Dla Mateusza Muchy piłka nożna od dziecka była czymś więcej niż tylko sportem. Najpierw rodzinne granie, później treningi w Kani Gostyń, mecze przy Sportowej, pierwsze seniorskie występy i momenty, które na długo zostały w pamięci. W rozmowie wracamy do jego piłkarskich początków, występów w Kani, szansy na większe granie, problemów zdrowotnych oraz ludzi, którzy byli przy nim w najważniejszych chwilach sportowej drogi.

Mirek Prętkowski: Szymon Olejniczak w swoim wywiadzie wspomniał, że pamięta Cię już ze swojego pierwszego treningu w Kani Gostyń. A Ty jak zapamiętałeś tamte początki? Kiedy piłka naprawdę weszła do Twojego życia?
Mateusz Mucha: Szczerze? Myślę, że była w nim od zawsze. Mój tata i brat grali w piłkę i od kiedy pamiętam to była nasza forma spędzania czasu. Mieliśmy nawet swój rodzinny klub FC KAMP, którego nazwa zaczynała się kolejno od imion mojego kuzyna, brata, mojego oraz kuzynki. Na bramce czasem stawała babcia, a w parku na górach szukaliśmy pierwszych rywali.
Pamiętam jednak moment, w którym rozpoczęła się na poważnie. Wydaje mi się, że mogłem mieć wtedy 6–7 lat, gdy byliśmy z tatą kibicować mojemu bratu na turnieju w Piaskach. Oczywiście, jak to młody chłopak, nie mogłem za długo wysiedzieć i oglądać, jak grają inni, tylko chciałem robić to samo, dlatego obok grających zawodników podawałem sobie piłkę z tatą. Po jakimś czasie, gdy zrobiliśmy przerwę, podszedł do nas trener Jerzy Bajer i powiedział, żebym przyszedł na trening, bo widzi we mnie potencjał, i tak został moim pierwszym trenerem. W tamtym momencie nie było kategorii dla chłopaków w tym wieku i trenowałem razem z moim bratem, który jest 4 lata starszy.
W tamtych grupach treningowych pojawiali się też młodsi chłopacy i tutaj trudno nie wrócić do Szymona. Pamiętasz go z tamtych lat? Już wtedy było widać, że ma w sobie ten piłkarski ogień i sportowy charakter?
Tak, pamiętam Szymona jeszcze z orlików. Na pewno było widać w nim ten ogień i pasję do piłki. Był bardzo akrobatyczny, natomiast w tamtym okresie różnica dwóch roczników znaczyła jeszcze bardzo dużo. Musiał cierpliwie trenować, aby pokazać, na co go stać.
Kania Gostyń przewija się przez całą Twoją piłkarską drogę. Co dla Ciebie znaczył ten klub, kiedy byłeś młodym chłopakiem? To było po prostu miejsce treningów, czy jednak coś dużo ważniejszego?
To było na pewno coś więcej. Pamiętam, jak jako młody chłopak chodziłem z bratem i jego kolegami na mecze Kani, która grała w 3 lidze (dzisiejsza 2 liga) i walczyła o awans. Mieliśmy swoich idoli w tamtej drużynie i było to dla nas marzenie, aby wejść na ten poziom. Zaraz po meczu biegliśmy na „wały” i mieliśmy swój mecz. Pamiętam wtedy, że na naszym osiedlu zamieszkał jeden z moich ulubionych piłkarzy tamtej ekipy, czyli Tomek Nowak, który zrobił później całkiem niezłą karierę. Traktowaliśmy go jako gwiazdę, a gdy odpowiedział nam cześć byliśmy wniebowzięci.
Jakim zawodnikiem był Mateusz Mucha w juniorskich latach? Bardziej spokojnym rozgrywającym, walczakiem w środku pola, czy piłkarzem, który lubił brać ciężar gry na siebie?
Nie wiem, czy to dobrze zabrzmi, ale myślę, że każdym z nich. Od zawsze lubiłem brać ciężar gry na siebie, wkurzałem się, gdy tylko nie miałem piłki, wiedziałem, ile mogę dać drużynie. Gdy jednak miałem już piłkę przy nodze, byłem spokojny i wiedziałem, co chcę zrobić, natomiast jeżeli trzeba było, umiałem zacisnąć zęby i „pojechać na dupie”.
Ja zapamiętałem Cię z tego, że byłeś bardzo wszechstronnym zawodnikiem. Większość meczów grałeś jako środkowy pomocnik, ale było też sporo zagranych na środku obrony. Jakbyś miał porównać te dwie pozycje, to która według Ciebie jest bardziej odpowiedzialna i na której z nich czułeś się lepiej?
Zdecydowanie lepiej czułem się jako środkowy pomocnik. Faktycznie w ostatnim okresie więcej grałem na obronie, ale było to jednak wymuszone, a moją pozycją od zawsze był środek pomocy i to tam spędziłem większość mojej przygody z piłką. Ten wybór jest związany trochę z poprzednim pytaniem. Grając na pomocy jesteś cały czas pod grą, jesteś tzw. „rozgrywającym”, a wszystko co się dzieje na boisku, musi przechodzić przez ciebie i to ty w wielu momentach decydujesz, jak wygląda gra zespołu. Kiedy byłem w dobrej dyspozycji, to tam mogłem dać drużynie najwięcej.
Jeżeli chodzi o środek obrony to jest to według mnie prostsza pozycja. Oczywiście, odpowiedzialność jest bardzo duża, ponieważ za tobą zostaje już tylko bramkarz, natomiast intensywność biegania jest dużo mniejsza, a ze względu na tą odpowiedzialność nie podejmuje się tak dużo ryzyka, a najczęściej podaje się do najbliższego. Moja zmiana pozycji w końcowym okresie była właśnie z tym związana. Z uwagi na to, że mieszkałem w Poznaniu nie mogłem brać udziału we wszystkich treningach.
W końcowym okresie często zdarzało się tak, że przyjeżdżałem na piątkowy trening, a w weekend grałem mecz. W związku z tym nie byłem w pełni przygotowany i na pozycji obrońcy można było ukryć niektóre moje braki, a z kolei mogłem wykorzystać niektóre atuty, jak dobry przerzut, czy spokój w rozegraniu. Było to również coś ci mi doskwierało, ponieważ byłem przyzwyczajony do wysokiego poziomu i zawsze dużo od siebie wymagałem, a przez brak regularnych treningów i częste urazy nie mogłem pokazać 100% swoich umiejętności.
W 2015 roku zostałeś wybrany najlepszym zawodnikiem Turnieju o Puchar Burmistrza Gostynia. Pamiętasz ten turniej? Takie indywidualne wyróżnienia dawały Ci wtedy dodatkową motywację?
Pamiętam go dobrze. Trener podzielił nas na dwa zespoły. W moim byli głównie młodzi zawodnicy, a w drugim zawodnicy doświadczeni. Finalnie zmotywowało nas to, aby pokonać starszych i wygraliśmy ten turniej. Pamiętam również, że byłem bliski zostania najlepszym strzelcem turnieju, ale koledzy postanowili inaczej. Druga drużyna grała ostatni mecz z ostatnią drużyną turnieju. Ten mecz nie miał już znaczenia dla układu końcowej tabeli, dlatego koledzy grali na to, aby Pako strzelił jak najwięcej goli i wyprzedził mnie w końcowej klasyfikacji strzelców. Udało się natomiast zdobyć tytuł najlepszego zawodnika turnieju. Na pewno było to coś miłego i motywującego, ponieważ byłem wtedy cały czas zawodnikiem, który walczy o miejsce w pierwszej jedenastce. W seniorskiej piłce nie ma wiele okazji do zdobycia takich wyróżnień, dlatego na pewno cieszyło to dodatkowo i przypomniało trochę młodzieńcze lata.
Pamiętasz swój debiut w seniorskiej drużynie Kani? I czy był później taki moment, w którym poczułeś, że nie jesteś już tylko młodym zawodnikiem wchodzącym do zespołu, ale naprawdę ważną częścią drużyny?
Wydaje mi się, że tak, ale nie mam 100-procentowej pewności. W mojej głowie jest to mecz ze Spartą Miejska Górka w Gostyniu, gdzie wszedłem na dosłownie kilka minut, a cały mecz wygraliśmy wynikiem 2:1. Miałem wtedy jakiś bardzo przypadkowy numer na koszulce, z tego co pamiętam był to numer 2.
Dużo lepiej natomiast pamiętam ten drugi moment. Był to mecz derbowy w Krobi, gdzie w 26 minucie poważnej kontuzji nabawił się Krzysztof Pakosz, który był jednym z liderów zespołu. Trener Michalski postanowił dać mi szansę na pozycji skrzydłowego, a ja strzeliłem w tym meczu dwie bramki. Wygraliśmy cały mecz 6:2 i radość była ogromna. Był to mecz derbowy, dlatego emocje były jeszcze większe. Po tym meczu dostałem pierwszą szansę w wyjściowym składzie, a większość czasu grałem jako napastnik/skrzydłowy.
Przejście z piłki juniorskiej do seniorskiej dla wielu zawodników bywa dużym zderzeniem z rzeczywistością. Co dla Ciebie było wtedy największą różnicą: tempo gry, fizyczność, odpowiedzialność, a może mentalność starszych zawodników?
Myślę, że pierwsze zderzenie na tym etapie mogło wystąpić przy wejściu do seniorskiej szatni, która w tamtym momencie była bardzo doświadczona, a jakość była bardzo wysoka. Miałem natomiast to szczęście, że duża część zawodników grała wcześniej z moim bratem lub po prostu go znali, znali też mnie, bo wcześniej brat zabierał mnie często na gierki ze starszymi kolegami.
Jeżeli chodzi już o samo boisko, to na pewno tempo gry było wyższe, natomiast w momencie, w którym wszedłem do pierwszej drużyny, graliśmy jeszcze w okręgówce i walczyliśmy o awans. W tamtym momencie poziom tej ligi był dla mnie idealny do pokazania się. Wchodziłem z ławki na podmęczonego rywala i zawsze udawało mi się coś wykreować. Prawdziwa różnica była widoczna po awansie do IV ligi. Tam zespoły były, po pierwsze, bardzo dobrze poukładane i ta fizyczność była na dużo wyższym poziomie. Przeciwnicy nie słabli już w ostatnich minutach, a poziom gry był znacznie wyższy i szybszy. Pamiętam z tamtego okresu, że branie odpowiedzialności również było dużo cięższe, ponieważ nie walczyliśmy już o awans, a o utrzymanie, i każda strata powodowała, że przeciwnik nadciągał z groźnym atakiem.
Patrząc z boku, widać było, że miałeś bardzo dobre wyszkolenie techniczne i duży spokój w grze. To była Twoja naturalna cecha, czy efekt wielu lat treningów i grania? Nad czym w piłce musiałeś pracować najwięcej?
Wydaje się, że miałem pewne predyspozycję, więc przychodziło mi to trochę łatwiej, ale bez wielu lat treningów nie byłoby to możliwe. Wszędzie gdzie tylko mogłem podbijałem piłkę lub obijałem ściany. Być może gra ze starszymi kolegami pomogła mi w uzyskaniu tego spokoju, ponieważ byłem słabszy fizycznie i musiałem myśleć dużo szybciej, być dwa kroki do przodu. Był to mój atut, ponieważ już przed dostaniemy piłki, wiedziałem co chce z nią zrobić i szybko podejmowałem decyzje. Na pewno dużo pracowałem nad dłuższymi podaniami, bardzo lubiłem zmieniać ciężar gry na drugą stronę.
W seniorach często idealna zmiana strony w stylu „cięta róża” cieszyła niemal jak asysta lub bramka, szczególnie gdy szła za tym akcja bramkowa. Razem z Radkiem Wachowskim wyspecjalizowaliśmy się w tym. Dużą uwagę przykładałem również do strzałów, szczególnie w młodzieńczych latach strzelałem wiele goli z dystansu. Przy tym wszystkim wykorzystywałem wspomnianą technikę, która nie była może widowiskowa, nie robiłem wielu zwodów, sztuczek, ale była widoczna w krótkim, kierunkowym przyjęciu, które pozwalało na szybkie oddanie strzału.
Szymon nazwał Cię w swoim wywiadzie super człowiekiem i genialnym zawodnikiem z umiejętnościami na naprawdę dużą piłkę. Jak odbierasz takie słowa od kolegi z boiska?
Szymon jest naprawdę super gościem i dziękuję mu bardzo za te słowa. Spędziliśmy razem naprawdę dobry czas w drużynie seniorskiej, a on zawsze był tym wspierającym i wnosił bardzo dużo pozytywnej energii do zespołu. Bardzo miło słyszeć takie słowa, z drugiej jednak strony można pomyśleć szkoda, że nie poszedłem krok dalej.
Patrząc z perspektywy czasu, masz poczucie, że mogłeś w piłce osiągnąć więcej, czy raczej jesteś spokojny o to, jak potoczyła się Twoja sportowa droga?
Dzisiaj patrzę na to z dystansem, ponieważ wiem jak trudno jest zrobić dużą karierę w piłce, natomiast gdy cofam się do tych wspomnień, gdy byłem w swoim najlepszym okresie zawsze pojawia się myśl „a co by było gdyby?”. W momencie, gdy kończyłem szkołę podstawową, byłem naprawdę wyróżniającym się zawodnikiem. Byłem regularnie powoływany na kadrę wojewódzką, gdzie grałem w pierwszym składzie. Byłem na kilku treningach Lecha Poznań, a także na meczu testowym z Legią w Warszawie i na tle grupy wyglądałem bardzo dobrze.
Trener Wojciech Tomaszewski, który był wtedy równocześnie trenerem Lecha Poznań oraz kadry, bardzo mnie cenił i koniecznie chciał, abym przyszedł do Lecha i rozpoczął naukę w Poznaniu. Była to trudna decyzja na tamtym etapie, ponieważ byłem jeszcze bardzo młody, musieliśmy z mamą poważnie się nad tym zastanowić, natomiast trenerowi bardzo zależało i wydawało się, że się dogadamy, ale wtedy… rozpoczęły się moje kłopoty z kolanami, które zatrzymały moją przygodę.
Na późniejszym etapie, już w seniorach Robert Przewoźny, z którym miałem przyjemność grać wcześniej w Kani, również uważał, że mam potencjał na dużo większe granie. Robert miał przeszłość i znajomości w Warcie Poznań i zaproponował, że mógłbym pojechać na trening do Poznania i spróbować swoich sił. Muszę przyznać, że nie do końca w to wierzyłem, ponieważ miałem już wtedy 18 lat i było to moim zdaniem trochę późno na poświęcenie się w 100% piłce. Stwierdziłem jednak, że spróbować zawsze warto.
Był to trening w przerwie zimowej, boiska nie były najlepsze, a Warta tego dnia trenowała na orliku. Myślę, że wypadłem nieźle natomiast Warta miała wtedy bardzo równy, młody skład i na jego tle być może nie wyróżniałem się, ale też nie odstawałem. Po treningu dostaliśmy informację, że trening wypadł dobrze, ale Warta na ten moment ma pełny skład i mógłbym dołączyć do drużyny juniorów, którzy grali w tamtym okresie w Centralnej Lidze Juniorów. Nie było to jednak coś na co liczyłem i uznałem, że trzeba priorytety postawić gdzieś indziej.
W piłce, nawet tej lokalnej, są piękne momenty, ale też rozczarowania, kontuzje, słabsze rundy czy mecze, po których długo zostaje niedosyt. Co dla Ciebie było największym testem charakteru?
Myślę, że były to problemy zdrowotne. Na pewnym etapie muszę przyznać, że ten test oblałem. Wspomniane problemy z kolanem wynikały prawdopodobnie z szybkiego rozwoju, a także dużego wysiłku, który w tamtym okresie miałem. Kontuzja w pierwszym okresie wykluczyła mnie na dobre kilka miesięcy, a może nawet pół roku. W tym wieku taka przerwa to naprawdę duża strata, ponieważ rówieśnicy rozwijają się bardzo szybko. Po powrocie zacząłem wracać na dobre tory, zostałem powołany do kadry wojewódzkiej, natomiast widziałem już że coś się zmieniło.
Zawodnicy, którzy wcześniej byli słabsi teraz byli już na tym samym poziomie, a ci którzy przeszli z lokalnych klubów do Lecha, zrobili bardzo duży postęp. Był to dla mnie trudny moment, natomiast chciałem dalej walczyć, ale chwilę później kontuzja się odnowiła i znowu miałem przerwę w grze. Nie do końca było wiadomo co mi jest, chodziłem na rehabilitację, ale efekty przychodziły bardzo wolno, wracałem do treningów i znowu było coś nie tak. W końcu w którymś momencie po prostu odpuściłem i moja przygoda z Kanią się zakończyła, a powrót nastąpił dopiero po około 3 latach.
Są w Twojej piłkarskiej drodze ludzie, którym dziś szczególnie chciałbyś podziękować — trenerzy, koledzy z drużyny, rodzina, kibice albo ktoś, kto był przy Tobie w ważnych momentach?
Tych ludzi jest naprawdę wielu, nie chciałbym nikogo urazić, bo aby wymienić wszystkich musielibyśmy poświęcić na to cały wywiad. Szczęśliwie mogę powiedzieć, że cała rodzina wspierała mnie w mojej pasji. Mój tata był ze mną na każdym turnieju, czy meczu. Gdy byłem naprawdę młody i jechałem na pierwszy turniej, ale i w seniorskiej piłce jeździł z nami na każdy wyjazd. Mama woziła mnie często na treningi, przymykała czasem oko na to, że piłka jest ważniejsza od wszystkiego innego i wspierała w całym tym okresie, za co bardzo jej dziękuję. Wiele zawdzięczam również bratu Arturowi, który zabierał mnie ze sobą na gierki i treningi ze swoimi kolegami.
Babcia wycinała z gazety każdą wzmiankę na mój temat i dzisiaj mam wspaniałą pamiątkę w postaci trzech pełnych zeszytów. To stąd wiem, że zmiana w meczu w Krobi była w 26 minucie :). Dodatkowo Dziadek bardzo mi kibicował i był na każdym meczu domowym. Duże podziękowania należą się wszystkim kolegom, z którymi dzieliłem szatnię, a także trenerom. Każdy z nich wniósł coś do mojej przygody z piłką. Dziękuję również kibicom, z którymi rozmowy po meczach były zawsze bardzo ciekawe i czuć było ich wsparcie.
Czego piłka nauczyła Cię poza samym boiskiem? Jest coś, co zostało z Tobą do dziś w normalnym życiu?
Myślę, że nauczyła mnie przede wszystkim pracy zespołowej, dyscypliny, poświęcenia i nieustępliwości. Zawsze dawałem z siebie 100% i teraz staram się przenosić to na życie codzienne. Na pewno zostało również ze mną mnóstwo wspomnień, znajomości, a także przyjaźni. Jest to coś naprawdę wartościowego.
Kiedy patrzysz dziś na Kanię Gostyń i ludzi związanych z klubem, to co czujesz? Nadal śledzisz wyniki i interesujesz się tym, co dzieje się przy Sportowej?
Nadal budzi we mnie emocje. Mieszkam aktualnie w Poznaniu, więc nie mogę regularnie pojawiać się na meczach, natomiast zawsze sprawdzam wynik i interesuje mnie co się dzieje w klubie. Co jakiś czas mam też kontakt z Trenerem Wosiakiem, który bardzo we mnie wierzył i nadal chętnie widziałby mnie w składzie. Pozdrawiam go serdecznie z tego miejsca. Klub tak naprawdę tworzą ludzie i zawsze będę im dobrze życzył i kibicował.
Mimo że zakończyła się przygoda z ligową piłką nożną, sport nadal jest nieodłącznym elementem Twojego życia. Czy dziś największą pasją są górskie wędrówki oraz biegi górskie, które skutecznie zastąpiły boiskowe emocje?
Od małego sport był częścią mojego życia i ciężko mi jest z niego całkowicie zrezygnować. Dzisiaj nadal lubię się zmęczyć, a góry dają mi naprawdę dużo spokoju, wytchnienia i redukują stres, a z drugiej strony wnoszą tą nutkę adrenaliny. Mimo wysiłku to tam odpoczywam najlepiej.
Czego życzyć Mateuszowi Musze? Zdrowia, spokoju, a może jeszcze jakiegoś powrotu na boisko?
Przede wszystkim zdrowia, bo to ono jest najważniejsze, bez niego trudno realizować swoje pasje. Dodatkowo powodzenia w nowej roli, ponieważ moja żona jest aktualnie w ciąży i już niedługo zostanę ojcem. Zobaczymy jak odnajdę się na tej pozycji 🙂
A więc wszystkiego najlepszego dla Ciebie i żony. A odnośnie imion dla dzieci – w czasach największych sukcesów polskiej piłki mówiło się podobno, że jak będzie chłopiec, to Robert, a jak córka, to Gadocha, nawiązując do znakomitego skrzydłowego Roberta Gadochy. Jak będzie u Was?
Dziękuję bardzo. Niestety moja żona nie jest aż taką fanką piłki nożnej jak ja, więc musieliśmy pójść w coś bardziej standardowego i czekamy na Gabrysię 🙂
Dziękuję za rozmowę.























📸 Fot. Piekło Czantorii – Magdalena Sedlak, gostynska.pl, rawicz24.pl, zycie-gostynia.pl, archiwum prywatne Mateusza Muchy



