Bieg Bojanowskiego w Piaskach, znany też jako Bieg im. bł. Edmunda Bojanowskiego, to jedna z najstarszych imprez biegowych w regionie gostyńskim. Wydarzenie od ponad czterech dekad wpisuje się w sportową historię Piasków i całej okolicy, upamiętniając bł. Edmunda Bojanowskiego – społecznika, pisarza i założyciela zgromadzenia zakonnego. O początkach biegu, jego patronie, dawnych realiach organizacyjnych oraz ludziach, bez których ta historia nie mogłaby się wydarzyć, Jan Niedziela – pomysłodawca i współorganizator imprezy – opowiada w rozmowie z Dominikiem Jankowiakiem.

Jan Niedziela i początki biegu im. bł. Edmunda Bojanowskiego
Dominik Jankowiak: Na początek pytanie historyczne: jak właściwie narodził się pomysł organizacji biegu imienia Edmunda Bojanowskiego w Piaskach?
Pan Jan Niedziela: No, w Piaskach to on się akurat nie narodził – i tu już na sam początek pojawia się mała kontrowersja! Wszystko zaczęło się w ostoi Edmunda Bojanowskiego w Grabonogu. Jako tzw. WF-ista organizowałem tam jesienne i wiosenne biegi krosowe oraz przełajowe dla młodzieży, bo tak to się wtedy zrodziło w naszych głowach. Później, razem ze świętej pamięci Mirkiem Ziemskim, wpadliśmy na pomysł, żeby to wydarzenie troszeczkę poszerzyć o ościenne gminy. Doszliśmy do wniosku, że fenomenalnie byłoby stworzyć bieg z konkretnym patronem. Pierwsza myśl, jaka nam automatycznie nasunęła się do głowy, to był oczywiście Edmund Bojanowski. Wtedy nie był on jeszcze ogłoszony błogosławionym, tylko Sługą Bożym.
Rok przed planowanym startem, czyli w 1983 roku, pojechaliśmy z tą propozycją do zastępcy dyrektora, śp. Andrzeja Wojciechowskiego, dyrektora w Kosowie. Pomysł się spodobał, ale musiał go jeszcze ostatecznie zaakceptować dyrektor Sroka. A dyrektor Sroka, jako Przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej, był człowiekiem, dla którego nie było rzeczy niemożliwych. Tym bardziej że postać Edmunda Bojanowskiego w czasach władzy komunistycznej – nazwijmy ją po imieniu – mogła się komuś na wyższych szczeblach nie spodobać. Aczkolwiek powiem szczerze: ówczesną wojewodą była pani Krumerowa i nie było ze strony władz absolutnie żadnych obiekcji. Nikt nie mówił „nie”, wszyscy byli za. I tak narodził się ten bieg. Pierwsza edycja wystartowała dokładnie 29 kwietnia 1984 roku.
Pozycja biegu w regionie i pionierskie lata
Do samej daty i pierwszej edycji jeszcze zaraz dojdziemy, bo Pan już odrobinę wyprzedza moje myśli. Chciałem zapytać, czy w regionie dzisiejszego powiatu gostyńskiego pojawiały się wcześniej podobne inicjatywy biegowe, które z czasem zaniknęły? Czy to właśnie Piaski, czy Grabonóg, jak Pan wspomniał, można uznać za absolutnego prekursora popularyzacji biegania wśród mieszkańców?
Zdecydowanie tak, tylko i wyłącznie! Jeśli spojrzymy na to historycznie, nasz Bieg Bojanowskiego ustępuje w Wielkopolsce tradycją chyba tylko Biegowi Ostrzeszowskiemu i Wrzesińskiemu. Zajmujemy pod tym względem dumne czwarte lub piąte miejsce w kolejności. Przed nami już 41. bieg, więc to potężny kawał historii.
W tamtych czasach jako lekkoatleta miałem osobisty kontakt z panem Maklesem, głównym organizatorem biegu w Ostrzeszowie. Kontaktowałem się też z panem Głuszkiem, prezesem Orkanu Poznań. Oni mnie w tym temacie mocno budowali, dopingowali i dawali motywację, żebyśmy to u nas pociągnęli. Na tym pierwszym, historycznym biegu ogromnie nam pomogli.
Pierwsza edycja pełna nerwów
I tu dochodzimy właśnie do pytania o ten pierwszy bieg. Na pewno doskonale Pan pamięta, jak wyglądała tamta inauguracyjna edycja i jakie emocje jej wtedy towarzyszyły?
Proszę mi wierzyć, nie chciałbym przeżywać tego stresu jeszcze raz! To była naprawdę niesamowita męka, głównie z uwagi na totalny strach o frekwencję. Człowiek panicznie się bał, ilu sportowców w ogóle do nas przyjedzie. Wtedy nie było jeszcze mody na bieganie, rekreacyjnie biegało bardzo mało ludzi. Szliśmy jednak w takim kierunku, żeby przyciągnąć znane nazwiska w Polsce, głośnych sportowców w swoich kategoriach.
Trochę nam się to udało. Pomógł nam Jerzy Janowicz, który zresztą zwyciężył w tym pierwszym biegu, a także pan Giernas z Leszna. Mieli świetne wejścia wśród lekkoatletów, więc trochę ludzi ściągnęli. Aczkolwiek tłumów nie było – jeśli pamięć mnie nie zawodzi, w pierwszym biegu wystartowało łącznie 29 lekkoatletów.
A czy ta data, 29 kwietnia, była jakoś specjalnie wybrana? Czy kryła się za tym jakaś symbolika?
Nie, nie było w tym ukrytej symboliki. Analizowaliśmy po prostu kalendarz ogólnopolski i szukaliśmy wolnego terminu. Chodziło o to, żeby wstrzelić się w lukę, bo w okręgu imprez było sporo i potwornie baliśmy się, że jakiś bieg organizowany niedaleko odbierze nam zawodników. I tak wstrzeliliśmy się w ostatnią niedzielę miesiąca. Wtedy biegi organizowało się wyłącznie w niedziele, soboty nie były w ogóle praktykowane.
Ewolucja trasy i logistyka „od kuchni”
To rodzi kolejne ciekawe pytanie. Jak na przestrzeni tych ponad 40 lat zmieniała się trasa biegu?
Trasa zmieniała się radykalnie i to kilkukrotnie. Początkowo te pierwsze biegi były planowane jako półmaratony. Jednak pan redaktor z „Głosu Wielkopolskiego” (nie pamiętam już teraz nazwiska), który sam u nas parę razy startował, podpowiedział nam: „Nie róbcie na siłę półmaratonu, bo półmaraton to jest idealnie wymierzone 21 kilometrów i kilkadziesiąt metrów. Nazwijcie to po prostu biegiem na 20 kilometrów”. Posłuchaliśmy go.
Pierwsza trasa biegła z Grabonoga przez Sikorzyn, Brzezie, Gostyń i kończyła się na stadionie w Gostyniu. Tam meta była zlokalizowana przez pierwsze trzy lub cztery edycje. Potem przenieśliśmy metę do Grabonoga, ale trasa nadal zahaczała o Sikorzyn i Gostyń. W kolejnych latach bieg kończył się na boisku sportowym, a później na rynku w Piaskach — i to ciągle był dystans 20 kilometrów. Dopiero w momencie, gdy otworzyli w Piaskach Orlik, przenieśliśmy tam całe zaplecze i wtedy oficjalnie przeszliśmy na dystans 10 kilometrów.
Spójrzmy teraz na to wszystko od zaplecza. Jak wyglądała organizacja tak dużego wydarzenia w porównaniu do dzisiejszych czasów? Na pewno było trudniej – brak komputerów, brak komórek. Jak to logistycznie spinaliście?
Szczerze mówiąc, ledwo kończył się jeden bieg, a my w głowach już żyliśmy organizacją kolejnego. Kwiecień i maj miałem całkowicie wyjęte z życiorysu, bo bez przerwy tylko o tym biegu się dyskutowało. W maju to już było stuprocentowe, osobiste poświęcenie, bo za zawodnikami trzeba było dosłownie jeździć. Żeby sprowadzić do nas ludzi, którzy biegali w kadrze narodowej, trzeba było się mocno nagłowić. No i zapłacić im też było trzeba.
Tak się szczęśliwie złożyło, że u pana Mroza trenował pan Kotow, który był olimpijczykiem z Moskwy, gdzie zajął czwarte miejsce. On do nas chętnie przyjeżdżał i wygrał nasz bieg chyba z pięć razy. Było też wielu innych świetnych zawodników, ale o nazwiskach pogadamy później, jak mi się jeszcze przypomną.
A jak wyglądało to zaplecze ludzkie? Ilu ludzi trzeba było zaangażować, żeby wszystko zagrało? Pomagali przyjaciele, koledzy, nauczyciele?
W organizację zaangażowane było całe grono pedagogiczne w Grabonogu, łącznie z dyrekcją. Wszyscy pomagali! Nawet panie kucharki w internacie miały pełne ręce roboty, bo muszą przygotować śniadania i kolacje dla zawodników. Biegacze przyjeżdżali przecież dzień wcześniej i nocowali u nas w internacie. Co więcej, nasz szkolny autobus specjalnie jechał do Poznania po zawodników, przywoził ich na bieg, a po wszystkim odwoził z powrotem do Poznania.
Takie to były specyficzne czasy. Teraz technologia poszła do przodu, wszystko załatwia się jednym kliknięciem przez telefon. Kiedyś było trudniej, ale ludzie byli dla siebie serdeczniejsi, bardziej życzliwi i niesamowicie zgrani. Do dzisiaj mam w domu całą masę pocztówek i listów, które zawodnicy wysyłali mi po powrocie do domów, dziękując za piękną organizację. Przez te wszystkie lata nie spotkałem się z ani jedną krytyczną opinią na temat naszych biegów. Wszyscy wyjeżdżali zachwyceni, bo nawet jeśli czegoś organizacyjnie nie dociągnęliśmy, to nadrabialiśmy to, kurde molek, ogromną, ludzką serdecznością przy powitaniu. Myśmy ich gościli tak, że to się w pale nie mieści! Przyjeżdżali na noc, zwiedzali Grabonóg, dostawali kolacyjkę, wyspali się, rano śniadanko… Pełen wikt i opierunek, jak to się mówi.
Kurde molek, czyli anegdoty bez cenzury
I tutaj doszliśmy do punktu, który osobiście interesuje mnie najbardziej. Znając Pana lekkość wypowiedzi i to, jak barwnie potrafi Pan opowiadać o historii, muszę zadać to pytanie. Czy podczas wieloletniej historii biegów wydarzyły się jakieś szczególne, nietypowe lub zabawne sytuacje, które wyjątkowo zapadły Panu w pamięć? Obiecuję, że tekst nie będzie cenzurowany!
Ojej, no pewnie, że coś takiego było! Pamiętam jedną sytuację, po której wieczorem byłem w totalnym szoku. Przyjechali zawodnicy tym wieczornym pociągiem i zjawia się taki starszy gościu. Daję głowę, że miał ze siedemdziesiąt lat, jak nie więcej. I przyjechał z taką babeczką, na oko góra pięćdziesiąt lat. Naprawdę ładna kobieta. Mi się wtedy też niesamowicie spodobała. Patrzę na nich i pytam gościa bezpośrednio: „Czy to żona?”. A on macha rękami i mówi: „Nie, nie, nie, to nie żona!”. To o nic więcej już nie pytałem. Potem wyszło na jaw, że chłop bez kobiety po prostu nie potrafił wytrzymać i przed samym biegiem musiał zaliczyć swój „numerek” dla wzmocnienia!
Inne rzeczy, które mnie zaszokowały, działy się w szatni u seniorów z kategorii pięćdziesiąt plus. Jak oni tam się rozbierali i szykowali, to człowiek musiał się tylko ręką przeżegnać. Na stołach leżały różne niedozwolone medykamenty i substancje, które miały im niby wzmacniać organizm. Czy to realnie pomagało? Tego nie wiem, ale doping i wspomaganie widziało się już wtedy. Podejrzewam, że jakbyśmy tak posiedzieli dłużej, to takich śmiesznych i wesołych sytuacji przypomniałoby mi się znacznie więcej. No ale po to chyba też są takie biegi.
Wierni biegacze i podziękowania dla przyjaciół
A czy wśród dzisiejszych uczestników są jeszcze osoby, które startowały w tych pierwszych edycjach biegu?
Z tej absolutnie pierwszej edycji nie ma już niestety nikogo, kto biegłby nieprzerwanie przez te wszystkie lata. Ten pierwszy bieg pod tym względem jest już pusty. Ale mamy jednego zawodnika, Pana Andrzeja Świętka, który wystartował w drugiej edycji i od tamtego czasu zaliczył już absolutnie wszystkie! Zapowiedział się, że w tym roku też obowiązkowo przyjedzie.
Są też państwo Czerniakowie – Andrzej i Ela Czerniakowie. Oni biegają całe życie. To moi dawni znajomi, z którymi startowałem jeszcze w barwach Orkanu Poznań. Oni do nas na bieg zaczęli przyjeżdżać chyba od trzeciej edycji i są z nami regularnie.
Jakie znaczenie – według Pana, jako człowieka, który dał temu wszystkiemu początek — ma dzisiaj Bieg Edmunda Bojanowskiego dla Piasków i całej lokalnej społeczności?
To przede wszystkim piękne uczczenie pamięci tego fenomenalnego człowieka. Edmund Bojanowski to jest mój osobisty ojciec duchowy. Mam wręcz bzika na jego punkcie, ciągle go widzę przed oczami i czuję, jakbyśmy byli ze sobą za pan brat. Za naszego żywota drugi taki człowiek już się na świecie nie pojawi. Wszystko, co w życiu posiadał, rozdał i przekazał biednym dzieciom. To był typowy, wielkopolski organicznik z krwi i kości.
Czy są jakieś konkretne osoby lub instytucje, którym w sposób szczególny chciałby Pan podziękować lub wspomnieć je za wieloletnie wsparcie? Mam na myśli ludzi, którzy dali z siebie znacznie więcej, niż można było oczekiwać. Pomińmy tutaj oczywiście oficjalne władze urzędu Gminy Piaski, bo to oczywiste.
Kurde, muszę w pierwszej kolejności wspomnieć świętej pamięci dyrektora Srokę. Jakiekolwiek pojawiały się problemy, gdy szło się do niego po pomoc, odpowiedź zawsze brzmiała „tak”. Nigdy nie był przeciwko. Wspomnę też świętej pamięci zastępcę dyrektora, panią Irenę Michalak. Ona sama była wielką sportsmenką, grała w siatkówkę w AZS Poznań i niezwykle mocno nam pomagała. No i oczywiście nasi nauczyciele – cała szkoła żyła sportem i tym biegiem.
Niezwykle intensywnie, wręcz potwornie od samego początku do końca pomagał nam pan Jan Nawrot, ówczesny dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury (GOK). Angażował się jako szef instytucji, ale i po prostu jako człowiek. Bardzo się cieszę, że mi się o nim przypomniało, bo mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach jest on już trochę zapomniany, a robił dla biegu tytaniczną pracę. Wspomnę także Bolesława Kołackiego, człowieka, który żył sportem. W tym roku zostanie zresztą pięknie uhonorowany. W pierwszym biegu startował jeszcze jako czynny zawodnik, a później płynnie wszedł w struktury organizacyjne i pomagał nam przy kolejnych edycjach.
Poza tym cały czas mam kontakt z Jerzym Janowiczem, zwycięzcą naszej pierwszej edycji. On na stałe mieszka teraz w Stanach Zjednoczonych, ale na jubileuszowy, 40. bieg przyleciał z Ameryki specjalnie po to, żeby znowu u nas wystartować.
Przyszłość imprezy i niespełnione marzenia
Zakończmy rozmowę pytaniem, przy którym na pewno chętnie się Pan rozwinie. Bieg Bojanowskiego to w końcu w dużej mierze Pana życiowe dziecko. Jak wyobraża Pan sobie przyszłość tej imprezy i czego życzyłby Pan jej na kolejne lata?
Życzyłbym sobie po prostu tego, żeby ten bieg istniał i rozwijał się jak najdłużej. Życzę też wszystkiego dobrego mojemu serdecznemu przyjacielowi Wojtkowi Woziwockiemu. O nim koniecznie trzeba wspomnieć – to sędzia główny Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Sędziował nam już podczas pierwszego biegu w 1984 roku i teraz w najbliższą sobotę też do nas przyjedzie. Obsędziował absolutnie wszystkie edycje! Jego wielkim marzeniem jest poprawienie rekordu i dotrwanie na stanowisku sędziego głównego do 50. edycji biegu. A to jest rocznik 1948, więc swoje lata już przecież ma.
A jeśli chodzi o mnie… Powiem nieskromnie, że moim wielkim marzeniem jako dawnego lekkoatlety jest jeszcze kiedyś wystartować w tym biegu. Ale jestem już starym dziadkiem i sam nie wiem, kurde, czy mi się to jeszcze uda…
W której edycji chciałby Pan spróbować?
Żeby to miało sens, musiałbym się solidnie przygotowywać przez jakieś dwa lata. Na co dzień bardzo dużo chodzę i sporo jeżdżę na rowerze, ale strasznie boję się o swoje ścięgno Achillesa. Miałem z nim kiedyś porządną, ciężką kontuzję. Ale nie ukrywam, chętnie bym wystartował.
Powiem Panu szczerze: ja zawsze miałem takie marzenie, zakładałem się nawet o to z kolegami, ale nigdy słowa nie dotrzymałem, bo po prostu nie lubię biegać. Ale obiecuję Panu – jeśli Pan oficjalnie wystartuje, to mnie Pan tym zmobilizuje. Chętnie pobiegnę wtedy przy Pana boku i wspólnie zamkniemy ten peleton na szarym końcu stawki. Panie Janie, bardzo dziękuję Panu za ten niezwykle ciekawy wywiad i poświęcony czas.
Ja również bardzo dziękuję. Cieszę się, proszę Pana, że tacy ludzie jak Pan również tworzą naszą piaskowską historię – i to nie tylko tę sportową. Kiedyś ktoś wielki mądrze powiedział, że trzeba stale pamiętać i myśleć o historii, żeby budować dobrą przyszłość. Dziękuję Panu bardzo.










📸 Fot. gaso-gostyn.pl, gostynska.pl, Jan Niedziela, Dominik Jankowiak



