym nie zamartwiałem, wiedziałem, że wrócę i będzie tak samo dobrze albo lepiej. Wychodziłem z założenia, że są ludzie co mają gorzej. Takie podejście pomagało mi pozostać spokojnym. Mam świetną wspierającą rodzinę, która zawsze ze mną w tych momentach była i robiła wszystko, żebym niczym się nie martwił. Każda poważna kontuzja była lekcją.

Śledzisz jeszcze występy Kani Gostyń? Jak patrzy się dziś na klub już z boku?

Oczywiście, jestem kibicem Kani Gostyń i to się nigdy nie zmieni. Wyniki śledzę po każdej kolejce, czasem wybiorę się również na mecz. Jak patrzę co wyprawia Błażej Danielczak w bieżącym sezonie, to przeszywa mnie duma, gdyż jest to mój kolega z boiska i szkolnej ławki w liceum. Znamy się wiele lat i zawsze mocno mu kibicowałem, bo to zawodnik dla którego przychodzi się na stadion. Trzymam kciuki, aby ten projekt progresował, potencjał jest duży i pozostaje się tylko cieszyć. Super, że klub otworzył się bardziej na Social Media, bo to tworzy kontakt z kibicem, którego nie było w czasach, gdy ja grałem.

Gdybyś mógł jeszcze raz wyjść na boisko w barwach Kani na jeden mecz, to jaki moment chciałbyś przeżyć ponownie?

Na pewno były to derby z Koroną w Piaskach w 2017, które wygraliśmy 3:1, a ja strzeliłem dwie bramki. Miałem wtedy 18 lat. Z perspektywy czasu myślę, że to był mój najlepszy mecz w seniorach. Cała drużyna grała świetnie, mieliśmy niezłą serię meczów bez porażki w IV lidze i czuliśmy, że możemy wygrać z każdym. Wtedy poczułem, że gra opiera się również na mnie i mogę mieć na nią duży wpływ. Zatrzymała nas wtedy przerwa przed rundą wiosenną. Oto ten mecz:

Na koniec – czego życzyć byłemu napastnikowi Kani Gostyń?

Tylko zdrowia i jak najlepszych wyników Kanii w przyszłości. Z tego będę bardzo zadowolony. Na koniec chciałbym podziękować mojemu śp. Dziadkowi Stefanowi za to, że mnie przyprowadził na ten piękny stadion i zaszczepił miłość do piłki nożnej, żonie, rodzicom, trenerom, kolegom z którymi grałem i kibicom. Była to super przygoda, która nie odbyłaby się bez tych ludzi. Cieszę się, że mogłem dołożyć cegiełkę do historii tak wielkiego klubu jak Kania. Na zawsze MKS!

Bardzo dziękuję za rozmowę i wszystkie wspomnienia związane z Kanią Gostyń.

Prośba o kawę

📸 Fot. Prywatne zbiory Szymona Olejniczaka, gostynska.pl, Życie Gostynia

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry