Krzysztof Michalski: „Wiele rzeczy nadrabiałem sercem”. Od Kani Gostyń do Lecha Poznań

Krzysztof Michalski to jeden z najbardziej znanych wychowanków Kani Gostyń. Zaczynał od gry na osiedlu Wojska Polskiego, później reprezentował pierwszy zespół Kani, a następnie występował m.in. w Obrze Kościan, Lechu Poznań, Pogoni Szczecin, Zawiszy Bydgoszcz, Polonii Warszawa i Gorzowie Wielkopolskim. Grał na najwyższym szczeblu rozgrywek, wystąpił w europejskich pucharach, a po zakończeniu zawodowej kariery wrócił w rodzinne strony.

Dziś nadal jest mocno związany z Kanią Gostyń i szkoleniem młodzieży. W rozmowie wraca do początków na osiedlowych boiskach, pierwszych trenerów, wejścia do seniorskiej drużyny Kani, testów w większych klubach, przejścia do Lecha Poznań, gry przy wypełnionej Bułgarskiej, pobytu w Szczecinie i Warszawie, a także do późniejszej pracy z młodymi zawodnikami.

Krzysztof Michalski

Sportowy Gostyń: Niedawno rozmawiałem z Grzegorzem Wosiakiem, który wspominał, że do Kani trafił dopiero jako piętnastolatek. Jak wyglądały twoje początki? Od razu był klub czy najpierw zwykłe granie z kolegami?

Krzysztof Michalski: To były zupełnie inne czasy. Za piłką, odkąd pamiętam, biegało się zawsze – czy w szkole, czy po szkole, czy jeszcze przed szkołą. Nie było problemu ze znalezieniem kolegów, którzy przyjdą i będą grali. Grało się przy trzepaku, na jakichś namalowanych bramkach, bramkami mogły być drzewa. Właściwie wszędzie, gdzie znalazło się trochę miejsca, można było grać w piłkę.

Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 2 w Gostyniu i mieliśmy naprawdę fajny zespół. Pamiętam, że w którejś klasie, chyba piątej albo szóstej, wygraliśmy rozgrywki na szczeblu gostyńskim. Później były kolejne zawody regionalne, a następnie turniej, który miał nam dać możliwość wyjazdu na jakieś większe rozgrywki ogólnopolskie.

Ten turniej też wygraliśmy, ale ostatecznie nigdzie nie pojechaliśmy. Do dzisiaj nawet dokładnie nie wiem dlaczego. Być może szkoły nie było na to stać albo były inne problemy organizacyjne. Z tamtego pokolenia wyszło jednak kilku fajnych chłopaków, którzy później chcieli grać w piłkę.

A kiedy pojawiła się Kania?

Dokładnie już nie pamiętam. Wtedy też wyglądało to inaczej, bo nie było tylu kategorii wiekowych jak obecnie. Dzisiaj mamy skrzata, żaka, orlika i dzieci zaczynają bardzo wcześnie. Podejrzewam, że ja zaczynałem gdzieś na poziomie młodzika, czyli około dziesięciu, jedenastu, może dwunastu lat.

I właściwie dla chłopaka z Gostynia Kania była wtedy naturalnym wyborem?

Tak. Nie chcę powiedzieć, że nie było żadnych innych klubów w okolicy, ale chłopacy z Gostynia właściwie nigdzie nie dojeżdżali. Jeśli ktoś chciał grać w piłkę, szedł do Kani. Mieliśmy stadion na miejscu, oczywiście zupełnie inny niż dzisiaj. Poza tym transport wyglądał inaczej. Rodzice nie jeździli z dziećmi po kilkadziesiąt kilometrów na trening.

Myślę też, że było większe przywiązanie do swojego miasta. Nikt z nas specjalnie sobie nie wyobrażał, że będzie grał gdzieś indziej. Byłeś z Gostynia, chciałeś grać w piłkę, to szedłeś do Kani.

A jak wyglądał nabór? Teraz akademie szukają dzieci właściwie od najmłodszych roczników. Wtedy chyba działało to trochę inaczej.

Była taka naturalna selekcja. Pamiętam, że w trampkarzach czy juniorach na pierwszy, drugi albo trzeci trening przychodziło nas trzydziestu czy czterdziestu, a po pewnym czasie zostawało dwudziestu, dwudziestu dwóch.

Nie było tak, że trener musiał każdego skreślać. Część chłopaków sama widziała, że sobie nie radzi, że inni są lepsi albo że nie chce im się aż tak mocno trenować. I po prostu przestawali przychodzić. Zostawali ci najbardziej ambitni i ci, którzy już wtedy potrafili grać w piłkę.

Kogo pamiętasz z pierwszych trenerów w Kani?

Miałem ich kilku. Był trener Leszek Krzyżostaniak, Andrzej Rogala, trener Jerzy Bajer i Czesiu Wojciechowski. Każdy z nich miał duży wpływ na to, że dalej chciałem trenować. Pokazywali nam, co robić, jak robić, czego się uczyć.

Wiadomo, żeby później gdzieś pójść wyżej, trzeba mieć pewne predyspozycje. Trzeba mieć trochę smykałki do piłki, samozaparcia i być też mocnym psychicznie. Ale trenerzy potrafili pokazać nam, że warto pracować i może dzięki temu kiedyś coś się osiągnie.

Talentów było przecież mnóstwo. Nawet w samym Gostyniu moglibyśmy wymienić wielu zawodników, którzy naprawdę bardzo dobrze grali i być może mogli zajść dużo dalej. Tylko nie zawsze wszystko układa się w jedną całość.

Jak w ogóle docierało się wtedy na trening?

Normalnie, pieszo. My nie mieliśmy samochodu, więc nawet nie miał mnie kto zawieźć. Tylko wtedy człowiek nawet nie myślał o tym, że ktoś miałby go wozić. Wracałeś ze szkoły, schodziłeś pod blok, jeszcze chwilę pograłeś z kolegami, a później szło się na stadion.

Mieszkałem na Wojska Polskiego. Pamiętam, że szliśmy gdzieś koło PKS-u, później przez las na skróty i wychodziliśmy właściwie przy stadionie. Jeżeli trening był o siedemnastej, to my nieraz byliśmy już godzinę wcześniej. I nikt nie uważał, że dzieje się coś niezwykłego.

Dzisiaj dzieci mają też znacznie więcej możliwości. W Gostyniu można uprawiać wiele dyscyplin. Wtedy była piłka, siatkówka, karate, może tenis stołowy. Nie pamiętam nawet dokładnie, kiedy mocniej pojawiły się kręgle. Wybór był znacznie mniejszy.

Grzegorz Wosiak wspominał też o tobie i Rafale Naskręcie, że jako młodzi zawodnicy bardzo szybko znaleźliście się przy pierwszej drużynie Kani. Jak wspominasz tamten czas?

Jesteśmy z Rafałem z tego samego rocznika, 1978, i faktycznie w juniorach się wyróżnialiśmy. Dostaliśmy dość szybko możliwość wejścia do pierwszego zespołu. Cieszyliśmy się z tego, ale nie przypominam sobie, żeby była między nami jakaś rywalizacja. Bardziej się wspieraliśmy.

Oczywiście każdy chciał grać jak najlepiej i każdy chciał się pokazać, ale nie było sytuacji, że jeden grał, drugi siedział i pojawiała się zazdrość. Z Rafałem trochę razem pojeździliśmy. Byliśmy na testach w Wiśle Kraków, byliśmy w Zagłębiu Lubin, jeździliśmy też na rozgrywki OZPN.

W tych tak zwanych makroregionach z naszego rocznika z Kani Gostyń chyba jeździliśmy tylko we dwóch. Większość chłopaków była z Leszna, sporadycznie ktoś z Rawicza czy Miejskiej Górki. I tam również należeliśmy do zawodników, którzy się wyróżniali.

Trafiliście później do drużyny seniorów, która w połowie lat 90. wywalczyła awans Kani do III ligi. Mieliście wtedy zaledwie po kilkanaście lat. Jak wspominasz wejście do takiego zespołu?

To były świetne czasy. W tamtej drużynie było bardzo dużo zawodników związanych z Gostyniem i Kanią. Oczywiście pojawiali się piłkarze z okolicy, ale trzon stanowili ludzie stąd.

Mnie było może trochę łatwiej, bo część starszych zawodników już wcześniej kojarzyłem. Jeździłem na obozy harcerskie i zdarzało się, że była z nami również drużyna Kani. Wielu zawodników mieszkało też na Wojska Polskiego, więc znaliśmy się z osiedla.

Ale kiedy już wchodziłeś do seniorów, sentymentów nie było. Starszego zawodnika nie interesowało, że masz szesnaście czy siedemnaście lat. Wręcz przeciwnie. Jeśli widział, że przychodzi młody i może mu zabrać miejsce, to sam zaczynał jeszcze mocniej walczyć.

My po prostu musieliśmy bronić się swoją grą. Treningi były dla nas ciężkie, ale właśnie wtedy bardzo mocno wyrabiał się charakter. Pokazaliśmy, że mimo młodego wieku możemy w tym zespole grać.

Po awansie przyszła III liga. Pamiętasz duży przeskok między tymi rozgrywkami?

To był wtedy trzeci poziom rozgrywkowy w Polsce. Oczywiście system był zupełnie inny niż dzisiaj, było więcej grup, ale poziom był wysoki. Było ciężko i w każdym meczu trzeba było walczyć.

Dla mnie dochodziła do tego jeszcze nadzieja, że może ktoś mnie gdzieś zauważy. Od dziecka marzyłem o tym, żeby iść w kierunku piłki. Wtedy nie było skautingu takiego jak dzisiaj. Nie było internetu, nie było filmów z każdym zawodnikiem, nie było tylu menedżerów.

Żeby wydostać się z mniejszego klubu, trzeba było mieć trochę szczęścia. Ktoś musiał przyjechać, zobaczyć cię akurat w dobrym meczu i zainteresować się tobą.

Pamiętasz też sparingi z mocniejszymi klubami, które przyjeżdżały do Gostynia?

Tak. Chociażby Amica Wronki przyjeżdżała tutaj na obozy. Pamiętam mecz, kiedy trenerem Amiki był Grzegorz Lato. Dla mnie samo to, że przy linii stoi człowiek, którego znałem z telewizji i gazet, było czymś wyjątkowym.

Każdy chciał wtedy zagrać jak najlepiej. Człowiek myślał: może trener zwróci uwagę, może zaprosi na testy. Dzisiaj można obejrzeć zawodnika w internecie praktycznie z dowolnego miejsca w Polsce. Wtedy niższe ligi istniały właściwie tylko w lokalnych gazetach i poprzez ludzi, którzy przychodzili na mecze.

Później pojawił się temat wyjazdu z Gostynia. Były testy w Zagłębiu Lubin. Jak dalej potoczyła się ta historia?

Pojechaliśmy z Rafałem na testy do Zagłębia i obaj tam zostaliśmy trochę dłużej. W moim przypadku pojawił się pomysł, że najpierw pójdę do Bolesławca. Zagłębie miało chyba jakąś współpracę z tym klubem i miałem tam grać, a oni mieli mnie obserwować.

Byłem zdecydowany. Zawsze uważałem, że jeśli nie spróbuję, to później będę żałował. Pojechałem z BKS-em Bolesławiec na obóz. Wszystko właściwie było już przygotowane, mieliśmy podpisać umowę.

I wtedy dostałem telefon, że zainteresowana jest mną Obra Kościan. Nie pamiętam już, czy najpierw zadzwonił ktoś z Gostynia, czy bezpośrednio pan Ludwiczak z Obry. W każdym razie pojawił się drugi kierunek.

I wybrałeś Kościan?

Bolesławiec i Obra grały wtedy na podobnym poziomie. Zacząłem patrzeć również na logistykę. Z Gostynia do Kościana było znacznie bliżej niż do Bolesławca. I w końcu zdecydowałem się na Obrę.

Pamiętam sam moment podejmowania decyzji. Przyjechali do Gostynia przedstawiciele Bolesławca, przyjechali działacze Obry. Jedni siedzieli w jednym pokoju, drudzy w drugim, my gdzieś w trzecim. Chodziliśmy od jednych do drugich, rozmawialiśmy.

Ostateczna decyzja należała do mnie, ale miałem dylemat. Bolesławcowi wcześniej powiedziałem, że chcę tam grać, byłem z nimi na obozie. Oni naprawdę byli mną zainteresowani. Tyle że wcześniej nie wiedziałem jeszcze o Obrze. Ostatecznie wybrałem Kościan.

Działacze z Bolesławca chyba nie byli zachwyceni?

Nie byli. I jeszcze miałem od nich pobrany sprzęt. Musiałem pojechać do Bolesławca, spotkać się z działaczami i wszystko oddać. Wiózł mnie wtedy kierownik Obry.

Pamiętam tę drogę. W jedną stronę byłem naprawdę zestresowany. Nie wiedziałem, jak oni zareagują. Mieli do mnie trochę pretensji, że mogłem wcześniej powiedzieć, że nie zostaję. Tylko ja wcześniej naprawdę nie wiedziałem, że pojawi się Obra.

Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Droga powrotna do Gostynia była już zdecydowanie przyjemniejsza. Stres opadł i tak zaczęła się moja przygoda z Kościanem.

Jak wspominasz samą Obrę?

Bardzo dobrze. Mieliśmy naprawdę fajny, mocny zespół. Byli zawodnicy z Kościana, z Poznania, ale też z dalszych miejsc, nawet z okolic Wałbrzycha. Co roku cel był ambitny. Chcieliśmy walczyć o awans.

Pamiętam, że w jednym sezonie chyba zajęliśmy trzecie miejsce. Nie chcę teraz podawać dokładnie, bo po tylu latach nie wszystko pamiętam. Ale byliśmy solidnym trzecioligowym zespołem.

A zaplecze klubu? Dużo różniło się od Gostynia?

Nie jakoś bardzo. Pamiętam stadion, który jest właściwie do dzisiaj. Za stadionem było drugie trawiaste boisko, ale jego stan nie był najlepszy. Tam też trenowaliśmy. Były szatnie pod trybuną, charakterystyczny tunel.

Jak dzisiaj przyjeżdżam do Kościana, to mam wrażenie, że sporo rzeczy jest dokładnie w tym samym miejscu.

Sentyment po tych latach pozostał?

Oczywiście. Dzisiaj jeśli Kania gra z Obrą, to wiadomo, że jestem za Kanią. To jest mój klub i moje miasto. Ale w Obrze spędziłem trzy lata. Ten klub miał bardzo duży wpływ na mój dalszy rozwój i zawsze będę go dobrze wspominał.

W Kościanie zaczęły pojawiać się już możliwości pójścia wyżej?

Prezes Jan Ludwiczak co jakiś czas próbował znaleźć mi jakieś testy. Jemu oczywiście też zależało na tym, żeby zawodnika wypromować i później sprzedać. Byłem na testach między innymi w Polarze Wrocław, pojawiały się różne tematy, ale zawsze wracałem do Kościana.

Aż któregoś dnia zadzwonił do mnie pan Ludwiczak i powiedział, że kontaktował się trener Adam Topolski z Lecha Poznań i jest mną zainteresowany. Powiem szczerze, że na początku nie do końca wierzyłem w to, co słyszę.

Pomyślałem sobie: pewnie znowu prezes gdzieś znalazł testy i próbuje mnie wypchnąć wyżej. Zapytał, czy jestem zainteresowany. Ja już w głowie byłem spakowany. To był chyba najlepszy telefon, jaki dostałem w całej swojej piłkarskiej karierze.

Jak to dalej wyglądało?

Miałem pojechać na trening na Bułgarską. Wsiadłem w samochód i pojechałem. Wjechałem na klubowy parking i właściwie nie wiedziałem, gdzie mam iść. Stadion oczywiście wyglądał wtedy inaczej niż dzisiaj, ale dla mnie i tak było to coś ogromnego.

Na parkingu zobaczyłem grupę chłopaków z torbami. Podszedłem do nich. Ktoś zapytał: „Ty też na testy?”. Powiedziałem, że tak. I wtedy spojrzałem na tę grupę. Było nas chyba około trzydziestu. Pomyślałem sobie: „O kurcze, tylu nas jest”.

Po chwili ktoś powiedział, żebyśmy poszli do szatni. Tylko chyba nikt dokładnie nie powiedział, do której. Cała grupa weszła więc do szatni pierwszego zespołu. Siedzimy i czekamy.

Nagle pojawia się kierownik drużyny i trener Topolski. Patrzy na nas i mówi mniej więcej: „Nie, nie, mistrzowie. Wyjazd stąd. To jest szatnia pierwszego zespołu, wy macie swoją na górze”.

Wszyscy zaczęli wstawać, brać torby. I wtedy trener mówi: „Michalski, ty zostajesz”.

Wiedziałeś dlaczego?

Nie. Zostałem właściwie sam i zastanawiałem się, czy za chwilę nie usłyszę, że jednak mam wracać do domu. Po pewnym czasie zaczęli przychodzić zawodnicy pierwszego zespołu.

Usiadłem na ławce. Wchodzi jeden: „Młody, to moje miejsce”. Przesuwam się. Wchodzi następny: „To jest moje”. Znowu się przesuwam.

Pamiętam Jarka Araszkiewicza. Przyszedł i też powiedział coś w stylu: „Młody, spadaj, to moje miejsce”. I tak przesuwałem się coraz dalej. Do dzisiaj, jak spotykamy się na oldbojach Lecha, czasami mu to wypominam, że mógł mnie wtedy trochę łagodniej potraktować.

W końcu dotarłem prawie do końca ławki. Już się zastanawiałem, co zrobię, jak przyjdzie jeszcze jeden zawodnik. Na szczęście wszedł trener.

I wyszedłeś z nimi na trening?

Najpierw dostałem jakiś sprzęt od pana z magazynu, świętej pamięci pana Genia. Złoty człowiek. I wyszedłem na trening pierwszej drużyny, na główną płytę.

Byłem przerażony i zestresowany, ale w pozytywnym sensie. Widziałem ogromny stadion. Wokół byli zawodnicy, których wcześniej oglądałem w telewizji albo znałem nazwiska z transmisji radiowych meczów Lecha. Nagle trenowałem razem z nimi.

To było niesamowite. Jednocześnie gdzieś zaczęło do mnie docierać, że skoro cała grupa testowanych poszła gdzieś indziej, a ja zostałem z pierwszym zespołem, to może naprawdę coś z tego będzie.

Byłem chyba na dwóch albo trzech treningach. Później z tamtej grupy dołączyło jeszcze dwóch chłopaków. I w końcu trener Topolski powiedział mi, że Lech jest zainteresowany i będzie rozmawiał z prezesem Obry o warunkach transferu.

Pamiętasz moment, kiedy już wiedziałeś, że naprawdę zostajesz w Lechu?

Bardzo dobrze. Po jakimś czasie kierownik przyszedł i powiedział, że następnego dnia mam spotkanie z zarządem i będziemy podpisywać kontrakt. To był kolejny szok. Pomyślałem: „No dobra, czyli to naprawdę się dzieje”.

Po treningu zostałem wezwany do gabinetów. Poszedłem sam. Nie miałem menedżera, prawnika, nikogo. Wchodzę do zarządu wielkiego Lecha Poznań i zastanawiam się, co ja tam właściwie mam negocjować.

Siedziało kilku panów w garniturach. Zacząłem z nimi rozmawiać. Pytali, jak się czuję, opowiadali o klubie, pewnie widzieli, że jestem zestresowany i chcieli trochę rozluźnić atmosferę.

A ja cały czas patrzyłem na leżącą tam niebieską teczkę z napisem „Lech Poznań”. Wystawała z niej biała kartka. I w głowie miałem tylko: „Jeżeli to jest mój kontrakt, to dajcie mi go już do podpisania”.

Negocjowałeś w ogóle warunki?

Gdzie tam. Przedstawili mi kwotę, a ja od razu powiedziałem: „Tak”. Nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby się targować.

Podejrzewam, że byłem jednym z najmniej zarabiających zawodników w zespole, ale zupełnie mnie to nie interesowało. Chciałem grać w Lechu Poznań.

W końcu usłyszałem pytanie: „Czyli się zgadzamy?”. Powiedziałem: „Tak”. Otworzyli tę teczkę, podpisali dokument, później odwrócili go w moją stronę. Ja chyba nigdy niczego tak szybko nie podpisałem.

Wstaliśmy, zrobiliśmy zdjęcie. Byłem tak podekscytowany, że chciałem właściwie tylko wyjść i nacieszyć się tym, co się właśnie wydarzyło. W tamtym momencie spełniło się moje dziecięce marzenie.

Dla chłopaka z Gostynia Lech był chyba wtedy czymś szczególnym?

Oczywiście. Dla mnie był to największy klub w Wielkopolsce. Myślę, że większość chłopaków z naszego regionu, którzy trenowali piłkę, chciała kiedyś zagrać w Lechu.

Pamiętałem Andrzeja Juskowiaka. Pamiętałem igrzyska w Barcelonie i to, że zawodnik z Gostynia gra na takim poziomie. Człowiek gdzieś marzył, żeby też pójść wyżej.

Robiłem wszystko, żeby wyrwać się z niższych lig, ale chyba nawet ja nie wierzyłem do końca, że skończy się to kontraktem z Lechem.

Początek pobytu nie był jednak dla klubu łatwy.

Nie był. Lech grał wtedy na zapleczu najwyższej ligi i walczyliśmy o utrzymanie. Niedługo później zwolniono trenera Topolskiego, czyli człowieka, który mnie sprowadził.

Dla mnie to też było coś nowego. W Kani nie byłem przyzwyczajony do częstych zmian trenerów. Nagle słyszysz: trener zwolniony, przychodzi ktoś inny.

Od razu pomyślałem: „Topolski mnie chciał, ale nowy trener może mnie wcale nie chcieć”. Przyszedł Bogusław Baniak. Wiedziałem, że muszę po prostu jeszcze mocniej pracować i wywalczyć sobie miejsce.

Udało nam się utrzymać, a przed kolejnym sezonem cel był już jasny: awans.

Jak pamiętasz sezon, który zakończył się powrotem Lecha na najwyższy poziom?

To był świetny czas. Pojawiali się nowi zawodnicy, byli ludzie na testach. I wtedy już sam patrzyłem na nich trochę tak, jak wcześniej starsi zawodnicy patrzyli na mnie. Myślałem: „Przychodzi ktoś, kto może mi zabrać miejsce”.

Ale mnie to motywowało. Jeśli klub ogłaszał jakiś transfer, nie obrażałem się. Stwierdzałem, że trzeba jeszcze mocniej pracować, żeby swojej pozycji nie stracić.

Zaczęliśmy sezon dobrze, wygrywaliśmy. Było dużo bardzo fajnych meczów. Najbardziej pamiętam jednak atmosferę na Bułgarskiej. Stadion wyglądał zupełnie inaczej niż obecnie, ale bardzo często był praktycznie pełny.

Wychodziliśmy tunelem, nad którym był słynny kocioł. Kiedy stałeś na dole i słyszałeś ten doping, to naprawdę wszystko czułeś. Niosło się po całym stadionie.

Nam to dawało ogromną energię. Czasem przyjeżdżał zespół z mniejszej miejscowości, z mniej doświadczonymi zawodnikami, i po ich twarzach było widać, że robi na nich wrażenie, kiedy wychodzą z tunelu przy takim hałasie.

Tamten zespół miał chyba też mocną więź z klubem.

Bardzo mocną. Było wielu chłopaków z Wielkopolski, związanych z Lechem. Na boisku każdy wiedział, że może liczyć na drugiego.

Oczywiście jak w każdej drużynie były spięcia, kłótnie. Czasem skakaliśmy sobie do gardeł. Ale to zostawało w szatni. Na zewnątrz byliśmy zespołem.

Nie miało znaczenia, czy ktoś grał od pierwszej minuty, czy siedział na ławce jako trzynasty, czternasty zawodnik. Wchodził i dawał tyle, ile mógł. Byliśmy bardzo mocno związani z Lechem.

Z tamtego okresu jest też mecz jubileuszowy Lecha z Tłokami Gorzyce. Co z niego najbardziej pamiętasz?

Przede wszystkim kontuzję i reakcję kibiców. Graliśmy w specjalnych koszulkach retro z okazji jubileuszu klubu.

W pewnym momencie naderwałem mięsień dwugłowy. Leżałem przy linii, próbowaliśmy jeszcze sprawdzić, czy dam radę się poruszać, ale szybko zapadła decyzja o zmianie.

Położyli mnie na noszach i zaczęli nieść wzdłuż trybun. I nagle najpierw z jednej części stadionu, a później właściwie z całych trybun poszło: „Krzysiu, Krzysiu, trzymaj się”.

To było niesamowite. Naprawdę jedno z takich przeżyć, których człowiek nie zapomina. Pokazało mi, że kibice potrafią docenić zawodnika, jeśli widzą, że on daje z siebie wszystko.

Ja nigdy nie byłem piłkarzem wybitnie technicznym. Zawsze to powtarzam. Byłem walczakiem. Wiele rzeczy nadrabiałem sercem.

Jeśli trzeba było biec, to biegłem. Jeśli trzeba było wsadzić głowę tam, gdzie ktoś inny nie wsadziłby nogi, to ją wkładałem. I wydaje mi się, że kibice właśnie to we mnie cenili.

Po awansie przyszła możliwość gry na najwyższym szczeblu. Pamiętasz debiut?

Tak, z KSZO Ostrowiec. Zaczynałem na ławce i wszedłem w drugiej połowie. Nie pamiętam już dokładnie minuty.

Ale pamiętam uczucie. Wchodzisz na boisko przy pełnych trybunach i masz świadomość, że grasz na najwyższym poziomie w Polsce. Coś pięknego.

Pamiętam też starcie z Rafałem Lasockim. Był już wtedy doświadczonym, solidnym zawodnikiem. W jednej sytuacji miałem piłkę, on mnie sfaulował i doszło między nami do małej wymiany zdań. Później Rafał trafił do Lecha i nieraz się z tego śmialiśmy.

Niedługo później strzeliłeś na Widzewie pierwszego gola na tym poziomie.

Tego meczu też nigdy nie zapomnę. Stadion Widzewa pełny, kibice w czerwonych koszulkach, do tego nasz sektor z kibicami Lecha. Niesamowita atmosfera z jednej i drugiej strony.

W pierwszej połowie Grzegorz Matlak dośrodkował. Uderzyłem głową i piłka minęła słupek dosłownie o centymetry. Mieliśmy to wypracowane. Ja schodziłem z drugiego słupka, inni zawodnicy robili mi miejsce.

W drugiej połowie była praktycznie taka sama sytuacja. Grzesiek poszedł w okolice narożnika pola karnego, ja wchodziłem z obrony w pole karne.

Później oglądałem tę akcję w telewizji tyle razy, że pamiętałem nawet komentarz. Komentator zauważył, czy znowu groźna będzie para Matlak–Michalski.

Piłka została zagrana w podobne miejsce. Wyszedłem, uderzyłem głową i wpadło. Pierwsza bramka na najwyższym poziomie, do tego na stadionie Widzewa. Niesamowite przeżycie.

Mecz zakończył się 2:2, ale dla mnie ta bramka zostanie na zawsze.

Drugi gol przyszedł ze Szczakowianką. Też głową?

Tak. Mimo że nie byłem wysokim zawodnikiem, nieźle grałem głową. Miałem chyba dobre wyczucie momentu wejścia na piłkę, ten timing.

Dużo nad tym pracowaliśmy. Po treningach zostawałem z Grześkiem Matlakiem, Arkiem Miklosikiem czy innymi chłopakami. Oni dośrodkowywali, a ja próbowałem kończyć akcję.

Powtarzaliśmy to dziesiątki razy. I później w meczu przychodzi sytuacja, której właściwie nie musisz już analizować. Po prostu robisz to, co ćwiczyłeś. Większość moich bramek strzelałem właśnie głową.

Twój pobyt w Lechu skończył się po sezonie 2002/03. Co zdecydowało o rozstaniu?

Kontuzja kolana miała tutaj duże znaczenie. Grałem, później niestety wypadłem i dość długo dochodziłem do siebie.

Występowałem w rezerwach, bo wtedy było normalne, że jeśli nie łapałeś się do pierwszego zespołu, grałeś w drugim i dzięki temu pozostawałeś w rytmie meczowym.

Kończył mi się jednak kontrakt. Poszedłem na rozmowę i usłyszałem, że klub chce się wzmacniać, szuka kolejnych zawodników. Nie przedłużyliśmy umowy.

Rozstaliśmy się normalnie, bez żadnych pretensji.

Z Lecha trafiłeś do Pogoni Szczecin. Jak pojawił się ten kierunek?

Duża w tym zasługa trenera Baniaka. Znał mnie z Lecha, wiedział, czego może ode mnie oczekiwać. Kiedy kończyły się kontrakty kilku zawodnikom, skontaktował się z nami.

Dla mnie było to wygodne również dlatego, że nigdy nie miałem menedżera. Wszystkie sprawy załatwiałem właściwie sam. A tutaj dzwoni trener, którego znam, który chce mnie w zespole. Nie musiałem jeździć po testach i szukać czegoś na własną rękę.

Zresztą początkowo to chyba wcale nie miała być Pogoń. Projekt był związany z Piotrkowem Trybunalskim, później Antoni Ptak dogadał się w Szczecinie i ostatecznie trafiliśmy tam jako Pogoń.

Jak przyjęli was kibice? To był dla klubu dość nietypowy okres.

Na początku nie najlepiej. Kibice mówili, że to nie jest ich Pogoń. Przyjechała grupa zawodników z zewnątrz i mieli do tego dystans.

Pamiętam prezentację zespołu. Siedzieliśmy, po kolei przedstawiano zawodników. Kiedy przyszła moja kolej, padło, że ostatnio grałem w Lechu Poznań. A wiadomo, jakie były relacje kibiców Pogoni i Lecha.

Dostałem więc kilka pytań: czy na pewno będę walczył, czy na pewno będę grał dla Pogoni na sto procent. Musiałem im trochę wyjaśnić, że kiedy wychodzę na boisko, reprezentuję klub, w którym gram, i będę dla niego dawał wszystko.

Później zaczęliśmy wygrywać i sytuacja się zmieniała. Kibice zobaczyli, że ta drużyna walczy. Z czasem powstała naprawdę fajna atmosfera. I właśnie z tym zespołem wywalczyliśmy awans.

W Pogoni dobrze wyglądały też twoje statystyki bramkowe jak na obrońcę.

Trochę tych bramek było. To znowu wracamy do stałych fragmentów i gry głową. Ja wiedziałem, w czym jestem dobry.

Nie byłem piłkarzem, który weźmie piłkę, minie czterech zawodników i uderzy z trzydziestu metrów. Ale przy dośrodkowaniu potrafiłem znaleźć sobie miejsce.

Pamiętasz wyjazdowy mecz z Legią Warszawa, który wygraliście 3:1?

Bardzo dobrze. Wyjazd na Łazienkowską zawsze był czymś szczególnym. Stadiony wyglądały wtedy inaczej niż teraz, ale też miały swój klimat.

Komplet ludzi, bardzo dobra atmosfera. W tamtym okresie kibice Pogoni i Legii mieli dobre relacje, więc również na trybunach wyglądało to specyficznie.

My oczywiście na boisku nie zwracaliśmy uwagi na kibicowskie układy. Wychodziliśmy po to, żeby wygrać. I zagraliśmy naprawdę bardzo dobry mecz.

Pamiętam też swoją sytuację po strzale głową, kiedy Artur Boruc musiał się trochę napracować. Nie udało się strzelić, ale wtedy był naprawdę w świetnej formie.

Wygraliśmy 3:1 i takie mecze bardzo cementują drużynę. Pokazują ci, że możesz rywalizować z każdym.

Był też europejski Puchar Intertoto. Pierwszy rywal to Tiligul Tyraspol.

Pojechaliśmy do Mołdawii i wygraliśmy 3:0. Ja zdobyłem trzecią bramkę pod koniec meczu. U siebie również wygraliśmy i przeszliśmy dalej.

W kolejnej rundzie trafiliśmy na Sigmę Ołomuniec. W Czechach przegraliśmy 0:1. To był dobry mecz w naszym wykonaniu, mieliśmy swoje okazje. Pamiętam stuprocentową sytuację Matlaka, której nie wykorzystał.

Później był rewanż w Szczecinie. Mieliśmy przewagę, próbowaliśmy, ale Sigma bardzo dobrze się broniła. Skończyło się bez bramek i odpadliśmy.

A w następnej rundzie czekała Borussia Dortmund.

No właśnie i dlatego szkoda było jeszcze bardziej. Sama możliwość zagrania na takim stadionie byłaby czymś niesamowitym. Zobaczyć tę żółto-czarną ścianę kibiców, zagrać z Borussią.

Niestety nie udało się. I na tym zakończyła się moja przygoda z europejskimi pucharami.

W Pogoni był też wyjazd na obóz do Brazylii. Jak go wspominasz?

To była niesamowita przygoda. Byliśmy tam chyba około trzech tygodni, może trochę dłużej.

Graliśmy między innymi sparing z Santosem. Przegraliśmy wysoko, chyba 0:4. W tamtym okresie przewijało się tam mnóstwo bardzo dobrych zawodników. Pamiętam oczywiście Robinho, który niedługo później trafił do Realu Madryt.

Dla nas samo zagranie z takim przeciwnikiem było czymś wyjątkowym. Myślę, że gdyby nie piłka, nigdy w życiu nie poleciałbym do Brazylii.

Co najbardziej zapamiętałeś poza samą piłką?

Ogromne kontrasty. Kiedy jechaliśmy przez przedmieścia, widziałeś naprawdę wielką biedę. Później wjeżdżałeś do bogatszej części miasta i nagle wyglądało to zupełnie inaczej.

Ale wszędzie było jedno — dzieci z piłką. Na ulicy, na chodniku, na kawałku trawy. Często boso. Miałem wrażenie, że każde dziecko tam ma piłkę przy nodze. Dla nas, przyjeżdżających z Polski, było to bardzo charakterystyczne.

Niedługo później Pogoń zaczęła coraz mocniej stawiać właśnie na zawodników z Brazylii.

Wcześniej Brazylijczycy też u nas grali i byli to bardzo dobrzy zawodnicy. Julcimar, Sergio Batata, Edi Andradina. To byli piłkarze, którzy naprawdę wyróżniali się w polskiej lidze.

Natomiast później pojawił się pomysł, żeby zrobić praktycznie brazylijską Pogoń. Na naszych treningach ciągle pojawiali się nowi zawodnicy. Jeden przyjeżdżał, drugi wyjeżdżał, następnego dnia kolejny.

Momentami wyglądało to tak, jakby każdy, kto w Brazylii powiedział, że kiedyś grał w piłkę, dostawał szansę. Oczywiście trochę żartuję, ale poziom tych zawodników był bardzo różny.

Każdy chciał dostać się do Europy. Trudno się temu dziwić. Tylko nie wszyscy byli zawodnikami na poziomie polskiej Ekstraklasy.

Kiedy odchodziłem z Pogoni, Polaków w drużynie było już bardzo niewielu. Jak ten cały projekt później się skończył, wiadomo.

Mimo wszystko sam pobyt w Szczecinie wspominam bardzo dobrze. Spędziłem tam ponad dwa lata, zrobiliśmy awans, grałem regularnie, wystąpiliśmy w europejskich pucharach. To był bardzo ważny etap.

Po Pogoni była Zawisza Bydgoszcz. Znowu pojawił się trener Baniak?

Tak. To też pokazuje, jak ważne są w piłce relacje i zaufanie. Trener znał mnie bardzo dobrze. Wiedział, jaki poziom prezentuję, czego może ode mnie oczekiwać. A ja wiedziałem, czego on wymaga.

Skoro poszedł do Zawiszy i chciał mnie w zespole, zdecydowałem się na Bydgoszcz. Spotkałem tam zresztą kilku chłopaków, których znałem z Lecha.

Na pewno był Arek Miklosik, chyba też Rafał Lasocki, choć po tylu latach nie chcę teraz pomylić składów. Powstał bardzo fajny zespół.

Celem był awans do Ekstraklasy i sportowo wszystko wyglądało naprawdę dobrze. Po pierwszej części sezonu byliśmy na czele tabeli albo bardzo wysoko. I nagle wszystko się skończyło.

Klub został wycofany z rozgrywek.

Okazało się, że są problemy związane z licencją i wcześniejszymi sprawami korupcyjnymi.

My jako zawodnicy nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Przychodzisz do klubu, grasz, wygrywasz mecze, walczysz o awans, a później dowiadujesz się, że zespół nie może dalej funkcjonować w tej formie.

Dostaliśmy wolną rękę. Każdy mógł szukać nowego klubu. Szkoda, bo naprawdę tworzył się tam fajny zespół i fajny klimat.

I wtedy pojawiła się Polonia Warszawa?

Dostałem telefon od znajomego z Poznania, że Polonia szuka wzmocnień. Sytuacja była dla nich dobra, bo kilku zawodników Zawiszy nagle było dostępnych w środku sezonu.

Pojechałem do Warszawy. Trenerem był Waldemar Fornalik. Usiedliśmy, porozmawialiśmy. Powiedział mi, jak widzi zespół, czego ode mnie oczekuje.

Nie zastanawiałem się specjalnie długo. W zimowym oknie trudniej znaleźć dobry klub, bo większość drużyn ma już swoje kadry. Zdecydowałem się zostać.

Jak wspominasz trenera Fornalika?

Bardzo dobry trener, z bardzo dobrym warsztatem. Potrafił przygotować zespół pod konkretnego przeciwnika. Treningi były naprawdę dobre.

Natomiast jako człowiek dla zawodnika był ciężki do rozgryzienia. Rzadko się uśmiechał. Czasem nie wiedziałeś, czy jest zły, czy wszystko jest w porządku, czy można podejść i o coś zapytać. Po przegranym meczu tym bardziej.

Ale jeśli chodzi o stronę czysto trenerską, oceniam go bardzo dobrze.

Prezesem był już wtedy Józef Wojciechowski?

Tak. Miałem z nim oczywiście kontakt przy podpisywaniu kontraktu. Dostałem adres biurowca i informację, na które piętro mam pojechać.

Pojechałem. Wyszedł wielki, wysoki facet. Na początku nawet nie byłem pewien, czy to właśnie on. Usiedliśmy, porozmawialiśmy, dogadaliśmy warunki.

Jak w ogóle żyło ci się w Warszawie? Wcześniej miałeś już za sobą Poznań, Szczecin czy Bydgoszcz.

Duże miasto nie robiło już na mnie aż takiego wrażenia, ale Warszawa to jednak Warszawa. Fajne miejsce do życia, bo cały czas coś się dzieje.

Jeśli miałeś wolny weekend, można było znaleźć jakieś wydarzenie, imprezę, coś dla dzieci. Telewizje coś organizowały, były różne wydarzenia w parkach. Zawsze można było czymś zająć wolny czas.

Ale na stałe nie chciałbym tam mieszkać. Mieszkaliśmy na Woli chyba około dwóch i pół roku i przez ten czas praktycznie nie poznałem sąsiadów z klatki.

Dla mnie było to dziwne. W Gostyniu, na Wojska Polskiego, każdy każdego znał. Na osiedlu wiedziałeś, kto gdzie mieszka, ludzie ze sobą rozmawiali.

W Warszawie odnosiłem wrażenie, że wszyscy cały czas gdzieś biegną. Każdy żył swoim życiem. Dzisiaj ten pośpiech dotarł już również do mniejszych miejscowości, ale wtedy po raz pierwszy tak mocno zauważyłem go właśnie w Warszawie.

W Polonii grałeś między innymi z Radosławem Majdanem. Jakim był kolegą w szatni?

Bardzo fajnym. Naprawdę go lubiłem. Na zgrupowaniach często byliśmy razem w pokoju.

W szatni oczywiście nieraz się z niego śmialiśmy, bo zawsze miał coś charakterystycznego w ubiorze. Jak nie jakiś pasek z wielką klamrą, to chusta, jak nie chusta, to jakaś skóra z frędzlami. Zawsze coś.

Ale miał ogromny dystans do siebie. Można było sobie z niego żartować i nie obrażał się.

Tak zresztą jest w każdej szatni. Jednego dnia żartujesz z jednego, następnego z drugiego. Mieliśmy też Radosława Gilewicza i wielu innych bardzo dobrych zawodników. To był fajny czas.

Po Polonii był jeszcze Gorzów Wielkopolski.

Tak. To był mój ostatni klub na takim poważniejszym poziomie. Zadzwonił Mariusz Niewiadomski, który był wtedy dyrektorem sportowym, i zapytał, czy nie chciałbym przyjechać.

Na początku ten pomysł średnio mi się podobał. Pojechałem jednak na rozmowy i zdecydowałem się podpisać kontrakt.

Tyle że sytuacja rodzinna była już trochę inna. Córka zaczynała szkołę i nie chciałem po raz kolejny wszystkiego jej zmieniać. Żona z córką zostały więc w Gostyniu, a ja pojechałem do Gorzowa.

Po pół roku uznałem, że nie chcę tam dalej być. Nie chodzi o kibiców. Ogólnie organizacyjnie i sportowo nie odpowiadała mi atmosfera.

Poszedłem do prezesa, porozmawialiśmy i rozwiązaliśmy kontrakt za porozumieniem stron.

Przez większość kariery rodzina była jednak z tobą w kolejnych miastach?

Już w Poznaniu mieszkaliśmy razem. Później Szczecin, Bydgoszcz, Warszawa. Żona i córka właściwie wszędzie były ze mną.

To było bardzo ważne. Nie wyobrażam sobie, że mieszkam na przykład w Szczecinie, a rodzina jest cały czas w Gostyniu i widzimy się raz na jakiś czas. Weekendami masz mecze, w tygodniu treningi, czasem wyjazdy. Ciężko byłoby normalnie funkcjonować.

Córka urodziła się, kiedy grałem w Lechu. Później zaczynała przedszkole w Gostyniu, a po kolejnej przeprowadzce chodziła do przedszkola w Warszawie.

Dla dziecka ciągłe zmiany też nie są łatwe. Poznaje nowych ludzi, zaczyna się z kimś kolegować, a za chwilę znowu przeprowadzka. Ale jakoś dawaliśmy sobie z tym radę.

Ważniejsze decyzje zawsze konsultowałem z żoną. Jeśli były dwa kierunki, rozmawialiśmy, co będzie najlepsze nie tylko dla mnie, ale dla całej rodziny.

Był też podobno temat bardzo dalekiego wyjazdu zagranicznego.

Tak. Jeszcze chyba w czasach Lecha pojawiło się zainteresowanie jakiegoś klubu z Rosji. Z tego, co pamiętam, chodziło chyba o Nowosybirsk.

Pieniądze jak na tamte czasy były naprawdę bardzo duże. Spojrzałem jednak na mapę, zobaczyłem, gdzie to w ogóle jest, jak daleko od Polski.

I powiedziałem, że nie. Pomyślałem, że jeżeli mam pójść wyżej, to równie dobrze ktoś może mnie zauważyć w Lechu. Nie chciałem jechać kilka tysięcy kilometrów od domu tylko dlatego, że finansowo wyglądało to bardzo dobrze.

Po zakończeniu tej poważniejszej części kariery wróciłeś do Gostynia. Później pojawiła się Korona Piaski. Od początku myślałeś już o trenerce?

Nie. Na początku byłem tylko zawodnikiem. Trenerem był wtedy Zbyszek Kordus.

Nie pamiętam nawet dokładnie, w jaki sposób wyszedł temat mojego przyjścia do Piasków. Rozmawialiśmy z Grzegorzem Ludwiczakiem i ostatecznie się dogadaliśmy.

Jeszcze gdzieś z tyłu głowy miałem nadzieję, że może uda się zagrać w jakimś klubie wyżej. Tylko wiedziałem też, że kiedy zejdę już na poziom czwartej ligi, mając swój wiek, to droga z powrotem do zawodowej piłki praktycznie się zamyka.

I tak rzeczywiście było.

Później zostałeś grającym trenerem Korony. Jak po latach oceniasz takie łączenie ról?

Dzisiaj już drugi raz bym się na to nie zgodził. Bardzo trudno być jednocześnie zawodnikiem i trenerem.

Jesteś na boisku, sam popełniasz błąd, a za chwilę masz zwrócić uwagę koledze, że on zrobił coś źle. Poza tym jako trener powinieneś patrzeć na cały zespół, reagować, myśleć o zmianach. A będąc zawodnikiem, skupiasz się też na własnej grze.

Nie mówię, że nikt nie potrafi tego dobrze robić. Pewnie są ludzie, którym to wychodzi. Ja po swoich doświadczeniach uważam, że lepiej być albo zawodnikiem, albo trenerem.

Tamta Korona miała bardzo ciekawy skład.

Był Tomek Majchrzak, Łukasz Fabich, Robert Przewoźny, Robert Norkiewicz, świętej pamięci Adam Kluczyk i wielu innych. Mieliśmy bardzo fajną drużynę i przede wszystkim dobrą atmosferę.

Później znów pojawiła się Kania i sezon zakończony awansem do IV ligi. Pamiętasz szczególnie mecz w Rawiczu?

Bardzo dobrze. To był mecz, który właściwie decydował o całym sezonie. Rawia była bardzo blisko nas w tabeli i gdyby wygrała, sytuacja zrobiłaby się zupełnie inna.

Ja jako trener bardzo przeżywam mecze. Nie jestem typem człowieka, który stoi dziewięćdziesiąt minut spokojnie przy ławce. Żyję tym. Krzyczę, wyrzucam emocje. Czasem też powiem zawodnikowi coś mocniej, jeśli coś mi się nie podoba.

Więc jeżeli ktoś mówi, że przed Rawiczem byłem zestresowany, to pewnie ma rację. Pojechaliśmy tam i wygraliśmy 3:1. To było ogromne uczucie ulgi i radości.

Jak wspominasz tamtą drużynę?

Przede wszystkim była oparta na zawodnikach z naszego regionu. Na chłopakach, którzy naprawdę chcieli grać dla Kani.

Nie zawsze wszystko wygrywaliśmy samymi umiejętnościami. Bardzo dużo nadrabialiśmy charakterem i walką. Jeden pomagał drugiemu.

Był Bartek Wabiński, był Maciej Bujak, Robert Przewoźny i wielu innych fajnych zawodników. Było też kilku chłopaków spoza Gostynia, ale zdecydowanie dominowali ludzie związani z naszym środowiskiem.

Wtedy piłka lokalna trochę inaczej wyglądała. Nie było aż takich zaciągów z zewnątrz jak dzisiaj. Dlatego ten awans naprawdę cieszył.

Później był jeszcze Piast Kobylin?

Tak. Po Kani jeszcze chyba przez rok prowadziłem Piast Kobylin w czwartej lidze. Później coraz mocniej zacząłem skupiać się na pracy z młodzieżą.

Jedną z drużyn, którą prowadziłeś przez dłuższy czas, był rocznik 2003. Jak wspominasz tę grupę?

Myślę, że to był jeden z najlepszych roczników, z którymi tutaj pracowałem.

W większości byli to chłopacy z 2003 roku, do tego kilku młodszych, między innymi Kacper Korytny, Bartek Mikołajczak czy Jędrek Wosiak.

Co ciekawe, przez kilka lat właściwie cały czas graliśmy ze starszymi. Kiedy wiodącym rocznikiem ligi był 2001, my mieliśmy głównie chłopaków z 2003. I mimo różnicy wieku zajęliśmy chyba trzecie albo czwarte miejsce.

Rok później wiodącym rocznikiem był 2002, a my nadal graliśmy młodszymi. Wtedy wygraliśmy ligę wojewódzką i później graliśmy baraż z Akademią Reissa Poznań. Niestety przegraliśmy.

Dopiero kolejny sezon był już właściwie naszym rocznikiem. I wtedy wygraliśmy ligę zdecydowanie. Nie przegraliśmy żadnego meczu.

W barażu trafiliśmy na Nielbę Wągrowiec.

Pierwszy mecz zakończył się 0:0. Co pamiętasz z rewanżu w Gostyniu?

Nerwy. Do przerwy wysoko prowadziliśmy, a chwilę później było już 4:0.

Pamiętam, że powiedziałem chłopakom: „Skupcie się. Skoro my mogliśmy strzelić im cztery bramki, oni też mogą strzelić nam cztery”.

I niewiele brakowało, żebym wykrakał. Nielba zaczęła strzelać. Zrobiło się 4:1, 4:2, 4:3. I wtedy dopiero były nerwy.

Na szczęście dowieźliśmy wynik i awansowaliśmy.

Później przyszły dalekie wyjazdy i zupełnie inni rywale.

Liga makroregionalna była już czymś zupełnie innym. Lechia Gdańsk, Błękitni Stargard, dalekie wyjazdy.

Dzięki sponsorom czasem udawało się zorganizować wyjazd dzień wcześniej. Chłopacy jechali w piątek, hotel, rano wspólne śniadanie i dopiero później mecz. Dla nich było to coś nowego.

I najlepsze jest to, że kiedy dzisiaj spotykam chłopaków z tamtej drużyny, wielu mówi, że była to ich najlepsza piłkarska przygoda. Dla trenera to naprawdę bardzo dużo znaczy.

Obecnie jesteś koordynatorem grup młodzieżowych. Jak zmieniła się akademia Kani?

Skala jest zupełnie inna. Kiedy zaczynaliśmy rozwijać akademię, około 2016 roku mieliśmy mniej więcej sto, może sto dwadzieścia dzieci. Dzisiaj jest ich ponad trzysta.

I to mnie naprawdę cieszy. Oczywiście zawsze znajdzie się mnóstwo rzeczy do poprawienia. Nigdy nie będzie tak, że można powiedzieć: wszystko mamy zrobione i niczego już nie trzeba zmieniać. Ale liczba dzieci, które chcą grać w piłkę, pokazuje, że warto to robić.

Teraz jest też znacznie większa konkurencja między akademiami.

Tak. W Gostyniu są różne możliwości. Jest Kania, jest Futsal Gostyń, APR. W Piaskach są Młode Orły. Mam nadzieję, że jest to zdrowa rywalizacja. Najważniejsze powinno być to, żeby dzieci miały gdzie trenować i mogły się rozwijać. Za moich czasów wybór był prosty. Chciałeś grać w piłkę w Gostyniu – szedłeś do Kani. Dzisiaj rodzice i dzieci mogą wybierać.

I zaczynają zdecydowanie wcześniej.

Zdecydowanie. Ja zaczynałem w klubie jako dziesięcio-, jedenasto- czy dwunastolatek. Dzisiaj mamy rocznik 2022. To są czterolatki.

Z jednej strony to fenomen, że takie małe dzieci już przychodzą na zajęcia. Tylko trzeba pamiętać, że w tym wieku najważniejsza jest zabawa i to, żeby dziecko polubiło ruch i piłkę.

W akademii pojawiają się również dziewczynki.

Tak i mamy kilka naprawdę fajnie zapowiadających się zawodniczek. Dobrym przykładem jest Ania Prywer.

Była wypożyczona do Lecha, później wypożyczenie się skończyło i klub zdecydował się ją pozyskać. To też jest dla nas satysfakcja.

Pokazuje, że szkolenie tutaj może dać zawodnikowi czy zawodniczce możliwość pójścia później do większego klubu.

Dzisiaj najzdolniejsi młodzi zawodnicy mogą też dużo wcześniej trafiać do większych akademii.

Tak. Możliwości są ogromne. Są szkoły mistrzostwa sportowego, akademie, skauting, turnieje. Praktycznie w każdym większym mieście znajdziesz szkołę sportową.

I tutaj trochę brakuje mi czegoś takiego w Gostyniu. Kiedy zawodnik kończy szkołę podstawową i chce poważniej rozwijać się sportowo, często zaczyna szukać szkoły w Poznaniu, Lesznie, Wrocławiu czy jeszcze gdzieś indziej.

A to często oznacza również zmianę klubu i miejsca zamieszkania. Fajnie byłoby mieć w Gostyniu możliwość, dzięki której ci najbardziej ambitni mogliby zostać tutaj, kontynuować naukę i jednocześnie trenować na odpowiednim poziomie.

Przez lata przewinąłeś się też przez Gostyńską Ligę Halową i Alfę. Jak wspominasz tamtą drużynę?

Atmosfera w Alfie była, jest i chyba zawsze będzie bardzo dobra. Natomiast mam jeden problem.

Jestem chyba jednym z nielicznych zawodników Alfy, który nigdy nie zdobył mistrzostwa Gostyńskiej Ligi Halowej. I oczywiście koledzy cały czas mi to wypominają.

Naprawdę ani razu?

Ani razu. I nie pozwalają mi o tym zapomnieć.

Graliśmy wtedy sporo ciekawych meczów, pamiętam chociażby rywalizację z As Brukiem. Po latach gdzieś tam nasze piłkarskie drogi znowu spotykały się też z Rafałem Naskrętem.

W podobnym czasie kończyliśmy poważniejszą grę, więc przy hali czy różnych turniejach znowu trafialiśmy na siebie. To jest fajne w sporcie.

Z kimś zaczynasz jako dzieciak, później każdy idzie swoją drogą, a kilkadziesiąt lat później znowu jesteście razem przy piłce.

Nadal pojawiasz się też w drużynie oldbojów Lecha.

Tak i to są naprawdę świetne wyjazdy. Szkoda tylko, że przeważnie jednodniowe [śmiech]

Oldboje Lecha grają między innymi w Pucharze Polski. Zwykle przechodzimy dwie, trzy rundy, a później trafia się zespół, który już nas po prostu zabiega.

Piłką jeszcze potrafimy operować. Techniki człowiek całkowicie nie traci. Ale szybkość już nie ta, organizm też nie ten.

Najważniejsze jest jednak samo spotkanie. Przyjeżdżamy na Bułgarską, wchodzimy do szatni i widzisz ludzi, z którymi przeżyłeś bardzo ważny okres życia. Zaczynają się rozmowy, wspomnienia, żarty.

Zawsze jadę tam z ogromną przyjemnością. Tak samo na różnego rodzaju mecze pokazowe. Byliśmy przecież w Gostyniu na stuleciu Kani.

W okresie od maja do września tych wyjazdów trochę się pojawia i jeśli tylko mam czas, bardzo chętnie biorę w nich udział.

Zostały ci z zawodowej piłki takie znajomości, które trwają do dzisiaj?

Oczywiście. Z chłopakami z Lecha cały czas się widujemy właśnie przy oldbojach albo przy okazji meczów pierwszego zespołu.

Natomiast chyba największy prywatny kontakt mam z Krzyśkiem Bąkiem. Graliśmy razem w Polonii Warszawa. Dzisiaj mieszka w Gdańsku.

Mamy naprawdę fajny kontakt i kiedy tylko jest możliwość, wybieramy się do niego. To pokazuje, że z piłki zostają nie tylko mecze czy wyniki, ale też ludzie.

Rozmawiałem z kilkoma zawodnikami, którzy grali z tobą później w Koronie czy Kani. Podkreślali, że mogli się od ciebie dużo nauczyć, bo miałeś za sobą doświadczenia z najwyższego poziomu.

Bardzo mi miło, jeśli tak mówią. Zawsze byłem skłonny do rozmowy.

Jeśli ktoś chciał o coś zapytać, dowiedzieć się, dlaczego w danej sytuacji powinien zachować się tak, a nie inaczej, starałem się podpowiadać.

Jeżeli przez lata gry na wyższym poziomie zdobyłem jakieś doświadczenie i później mogłem przekazać jego część chłopakom tutaj, to bardzo się z tego cieszę.

Przez całą twoją drogę przewinęło się bardzo wiele osób: trenerów, piłkarzy, działaczy. Gdybyś miał wspomnieć kogoś, kto miał szczególnie duży wpływ nie tylko na twoją karierę, ale również na ciebie jako człowieka?

Na pewno mama. Wychowałem się właściwie bez taty, bo zmarł, kiedy byłem w drugiej klasie szkoły podstawowej.

Mama została sama ze mną i z moim bratem. Jej bardzo dużo zawdzięczam. To, jakim człowiekiem jestem, w dużej mierze jest jej zasługą.

Zawsze mnie wspierała. Oczywiście później sam wybierałem swoje drogi, podejmowałem własne decyzje, ale podstawy dostałem od niej.

Samo wychowanie dwóch synów w pojedynkę musiało być ogromnie trudne. Dlatego jeśli miałbym wskazać jedną najważniejszą osobę, to zdecydowanie byłaby to mama.

Zaczęliśmy rozmowę od osiedla Wojska Polskiego. Jak dzisiaj, po tylu latach, wspominasz tamto miejsce?

Z ogromnym sentymentem. W moim odczuciu były to naprawdę świetne czasy.

Pod pewnymi względami dużo lepsze niż obecne, jeśli chodzi o takie zwykłe życie dzieciaków. Nie było telefonów, internetu, tych wszystkich rzeczy.

A jeśli chciałeś pograć w piłkę, nie było żadnego problemu, żeby zebrać pięciu, dziesięciu czy piętnastu chłopaków. Nie musiałeś do nikogo pisać.

Schodziłeś na dół i ktoś już był. Za chwilę ktoś zawołał kolegę, ten następnego i robiła się drużyna.

Byliśmy bardzo zżyci jako osiedle. Powiedziałbym nawet, że była to jedna wielka rodzina. Wszyscy się znali, dzieciaki razem się bawiły, sąsiedzi ze sobą rozmawiali.

Dzisiaj świat wygląda zupełnie inaczej. Nie mówię, że wszystko jest gorsze, bo młodzi mają mnóstwo możliwości, których my nie mieliśmy. Ale tamtej atmosfery trochę mi brakuje.

Na koniec: przez lata grałeś z wieloma bardzo dobrymi piłkarzami. Jest ktoś, kogo mógłbyś wskazać jako najlepszego?

Nie chciałbym wybierać jednego. Naprawdę było ich bardzo wielu.

Każdy miał coś innego. Jeden był świetny technicznie, drugi miał niesamowity charakter, kolejny doskonale czytał grę.

Ja sam zawsze wiedziałem, czego nie potrafię. Nie byłem najbardziej efektownym zawodnikiem.

Dlatego próbowałem nadrabiać tym, na co miałem wpływ – pracą, walką i sercem. I chyba właśnie dzięki temu udało mi się przeżyć w piłce tyle rzeczy, o których jako dzieciak biegający za piłką na Wojska Polskiego mogłem tylko marzyć.

Na szczeblu centralnym Krzysztof Michalski rozegrał 230 oficjalnych spotkań, w których zdobył 26 bramek. Na ten bilans składają się 192 mecze ligowe, 34 spotkania pucharowe oraz 4 występy w Pucharze Intertoto. Daje to średnio jedną bramkę na około 8,8 meczu.

Klub Liga Puchar Intertoto Bramki Łącznie
Lech Poznań 54 8 0 9 62
Pogoń Szczecin 63 20 4 10 87
Polonia Warszawa 36 5 0 4 41
Zawisza Bydgoszcz 25 0 0 3 25
GKP Gorzów Wielkopolski 14 1 0 0 15
Razem 192 34 4 26 230

W swojej karierze dwukrotnie wywalczył również bezpośredni awans do najwyższej klasy rozgrywkowej – z Lechem Poznań w 2002 roku oraz z Pogonią Szczecin w 2004 roku.

Lech Poznań: 10 marca 2001 roku, mecz II ligi Lech Poznań – Górnik Łęczna 0:0. Michalski znalazł się w podstawowym składzie Adama Topolskiego i rozegrał pełne 90 minut.

Pogoń Szczecin: 29 lipca 2003 roku, Puchar Polski, Pogoń Siedlce – Pogoń Szczecin 1:7. Rozpoczął spotkanie w pierwszym składzie zespołu Bogusława Baniaka, a debiut uczcił golem na 1:0 w 25. minucie.

Zawisza Bydgoszcz: 11 marca 2006 roku, Zawisza Bydgoszcz – Jagiellonia Białystok 0:1. Zagrał od pierwszej minuty w zespole prowadzonym przez Bogusława Baniaka.

Polonia Warszawa: 11 marca 2007 roku, Polonia Warszawa – Kmita Zabierzów 1:0. Rozegrał całe spotkanie w defensywie zespołu Waldemara Fornalika, a Polonia zachowała czyste konto.

GKP Gorzów Wielkopolski: 30 sierpnia 2008 roku, Widzew Łódź – GKP Gorzów Wielkopolski 3:0. Michalski rozegrał pełne 90 minut w drużynie prowadzonej przez Mieczysława Broniszewskiego.

Na najwyższym szczeblu rozgrywek Krzysztof Michalski zadebiutował 3 sierpnia 2002 roku w barwach Lecha Poznań. Kolejorz pokonał przy Bułgarskiej KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 2:0. Michalski pojawił się na boisku w 60. minucie, zastępując Artura Bugaja. Trenerem Lecha był wówczas Bogusław Baniak.

W 2005 roku z Pogonią Szczecin Michalski wystąpił w Pucharze Intertoto. Rozegrał wszystkie cztery spotkania i zdobył jedną bramkę.

18 czerwca 2005 roku Pogoń wygrała na wyjeździe z Tiligulem Tyraspol 3:0, a Michalski zdobył gola w 90. minucie. W rewanżu szczecinianie zwyciężyli 6:2. W kolejnej rundzie Pogoń uległa na wyjeździe Sigmie Ołomuniec 0:1, a rewanż w Szczecinie zakończył się bezbramkowym remisem.

Bilans Michalskiego w Intertoto: 4 mecze, 360 minut i 1 gol.

Prośba o kawę

📸 Fot. archiwum prywatne Krzysztofa Michalskiego

Przewijanie do góry