Damian Krzyżostaniak. Grająca legenda Kani Gostyń

Damian Krzyżostaniak to zawodnik, który od lat trzyma środek obrony Kani, zdobywa ważne bramki i wciąż nie traci sportowego zapału. W rozmowie z nim wracamy do początków z piłką, kolejnych trenerów, wejścia do seniorskiej drużyny i awansów do IV ligi. Pytamy także o grę z Sebastianem Fechnerem, brata bramkarza, pucharowy finał w Pępowie, obecną siłę Kani oraz młodzież, która dziś patrzy na sport nieco inaczej niż dawniej.

Damian Krzyżostaniak

Mirek Prętkowski: Tak jak każdego pytam o początki, pierwsze zabawy z piłką. Jak to u Ciebie się rozpoczęło? Jakie masz pierwsze wspomnienia z piłką?

Damian Krzyżostaniak: Pamiętam, że w szkole była liczna grupa chłopaków, którzy całkiem dobrze grali w piłkę. Ja też coraz częściej po lekcjach chodziłem z kolegami pograć i z czasem szło mi coraz lepiej. Chłopacy zaczęli mnie zachęcać, żebym przyszedł na trening.

Wtedy tych roczników było dosyć dużo. Chyba były trzy grupy, które prowadził trener Bajer. Ja zaczynałem w tej trzeciej, teoretycznie słabszej grupie. Po jakimś czasie zajęcia zostały zawieszone i przez pewien okres nie mieliśmy regularnych treningów. Trener Bajer miał wtedy chyba dwie pierwsze grupy, chociaż mogę się mylić, bo mówię to już z pamięci.

Później dla naszej trzeciej grupy przyszedł trener Kabała i treningi znowu ruszyły regularnie. Zaczęliśmy jeździć na turnieje i tak krok po kroku przechodziłem przez kolejne grupy młodzieżowe. Raz łączyłem się z rocznikiem starszym i trafiałem do trenera Wosiaka, raz z rocznikiem swoim i młodszym do trenera Kabały. Tak to się wszystko rozwijało aż do seniorów.

Od dziecka wyróżniałeś się wzrostem? Pytam w kontekście pozycji na boisku, bo od lat kojarzymy Cię przede wszystkim jako środkowego obrońcę.

Można powiedzieć, że od samego początku trochę mnie pod tym kątem ustawiono. Byłem wyższy od rówieśników. Taki większy przeskok wzrostu miałem mniej więcej około szóstej klasy szkoły podstawowej. Później, pomiędzy pierwszą a drugą klasą gimnazjum, doszła też fizyczność i masa mięśniowa.

Byłem zawodnikiem szybko dojrzewającym fizycznie i z czasem przesunięto mnie do gry z rocznikiem starszym. Mierzyłem się wtedy z kolegami rok czy dwa lata starszymi.

Twoim zdaniem gra ze starszymi pomaga w rozwoju?

Uważam, że tak, ale pod warunkiem, że zawodnik jest w stanie w miarę im dorównać – piłkarsko i fizycznie. Jeśli różnica jest za duża, to może być ciężko zrobić krok do przodu. Częste straty piłki mogą powodować brak pewności siebie, a wtedy trudniej poprawiać swoje umiejętności. Czasami lepiej zrobić krok w dół, grać więcej i dalej się rozwijać.

Masz z okresu młodzieżowego jakiś szczególny turniej albo wyjazd, który wspominasz najcieplej?

Szczerze mówiąc, nie mam jednego takiego momentu. Było sporo wydarzeń, ale wiele rzeczy z tamtych lat trochę już wyleciało z głowy. Jeździliśmy na obozy między innymi do Opalenicy i do Błażejewka, jeśli dobrze pamiętam.

Pamiętam też, że wygraliśmy ligę okręgową, ale niestety nie wystąpiliśmy wtedy w Lidze Wojewódzkiej. Nie wiem, czy zdecydowały względy finansowe, czy organizacyjne. Kiedyś mało klubów grało w ligach wojewódzkich. Teraz po reorganizacjach wszystko wygląda trochę inaczej, są pierwsze i drugie ligi.

W Kani Gostyń chyba po raz pierwszy w Lidze Wojewódzkiej zagrał rocznik trenera Pospiecha, prawdopodobnie rocznik 1992. Wtedy przyszło też kilku chłopaków z Krobi czy ze Śremu.

Trener Grzegorz Wosiak wspominał, że jako 16-latek awansowałeś do drużyny seniorów. To był czas, kiedy w zespole grali między innymi Zbigniew Witkowski czy Bartosz Krajka. Jak wspominasz wejście do seniorskiej piłki?

Było to trudne. Wcześniej grałem z kolegami rok czy dwa lata starszymi, ale wejście do seniorów to był jeszcze większy przeskok. Do drużyny weszło wtedy trzech juniorów, ale ja zadomowiłem się w tej kadrze na dłużej, regularnie chodziłem na treningi.

Najtrudniejsze było to, że byłem najmłodszy i byłem w tym trochę sam. Była pewna bariera. Z drugiej strony mogłem bardzo dużo nauczyć się od doświadczonych zawodników. Grał Zibi Witkowski, byli też inni. Później, kiedy rozpadła się Korona Piaski, do Kani trafili między innymi Robert Przewoźny czy Adam Kluczyk. Od takich zawodników można było sporo podpatrzeć.

Patrząc z perspektywy czasu, ten młodzieńczy wiek był też takim głupim okresem. Dzisiaj wiem, że można było na piłkę postawić jeszcze mocniej.

Kto był wtedy trenerem seniorów?

Jeszcze trener Zbigniew Kordus. Później byli kolejni szkoleniowcy: Michalski, Pospiech, Łuczak i Kędziora. Przez te wszystkie lata pracowałem z wieloma trenerami. Kiedy sobie o tym pomyślałem, sam byłem zaskoczony, że było ich aż tylu.

Pamiętasz awans z A-klasy do okręgówki, a później ten ważny mecz z Rawią Rawicz, który dał awans do IV ligi?

Tak, z A-klasy awansowaliśmy do okręgówki, a później był ten mecz w Rawiczu. Miałem wtedy 18 lat i to był jeden z moich najbardziej pamiętnych meczów.

Od początku rundy walczyliśmy z Rawiczem. W drużynie seniorów nie byłem jeszcze długo, więc dla mnie to były pierwsze takie duże doświadczenia. W przedostatniej kolejce graliśmy na wyjeździe z Rawią. Mieliśmy nad nimi chyba punkt albo dwa przewagi i zwycięstwo dawało nam wygraną w całych rozgrywkach.

Była lekka trema, bo to był mecz o zwycięstwo w lidze, ale wygraliśmy 3:1. Zdobyliśmy wtedy bardzo ładne bramki. Robert Przewoźny strzelił pięknego gola z rzutu wolnego, Krzysiu Strugała też wtedy zdobywał bramki. Pamiętam, że Krzychowi na ostatnim przedmeczowym treningu nie szło, ale dostał szansę i zagrał znakomity mecz.

Po awansie długo nie utrzymaliście się wtedy w IV lidze?

Po awansie do IV ligi drużynę prowadził trener Krzysztof Michalski. Pamiętam mecz z KKS-em Kalisz, który był wtedy bardzo mocnym zespołem i aspirował do awansu do III ligi. Przegraliśmy 0:5, a po tym spotkaniu trener Michalski został zwolniony. Jego miejsce zajął trener Kędziora, który dał zespołowi nowy impuls. Były lepsze momenty przeplatane gorszymi, jednak nie wystarczyło to, aby utrzymać się w IV lidze i po roku nastąpił spadek.

W kolejnych latach zespół prowadzili trenerzy Łuczak i Pospiech. Udało nam się ponownie wywalczyć awans do IV ligi, jednak później trafiliśmy na reorganizację rozgrywek. Miejsce, które w normalnych okolicznościach dawałoby utrzymanie, przez zmiany okazało się niewystarczające. Spadało wtedy praktycznie pół ligi, dlatego nie udało nam się pozostać na tym poziomie. Po trenerze Pospiechu drużynę przejął trener Wosiak, który prowadzi ją do dziś.

Chciałem zapytać o Sebastiana Fechnera. Kiedy dołączył do drużyny i jak wspominasz grę z tak doświadczonym zawodnikiem?

Sebastian dołączył do nas w trakcie rozgrywek IV ligi, chyba za pierwszym razem, kiedy awansowaliśmy na ten poziom. Był dużym liderem zespołu.

Trzeba było być przy nim twardym i wytrwałym zawodnikiem, bo wielu młodych mogło się zrazić po kilku ostrych słowach. Była to taka próba charakteru. Każdy z nas musiał to przeżyć, przetrwać i trochę się ukształtować. Uważam, że dzisiaj wielu młodym zawodnikom tego brakuje.

Z Sebastianem zagrałem dużo meczów na środku obrony. Później grał też na lewej stronie, gdzie często robił przewagę w bocznych sektorach. Trener Pospiech chciał grać ofensywnie bocznymi obrońcami, a Sebastian miał naturalny ciąg na bramkę. Dużym ułatwieniem było to, że kiedy wchodził w pojedynek główkowy czy szybkościowy, można było zakładać w ciemno, że ten pojedynek wygra. Bardzo dobrze nam się wspólnie grało i rozumieliśmy się na boisku.

Jesteś środkowym obrońcą, ale przez lata potrafiłeś odnajdywać się też w polu karnym rywala i zdobywać bramki. To było trenowane, czy po prostu miałeś taki dar?

Trochę miałem taki dar. Z racji warunków fizycznych rzuty rożne były często trenowane pode mnie. Potrafiłem odnaleźć się w polu karnym i wywalczyć sobie pozycję.

Z biegiem lat nie chcę powiedzieć, że zatraciłem tę umiejętność, bo nadal zdobywam bramki, ale zdarza się, że umiem sobie ustawić obrońcę, wywalczyć miejsce, a potem brakuje kilku centymetrów, żeby tych goli było jeszcze więcej.

Był taki czas w Kani, kiedy grałeś ze swoim bratem, który był bramkarzem. Ty na środku obrony, za Tobą brat w bramce. Jak to wspominasz?

Dla mnie było to dosyć naturalne. Mieliśmy dobre relacje, więc nie odczuwałem specjalnie, że za mną stoi brat. Po prostu graliśmy razem.

Brat miał epizod w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Pograł trochę na poziomie trzecioligowym, był wypożyczany do łódzkich klubów. W Łodzi zdobyli wicemistrzostwo Polski juniorów, jeśli dobrze pamiętam, więc jego aspiracje były wyższe. Trenerzy mówili jednak, że na bramce trochę zabrakło mu wzrostu.

Po Łodzi wrócił do Polonii Leszno, a później do Kani. Aktualnie reprezentuje barwy Avii Kamionki, więc znowu będzie okazja się spotkać, bo Avia jest świeżo upieczonym beniaminkiem IV ligi. Już kiedyś graliśmy przeciwko sobie, kiedy był w Polonii Leszno, a teraz znów będzie taka okazja.

Kiedy Sebastian Fechner był w drużynie, to on był kapitanem. Po jego odejściu zostałeś naturalnym następcą?

Na początku byłem zastępcą kapitana. Jeśli Sebastian nie grał, to ja pełniłem tę funkcję. Później trener Wosiak mianował kapitanem Radka Wachowskiego, więc w pierwszej kolejności był Radek, a później ja.

Radek to bardzo waleczny zawodnik. Poza boiskiem spokojny, ale na murawie charakterny i nieodstawiający nogi. Napędzał drużynę, angażując się zarówno w grę ofensywną, jak i defensywną. Można było na nim polegać zarówno w obronie, jak i w ataku.

Kania w dużej mierze opiera się na lokalnych zawodnikach. W sezonie 2024/25 przyszedł awans do IV ligi. Jak wspominasz tamten sezon?

Drużyna była oparta na wychowankach, ale została też wzmocniona kilkoma zawodnikami z zewnątrz. Była presja, bo celem był awans. Kiedy szło dobrze, było dobrze, ale źle wystartowaliśmy rundę wiosenną i pojawiły się znaki zapytania.

Presja narastała, bo każdy oczekiwał, że awansujemy, a punkty uciekały. W pewnym momencie zaczęliśmy jednak regularnie wygrywać. Pech chciał, że Zefka Kobyla Góra też wygrywała swoje mecze, często po 1:0, ale jednak wygrywała. Skończyło się na barażach.

Najpierw był mecz w Śremie z Wartą. Prowadziliśmy 3:0 i wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Uważam, że Warta była mocnym zespołem, ale bardzo dobrze graliśmy w obronie, wyprowadzaliśmy bardzo szybkie kontrataki, po których stwarzaliśmy sobie dużo sytuacji bramkowych Potem przyszła czerwona kartka i zaczęły się nerwy. Był moment, że zostaliśmy zepchnięci do obrony, ale przetrwaliśmy i awansowaliśmy do finału baraży.

W finale też nie obyło się bez problemów. Dwóch kluczowych zawodników pauzowało za kartki: Mateusz Snuszka, który w meczu z Wartą dostał dwie żółte kartki, oraz Robert Kręgielczak. Nie było też Narcyza Gendery, który miał zaplanowany wyjazd po sezonie. Mieliśmy problem ze skompletowaniem linii obrony, ale ostatni mecz trzeba było po prostu wygrać. Nie chodziło o fajerwerki, tylko o wynik. Bramkę w finale zdobył Jakub Harendarz.

Po awansie podstawowym celem było utrzymanie?

Tak, głównym celem było utrzymanie. Trener od początku uczulał nas, że z naszej wielkopolskiej grupy może spaść sporo drużyn, bo dużo zależy od trzecioligowców. Bezpieczne może okazać się dopiero 12. miejsce i trzeba będzie zdobyć przynajmniej 40 punktów.

To nie jest mało jak na drużynę, która ma się bronić przed spadkiem. Wiedzieliśmy, że nie wystarczy wygrywać tylko z samym dołem. Trzeba regularnie punktować, żeby utrzymanie spokojnie dowieźć.

Jesienią bardzo ważny był mecz w Piaskach z Koroną. Zdominowaliście rywala i wygraliście zasłużenie 4:0.

Ten mecz dał podwójną radość. Po pierwsze wygraliśmy z lokalnym rywalem, a takie mecze zawsze mają dodatkowy ciężar. Po drugie zdobyliśmy trzy bardzo ważne punkty do tabeli. Korona też broniła się przed spadkiem, więc była to drużyna w naszym zasięgu. Zwycięstwo podniosło morale zespołu. Wyszliśmy bardzo zmotywowani i chcieliśmy pokazać jakość na boisku.

Cały sezon zakończyliście na siódmym miejscu. Jak na beniaminka to bardzo dobry wynik.

Na pewno. W pierwszej części sezonu mieliśmy dużo remisów, ale one też brały się z tego, że w wielu meczach nie odstawaliśmy. Walczyliśmy do końca. Czasem czegoś zabrakło, czasem na remis trzeba było bardzo ciężko zapracować. Punkt wywalczony w Gnieźnie czy z Piastem Kobylnica to były punkty, które trzeba szanować.

Wiosną przegraliśmy właściwie tylko dwa mecze – z Kotwicą Kórnik, która awansowała do III ligi, oraz z Wiarą Lecha Poznań, gdzie też trochę pechowo straciliśmy bramkę na początku drugiej połowy i rywal dowiózł wynik do końca.

Drugi sezon po awansie często bywa trudniejszy. Będziecie chcieli pokazać, że siódme miejsce nie było przypadkiem?

Dokładnie. Chcemy udowodnić, że to nie był przypadek. Drugi sezon może być trudniejszy, dużo zależy też od tego, jak wzmocnią się inne drużyny.

Musimy twardo stąpać po ziemi. Nie ma sensu od razu mówić, że będziemy bić się o najwyższe miejsca. Trzeba podejść z pokorą do każdego meczu, pracować i zrobić jak najlepszy wynik. Najważniejsze, żeby w żadnym momencie sezonu nie bać się o spadek.

Wróćmy do Pucharu Polski Okręgu Leszczyńskiego. W finale w 2024 roku pokonaliście Dąbroczankę Pępowo na jej terenie. Przegrywaliście już 0:3, a mimo to odwróciliście wynik i wygraliście po karnych.

Ten mecz obserwowałem jako kibic, chociaż siedziałem z kolegami na ławce, bo zmagałem się wtedy z kontuzją. Szczerze mówiąc, sam nie wierzyłem, że uda się to odwrócić, bo nic na to nie wskazywało.

Potem przyszedł impuls. Zaczęliśmy coraz groźniej atakować, pojawiły się sytuacje, bramki i mecz przechylił się w drugą stronę. Karne to zawsze trochę loteria, ale trzeba też umieć dobrze wykonywać jedenastki i mieć w bramce kogoś, kto potrafi je bronić. Kacper Przybylski już nieraz udowadniał, że rzuty karne to coś, co lubi.

Od 16. roku życia jesteś w drużynie seniorów Kani. Dziś masz 31 lat, więc mówimy o około 15 latach w pierwszym zespole. Wielu kibiców może już mówić o Tobie jako o jednej z legend klubu. Miałeś propozycje z innych klubów, a jednak cały czas jesteś wierny Kani Gostyń.

Propozycje gdzieś się przewijały, ale tutaj jest mi na tyle dobrze, że nie było sensu zmieniać barw klubowych. Zawsze myślałem: gdzie będzie mi lepiej niż na miejscu, w lokalnym klubie?

Nigdy nie mów nigdy, ale fizycznie czuję się cały czas dobrze. Utrzymałem poziom, bo regularnie trenowałem, nigdy nie zrobiłem przerwy i nie odpuściłem. Zapał cały czas jest, chęć trenowania też. Nie czuję się gorzej niż kilka lat temu, więc dopóki jest zajawka, to dlaczego nie grać?

Jeśli czas pozwoli i nic się w życiu nie zmieni, na pewno będę grał i walczył dalej.

Przez lata Twojej gry przewinęło się wielu trenerów i zawodników. Jak oceniasz obecną drużynę Kani?

Mimo że były sezony w IV lidze i było wielu bardzo dobrych zawodników, wydaje mi się, że obecna kadra jest chyba najsilniejsza. Oczywiście zawsze trudno to zmierzyć, ale tak to czuję.

Duże znaczenie ma szerokość kadry. W poprzednich sezonach w IV lidze bywały momenty, że ciężko było nawet z ławką rezerwowych. Brakowało wartościowych zmienników i frekwencji na treningach. Teraz wygląda to inaczej.

Piłka na tym poziomie trochę się sprofesjonalizowała. Zawodnicy inaczej podchodzą do przygotowania. Myślą o tym, co robią dzień wcześniej, zwracają uwagę na jedzenie, regenerację i aktywność. Kadra jest szeroka, a proporcje są dobre: większość to wychowankowie, ale około 30–35 procent stanowią zawodnicy z zewnątrz, którzy dają drużynie jakość. To poszło w dobrym kierunku i oby tak było w kolejnym sezonie.

Prowadziło Cię wielu trenerów. Są tacy, których szczególnie cenisz?

Trudno mi jednoznacznie oceniać trenerów, bo nie wszystkich pamiętam tak samo dokładnie. Poza tym każdy z nich pojawiał się na innym etapie mojej przygody z piłką. Kiedy byłem młodszy, miałem też inną świadomość i inaczej patrzyłem na wiele rzeczy. Sama piłka również przez lata mocno się zmieniła i ewoluowała, zarówno pod względem przygotowania, taktyki, jak i podejścia do zawodników.

Każdy trener miał swoje atuty, swoją wizję prowadzenia zespołu i coś innego wnosił do drużyny. Trener Michalski Był trenerem konkretnym, bezpośrednim, który potrafił mocno wyrazić swoje oczekiwania i jasno komunikować zawodnikom, czego od nich wymaga. Na pewno wspominam trenera Pospiecha, który był bardzo dobrze przygotowany taktycznie. Miał konkretną wizję gry, chciał między innymi grać wysokim pressingiem, jednak po kilku meczach sparingowych zabrakło już czasu, żeby wszystko odpowiednio dopracować i ostatecznie z tego rozwiązania zrezygnowaliśmy.

Natomiast obecnie trener Wosiak wykonuje bardzo dobrą pracę. Dwukrotnie zrealizował postawione przed nim cele. Bardzo dobrze wygląda u niego przygotowanie metodyczne, intensywność treningów, zarządzanie szatnią, komunikacja z zawodnikami i budowanie odpowiedniej atmosfery.

Miałeś kiedyś piłkarskiego idola, na którym chciałeś się wzorować?

Nie miałem chyba jednego konkretnego. Z racji tego, że zawsze lubiłem futbol Barcelony, bardziej podziwiałem ofensywnych zawodników z techniką – Messiego, Iniestę, Xaviego, Daniego Alvesa czy Busquetsa.

Jeśli chodzi o obrońców, podobali mi się Thiago Silva, Vincent Kompany, Puyol, Pique, a kiedyś też duet Manchesteru United: Rio Ferdinand i Nemanja Vidić. Ale jednego konkretnego wzoru raczej nie miałem.

Jesteś nauczycielem i pracujesz też z grupami młodzieżowymi. Jak patrzysz na dzisiejszą młodzież w porównaniu do czasów, kiedy sam zaczynałeś?

Patrząc z perspektywy trenera, komunikacja z chłopakami jest dziś dużo trudniejsza. Czasem ciężko odpowiedzieć sobie na pytanie, co oni myślą i jaki mają pomysł. Nie zawsze grają w otwarte karty, nie zawsze informują, nie zawsze regularnie i systematycznie podchodzą do treningów.

Dla takich klubów jak Kania trudne jest też to, że powstaje coraz więcej szkół sportowych. Funkcjonują w Środzie Wielkopolskiej, Koninie, Kaliszu, Poznaniu, powstaje też szkoła w Lesznie. Chłopacy, którzy mocno przykładają się do piłki i chcą iść dalej, często uciekają do takich szkół. Później lokalnemu klubowi trudniej zbudować mocny rocznik.

Kiedyś tych szkółek było mniej. Najlepsi odchodzili do Lecha, Warty czy Trzynastki Poznań, która też dobrze szkoliła. Teraz klubów i szkół zachęcających zawodników jest dużo więcej.

A jak wygląda podejście młodzieży do lekcji WF-u? Faktycznie jest tak, że wielu uczniów szuka zwolnień?

Nie jest źle, jeśli chodzi o samą systematykę ćwiczeń. Gorzej bywa z zaangażowaniem. Ja pamiętam WF-y, na których biegało się do upadłego, człowiek był zmęczony i mokry. Teraz częściej widać kalkulację: żeby się za bardzo nie zmęczyć.

Oczywiście są klasy, na które aż miło patrzeć. Ćwiczą, biegają, angażują się i nie można im nic zarzucić. Ale jest też część młodzieży, która jest, bo jest.

Czy poza piłką były inne dyscypliny, które lubiłeś uprawiać?

Kiedy byłem młodszy, często brałem udział w zawodach w trójboju. Przez płot grałem też w siatkówkę. Tata założył mi na podwórku kosza, więc z kolegą graliśmy jeden na jednego albo rzucaliśmy do kosza.

Teraz są orliki, ale czasem widzę, że niektórzy idą grać, a tylko ustawiają piłkę i strzelają do bramki. To jest dużo mniej efektywne niż spotkanie się w dziesięciu i rozegranie normalnego meczu, w którym każdy chce pokazać, że jest dobry i chce wygrać.

Lubiłem szczególnie siatkówkę, ale z czasem, kiedy piłka nożna stawała się coraz ważniejsza, pozostałe dyscypliny zanikały.

Czy są osoby, o których chciałbyś jeszcze wspomnieć? Takie, które miały wpływ na to, że do dziś grasz w piłkę?

Ciężko wskazać jedną osobę. Mogę podziękować wszystkim, którzy dobrze przyjęli mnie w drużynie seniorów. Dobrze zadbał o mnie pierwszy trener w seniorach, trener Kordus.

Dziękuję też kolegom, z którymi tworzyliśmy dobre zespoły. Wielu z nich już skończyło grać, ale gra z nimi była przyjemnością. Musiałbym wymieniać bardzo dużo osób, więc liczę, że koledzy sami domyślą się, że chodzi także o nich.

Dziękuję za rozmowę.

Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz wesprzeć rozwój Sportowego Gostynia, możesz postawić mi kawę. Każde wsparcie pomaga tworzyć kolejne materiały. Dziękuję!

Prośba o kawę

📸 Fot. Bartłomiej Nowak, MKS Kania Gostyń, Damian Krzyżostaniak

Przewijanie do góry