Weronika Stańczak: od UKS Jedynka Gostyń do sportu akademickiego w USA

Weronika Stańczak od najmłodszych lat była związana ze sportem. Najpierw trenowała siatkówkę, później coraz ważniejsze miejsce w jej życiu zaczęło zajmować bieganie. Jako zawodniczka UKS Jedynka Gostyń zdobywała medale mistrzostw Polski, a następnie zdecydowała się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie połączyła studia z rywalizacją na poziomie I Dywizji NCAA. Jej sportowa droga nie zawsze była łatwa – pojawiły się kontuzje, presja wyników i trudne początki za oceanem. Dziś opowiada o tych doświadczeniach, treningach w Gostyniu oraz lekcjach, jakie dał jej sport.

Weronika Stańczak

Mirek Prętkowski: Sport był obecny w Twoim życiu od dziecka. Czy to była naturalna droga w sportowej rodzinie?

Weronika Stańczak: Sport pojawił się w moim życiu bardzo wcześnie. Rodzice zawsze mówili, że byłam bardzo aktywnym dzieckiem. Tata zaczął zabierać mnie na treningi siatkówki z chłopakami i uczył mnie podstaw gry. W podstawówce zaczęłam brać udział w zawodach przełajowych i wtedy odkryłam, że bieganie sprawia mi przyjemność.

Zanim bieganie wyszło na pierwszy plan, była siatkówka. Co dawała Ci ta dyscyplina i dlaczego ostatecznie postawiłaś na bieganie?

Siatkówka rozpoczęła moją przygodę ze sportem. Pamiętam, że bardzo długo odwlekałam decyzję o zrezygnowaniu z gry. W końcu od siatkówki wszystko się zaczęło. Z czasem jednak bieganie zaczęło przynosić coraz lepsze wyniki i zauważyłam, że to właśnie w tej dyscyplinie mam największy potencjał. Myślę, że wtedy właśnie sport zaczął stawać się czymś więcej niż tylko formą zabawy.

Przełomowym momentem było dołączenie do UKS Jedynka Gostyń, gdzie rozpoczęłam treningi pod okiem trenera Waldemara Sadowskiego. Właśnie wtedy postanowiłam skupić się na jednej dyscyplinie i w pełni poświęcić się bieganiu. UKS Jedynka Gostyń dała mi nowe możliwości rozwijania mojego talentu. Wyjazdy na obozy sportowe, zgrupowania, zawody szkolne i klubowe pochłaniały dużą część mojego życia. Pogodzenie tego z równoczesnym trenowaniem siatkówki przestało być możliwe, dlatego zdecydowałam się postawić na bieganie.

Mimo to bardzo dobrze wspominam moją przygodę z siatkówką i uważam, że dała mi porządne podstawy do dalszego rozwoju sportowego. Gdyby moje umiejętności siatkarskie były na równym poziomie z bieganiem, trudno byłoby mi podjąć decyzję, na którym sporcie powinnam się skupić.

Twój tata Tomasz Stańczak jest nauczycielem wychowania fizycznego. Jaką rolę odegrał w Twoim sportowym rozwoju – bardziej zachęcał, podpowiadał, mobilizował, czy zostawiał Ci pełną swobodę wyboru?

Zanim dołączyłam do UKS Jedynki Gostyń, mój tata był moim trenerem, więc można powiedzieć, że pełnił wszystkie te funkcje. Zawsze posiadałam pełną swobodę wyboru, ale to on w pewnym stopniu ukierunkował mnie na bieganie. Nigdy mnie do niczego nie zmuszał, raczej wspierał i motywował.

Mój tata stworzył warunki do wykorzystania mojego talentu. Zabierał mnie na „Czwartki Lekkoatletyczne” – zawody organizowane dla IV, V i VI klas podstawówki, gdzie mogłam sprawdzić się w rywalizacji. Praktycznie co tydzień udawało mi się poprawić mój wynik, aż w końcu zakwalifikowałam się na nieoficjalne mistrzostwa Polski. Myślę, że jego największą rolą było właśnie wspieranie mojego rozwoju i dostrzeżenie potencjału.

Reprezentowałaś UKS Jedynka Gostyń i już jako juniorka startowałaś w mistrzostwach Polski. Który start z tamtego okresu wraca dziś najmocniej?

Pierwsze mistrzostwa Polski, w których brałam udział jako młodziczka, to start, który jest dla mnie najbardziej sentymentalny. Była to dla mnie pierwsza impreza tak wysokiej rangi i, pomimo że zajęłam tam 15. miejsce, do dziś wspominam ją bardzo dobrze.

Pamiętam, że jeden z organizatorów imprezy zapytał mnie, skąd jestem. Znał Gostyń i wiedział, że wtedy mieliśmy jeszcze bieżnię żużlową. Powiedział, że widzi, ile pasji wkładam w bieganie, i że za rok wrócę z medalem, a on załatwi mi bieżnię tartanową. Zmotywowało mnie to do dalszej pracy i rzeczywiście w 2016 roku zdobyłam swój pierwszy medal mistrzostw Polski.

W czasach juniorskich rywalizowałaś między innymi z Klaudią Kazimierską, dziś jedną z najlepszych polskich biegaczek średniodystansowych. Jak wspominasz te pojedynki?

Klaudia od zawsze wyróżniała się na tle innych zawodniczek. Starty z nią były bardzo wymagające, zdecydowanie podnosiła poziom rywalizacji. Jako młodzik nie do końca zdawałam sobie sprawę, z kim rywalizuję, jednak o Klaudii zawsze się mówiło. Już od młodzika można było zauważyć, że ma uporządkowaną głowę do sportu i ogromny talent. Dla mnie te pojedynki, choć stresujące, były cennym doświadczeniem. Teraz mogę się chwalić, że kiedyś stałam na podium z olimpijką.

Patrząc z perspektywy czasu, co w sporcie juniorskim było najtrudniejsze: presja wyniku, kontuzje, pogodzenie treningów ze szkołą, czy może porównywanie się z innymi zawodniczkami?

Dla mnie najtrudniejsze były presja wyniku oraz kontuzje. Sezon 2017/2018 był dla mnie najlepszy. Niestety, w 2019 roku nie zrobiłam progresu. Nie byłam w stanie poprawić swoich rekordów. Wpłynęło to na moją samoocenę i poczucie własnej wartości. Potem pojawiły się również problemy zdrowotne. Przed wylotem do Stanów odpuściłam przygotowania do mistrzostw Polski, żeby skupić się na wzmocnieniu siłowym.

Nie bez znaczenia była również presja związana ze szkołą. W liceum zależało mi na nauce, jednak nie otrzymywałam specjalnych ulg ze względu na uprawianie sportu. Musiałam pogodzić intensywne treningi z przygotowaniami do matury, a także do egzaminów wymaganych na studia w Stanach Zjednoczonych – SAT oraz TOEFL. Wszystkie egzaminy zdałam na wysokim poziomie, a wynik SAT umożliwił mi wyjazd na studia do Stanów.

Czy miałaś kiedyś poczucie, że zawodniczki z większych ośrodków albo z mocniejszym zapleczem miały łatwiejszą drogę? Jak to wyglądało z perspektywy dziewczyny trenującej w Gostyniu?

Nigdy mnie to nie dotknęło. Mimo że przez długi czas w Gostyniu nie było bieżni tartanowej, nie sądziłam, że mam gorzej czy też że przeszkodzi mi to w moich przygotowaniach. Po prostu trenowałam w takich warunkach, jakie miałam, i starałam się wyciągać z nich jak najwięcej. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wygląda zaplecze czy ośrodki dziewczyn, z którymi rywalizowałam.

Tak naprawdę różnicę dostrzegłam dopiero po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Tam zobaczyłam, jak dużą rolę odgrywa dostęp do całego sztabu specjalistów – trenerów przygotowania motorycznego, fizjoterapeutów, dietetyków. To wszystko dla zawodników jest dostępne na co dzień i stanowi naturalny element procesu treningowego. Myślę, że wcześniejszy dostęp do takiego wsparcia z pewnością ułatwiłby mi rozwój i być może pozwolił uniknąć części problemów zdrowotnych.

Z drugiej strony nie czuję żalu. Warunki, w jakich trenowałam w Gostyniu, nauczyły mnie doceniania tego, co mam. To doświadczenie również miało duży wpływ na to, jaką zawodniczką się stałam.

W pewnym momencie pojawił się temat studiów w Stanach Zjednoczonych. Skąd wziął się ten pomysł i czy długo dojrzewałaś do decyzji o wyjeździe tak daleko od domu?

Gdy byłam w pierwszej klasie liceum, wielu moich starszych znajomych, z którymi trenowałam w kadrze lub rywalizowałam w zawodach, zaczęło wyjeżdżać na studia do Stanów. Mój tata często o tym mówił i pomyślałam, że może warto spróbować. W tamtym czasie moje biegowe wyniki były bardzo dobre. Nie wiedziałam też do końca, co chcę robić po liceum.

Pomyślałam, że może będzie to też fajna szansa na podszkolenie języka angielskiego, zwiedzenie kawałka świata i poznanie nowej kultury. Przez trzy lata przygotowywałam się do tego wyjazdu – nie mentalnie, bardziej pod względem papierkowym. Samą decyzję o wyjeździe podjęłam w ciągu kilku dni od otrzymania oferty od Portland State University.

Gdzie dokładnie trafiłaś i jak wyglądały pierwsze miesiące w USA: studia, treningi, nowe środowisko i życie daleko od domu?

Trafiłam do Portland w stanie Oregon i rozpoczęłam studia na Portland State University oraz rywalizację sportową na poziomie I Dywizji NCAA. Niestety, mój pierwszy rok w Stanach nie wyglądał tak, jak sobie wyobrażałam. Przyjechałam podczas pandemii COVID, a przez obowiązujące restrykcje ciężko było nawiązać nowe znajomości.

Dodatkowo, po pół roku od przyjazdu, doznałam kontuzji, która nie została zdiagnozowana przez następne 2 lata. Było to trudne doświadczenie. Marzyłam o tym wyjeździe już od czasów liceum, dlatego ciężko było mi zaakceptować, że zamiast w pełni korzystać z tej szansy, muszę mierzyć się z problemami zdrowotnymi.

Jednocześnie musiałam nauczyć się funkcjonowania w innej kulturze, studiowania w języku angielskim, systemu akademickiego oraz formalności związanych z życiem za granicą. Mimo że był to dla mnie bardzo trudny okres, z perspektywy czasu patrzę na te doświadczenia jako na cenną lekcję. Z czasem udało mi się odnaleźć w nowej rzeczywistości i na swojej drodze poznałam wielu ciekawych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt.

Z drużyną i znajomymi pojechałam w miejsca, o których wcześniej nawet nie śniłam – takie jak Nowy Jork, Los Angeles, Jamajka, Las Vegas, Chicago czy Hawaje. Mimo trudnych początków wyjazd do Stanów stał się jednym z najbardziej przełomowych i rozwijających momentów mojego życia.

W USA sport uniwersytecki stoi na bardzo wysokim poziomie organizacyjnym. Co najbardziej Cię zaskoczyło: infrastruktura, opieka nad zawodnikami, podejście trenerów, czy połączenie sportu ze studiami?

Największe zaskoczenie dla mnie to, jak sport połączony jest ze studiami. Trenerzy przekazywali academic advisor informacje dotyczące naszego planu treningowego, a ona dobierała zajęcia tak, aby nie kolidowały z treningami. W USA duży nacisk kładzie się na pojęcie student-athlete, czyli na równowagę między rozwojem akademickim i sportowym. Uczelnia dba o to, żeby obie te sfery były na wysokim poziomie.

Dodatkowo byłam zaskoczona dostępem do infrastruktury. Zarówno w Chicago State, jak i w Portland State sportowcy mieli własną siłownię, ale również darmowy dostęp do uczelnianych obiektów sportowych. Bardzo doceniałam też wsparcie całego zaplecza — fizjoterapeutów i trenerów przygotowania motorycznego. Wystarczyło zjawić się na siłowni i zapytać o dodatkowe ćwiczenia wzmacniające, pracę nad konkretnym problemem lub terapię manualną.

Co roku otrzymywałam również nowy sprzęt sportowy – 3 pary butów do biegania, kolce oraz odzież treningową. To była dla mnie olbrzymia różnica w odniesieniu do treningów w Polsce, gdzie wiele takich rzeczy musiałam organizować samodzielnie i finansować z własnych środków.

Na jakich dystansach startowałaś najczęściej i czy amerykański system zmienił coś w Twoim podejściu do treningu?

Najczęściej startowałam na 1500 m i 800 m oraz w przełajach, zazwyczaj 5 km lub 6 km. Amerykański system treningowy nauczył mnie, że nie ma jednego modelu, który sprawdzi się u każdego zawodnika. Wiele uczelni stawia na wysoki kilometraż, co, niestety, w moim przypadku zupełnie się nie sprawdziło. Zdecydowanie więcej wyniosłam z treningu siłowego.

Przed wyjazdem na studia w Stanach nie uczęszczałam na siłownię. Obecnie trenuję na siłowni trzy razy w tygodniu. Nie robię też długich, ponad 10-kilometrowych rozbiegań. Pozwalam sobie na 1–2 dni w tygodniu bez żadnej aktywności lub zastępuję trening biegowy cross-trainingiem. Przede wszystkim skupiam się też na tym, jak czuje się moje ciało.

W ubiegłym roku wystartowałaś w Gostyniu w biegu GO5, przy okazji mistrzostw Polski mężczyzn na 5 km, i wygrałaś rywalizację kobiet. Czy zwycięstwo „u siebie” smakuje inaczej niż starty daleko od domu?

Zdecydowanie tak. Zapisanie się na bieg było spontaniczną decyzją. Stwierdziłam, że fajnie będzie znów pobiegać „u siebie”, przed rodziną, znajomymi i mieszkańcami Gostynia. Poza tym zawsze bardzo miło wspominam biegowe imprezy w Gostyniu. Kompletnie nie spodziewałam się wygranej. Byłam tak naprawdę w trakcie przygotowań do sezonu przełajowego w Stanach, więc ten start traktowałam bardziej jako mocny trening niż główny cel. Zwycięstwo sprawiło mi ogromną radość. W Gostyniu zawsze czuć ogromne wsparcie kibiców.

Sport jest obecny także u Twojego brata, który również może pochwalić się młodzieżowym mistrzostwem Polski zdobytym w barwach Zagłębia Lubin, a obecnie jest zawodnikiem Warty Sieradz. Mocno mu kibicujesz? Często rozmawiacie o sporcie?

Bardzo mocno mu kibicuję. W moim bracie widzę ogromny potencjał. Większy niż widziałam w sobie. Nie zawsze, będąc w Stanach, udawało mi się oglądać jego mecze, ale rodzice często zdawali mi raport lub wysyłali urywki. Igor wyprowadził się z domu wcześniej niż ja, bo już w wieku 12 lat, by podążać za pasją, dlatego rozumiem, ile wyrzeczeń i determinacji wymagało od niego takie poświęcenie. Zdaję sobie sprawę, że rywalizacja w seniorskiej piłce nożnej jest bardzo duża i droga sportowca nie zawsze jest łatwa. Tym bardziej doceniam, ile pracy wkłada w swój rozwój.

Gdybyś dziś spotkała młodą dziewczynę z Gostynia, która zaczyna biegać i marzy o medalach albo sportowej przygodzie za granicą, co byś jej powiedziała?

Powiedziałabym jej, żeby czerpała radość z biegania i nie bała się mierzyć wysoko. Wielu ludzi, gdy zaczęłam otwarcie mówić o wyjeździe do Stanów, wątpiło we mnie, ale nauczyłam się, że warto wierzyć w swoje możliwości. Jeśli pojawia się szansa na wyjazd za granicę, nie bałabym się z niej skorzystać.

Wyjazd do Stanów Zjednoczonych, pomimo że nie zawsze był łatwy, nauczył mnie najcenniejszych życiowych lekcji – samodzielności, wytrwałości, cierpliwości i radzenia sobie z przeciwnościami. W sporcie nie zawsze wszystko układa się zgodnie z planem, ale każde nabyte doświadczenie kształtuje, kim jesteśmy, i może zaprocentować w przyszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Tworzenie wywiadów, relacji i materiałów o lokalnych sportowcach wymaga czasu i zaangażowania. Jeśli cenisz moje publikacje i chcesz pomóc mi dalej rozwijać stronę, możesz wesprzeć Sportowy Gostyń symboliczną wpłatą. Każde wsparcie pomaga mi docierać do kolejnych ciekawych historii i promować sportowców związanych z naszym regionem. Dziękuję!

Prośba o kawę

📸 Fot. Studio Photo Design Remigiusz Dettlaff, gostyn24.pl, materiały przekazane przez Weronikę Stańczak

Przewijanie do góry