Bartosz Lenarczyk zaczynał na gostyńskich Wałach od piłki nożnej, a później godzinami samotnie rzucał do kosza. Gdy choroba przekreśliła jego piłkarskie plany, koszykówka stała się dla niego odskocznią i pasją, bez której trudno byłoby mu wyobrazić sobie życie. Dziś Bartosz Lenarczyk pomaga rozwijać Dream Team Gostyń, prowadzi treningi dla młodzieży i marzy o dniu, w którym w Gostyniu zostanie rozegrany pierwszy ligowy mecz koszykówki.

Bartosz Lenarczyk: Wszystko zaczęło się na Wałach
Mirek Prętkowski: Spotykamy się na Wałach, czyli w miejscu, z którym wiąże się duża część Twojej sportowej historii. To tutaj wszystko się zaczęło?
Bartosz Lenarczyk: Wszystko zaczęło się właśnie tutaj, chociaż nie od koszykówki. Jak większość chłopaków najpierw grałem w piłkę nożną. Tata był osobą, która bardzo mnie do tego motywowała. Sam występował jako bramkarz w Gostyńskie Lidze Halowej. Mój brat nadal gra, więc piłka była i jest obecna w naszej rodzinie.
Stare Wały wyglądały wtedy zupełnie inaczej. Było piaskowe boisko, duże bramki i przede wszystkim ogromna grupa ludzi. Tutaj cały czas coś się działo. Grałem między innymi z Mateuszem Muchą, z którym przeprowadzałeś niedawno wywiad. Przychodziliśmy praktycznie codziennie i od rana do wieczora była piłka.
To było nasze miejsce. Tutaj spotykaliśmy się, rywalizowaliśmy i snuliśmy wielkie sportowe plany.
Piłka nożna nie była jednak jedynym sportem, którego próbowałeś.
Po drodze trafiłem także do klubu taekwondo prowadzonego przez śp. Arkadiusza Łącznego. To również był bardzo fajny okres. Pojawiło się nawet trochę medali.
Później zdecydowałem się rozpocząć treningi w Kani Gostyń. Ta przygoda nie trwała jednak zbyt długo. Pojawiły się poważne problemy zdrowotne związane z chorobą autoimmunologiczną. Musiałem zrezygnować z piłki nożnej, a wszystkie dziecięce plany i marzenia nagle się skończyły.
To był dla mnie trudny moment, ponieważ od małego uwielbiałem sport. Nie wyobrażałem sobie życia bez ruchu. Nieważne, czy była to piłka nożna, siatkówka, piłka ręczna, czy jeszcze coś innego. Gdy tylko pojawiała się okazja, chciałem grać.
NBA, Lakersi i pierwsze rzuty do kosza
Jak w takim razie pojawiła się koszykówka?
Pewnego razu byłem u kumpla, Marka Urbaniaka, którego przy okazji pozdrawiam. W telewizji leciała powtórka meczu NBA. Zacząłem oglądać i pomyślałem, że to może być coś dla mnie.
W koszykówce było mniej bezpośredniego kontaktu niż w piłce nożnej, więc mama także patrzyła na ten pomysł przychylnie. Stwierdziłem, że spróbuję. Był przełom 2007 i 2008 roku, niedługo po tym, jak pojawiły się moje problemy zdrowotne.
Zakochałem się wtedy w Los Angeles Lakers, a przede wszystkim w grze Kobe Bryanta. To był mój największy sportowy idol. Pamiętam pierwsze buty marki And1, która była wtedy bardzo popularna, oraz pierwsze gry tutaj, na Wałach. Na dole znajdowało się jeszcze asfaltowe boisko. Właśnie tam rozpoczęła się moja przygoda z koszykówką.
Problem polegał na tym, że w moim roczniku praktycznie nikt nie interesował się tym sportem. Na początku można powiedzieć, że byłem tutaj sam.
Nie dorastałeś już w czasach największego boomu na NBA w Polsce, który przypadł na lata 90. Czujesz z tego powodu pewien niedosyt?
Oczywiście. Trochę znalazłem się pomiędzy dwoma pokoleniami. Starsza ekipa wychowała się przede wszystkim na Michaelu Jordanie, a dla mnie najważniejszy był Kobe Bryant.
Zdarzały się nawet dyskusje, ponieważ niektórzy twierdzili, że Kobe był jedynie kopią Jordana. Ja patrzyłem na to inaczej. Kobe rzeczywiście wzorował się na Michaelu i nigdy tego nie ukrywał. Chciał uczyć się od najlepszego, ale jednocześnie miał własną charyzmę i charakter.
Bardzo mi to odpowiadało. Sam lubiłem ćwiczyć w pojedynkę, a Kobe kojarzył mi się przede wszystkim z ogromną pracowitością. To miało na mnie duży wpływ.
Ciekawa była również jego europejska historia. Część dzieciństwa spędził we Włoszech, gdzie zainteresował się piłką nożną. Chodził również na lekcje tańca. Myślę, że miało to później wpływ na jego świetną pracę nóg.
Co znalazłeś w koszykówce, czego brakowało Ci w innych sportach?
Piłka nożna jest pięknym sportem. Sam lubiłem drybling, zwody i brazylijski styl. Moim idolem był Ronaldo Nazário. Miałem nawet charakterystyczne getry kojarzące się z jego grą. Uwielbiałem pojedynki z rywalami, mijanie bramkarza i strzelanie goli.
W koszykówce odnalazłem podobną swobodę, ale moim zdaniem jest w niej jeszcze więcej adrenaliny. Cały czas trzeba być gotowym na zmianę sytuacji. W jednej chwili walczysz o zbiórkę, za moment wracasz do obrony, a po chwili biegniesz do kontrataku.
Każda akcja napędza kolejną. Do tego dochodzi dźwięk piłki wpadającej czysto do kosza. Dla mnie to coś pięknego.
Koszykówka w Gostyniu długo pozostawała w cieniu
Gostyń nigdy nie miał tak mocnych tradycji koszykarskich jak niektóre sąsiednie miasta. Było to odczuwalne?
Zdecydowanie. Rawicz, Kościan czy Leszno mają znacznie bardziej rozbudowaną historię koszykarską. Gostyń był kojarzony przede wszystkim ze streetballem, grupami znajomych spotykających się na boiskach oraz amatorskimi turniejami.
Brakowało klubu z prawdziwą strukturą, szkoleniem i kolejnymi grupami wiekowymi. Nie było podstaw podobnych do tych, które od lat ma chociażby piłkarska Kania Gostyń. Osoby zainteresowane koszykówką trenowały głównie dla siebie, ponieważ po prostu lubiły grać.
Jak wyglądała koszykówka podczas Twojej nauki w szkole?
Na właściwie każdym etapie edukacji można powiedzieć, że niemal nie istniała. W podstawówce dominowały przede wszystkim piłka nożna i piłka ręczna. Pan Błażejczak, którego bardzo dobrze wspominam, naszym zdaniem był wielkim fanem piłki ręcznej, bo często w nią graliśmy. Nam również się to podobało, bo była czymś innym i wiele nas nauczyła.
W gimnazjum koszykówka pojawiała się sporadycznie. W szkole średniej było jej jeszcze mniej. Do tego okresu mam chyba największy żal, ponieważ szkoła nie wystawiała drużyny do rozgrywek koszykarskich.
Z mojego rocznika może jedna osoba interesowała się grą na tyle, żeby razem ze mną regularnie rzucać do kosza. Reszta nie traktowała koszykówki poważnie.
Dlatego cieszy mnie, że obecnie uczniowie Zespołu Szkół Zawodowych w Gostyniu mają możliwość uczestniczenia w turniejach międzyszkolnych. Za moich czasów takich okazji praktycznie nie było.
Z czego może wynikać niewielka popularność koszykówki w Gostyniu?
Myślę, że brakuje nam lokalnej historii. Gdyby wcześniej istniał klub, drużyna ligowa lub mocne szkolenie młodzieżowe, koszykówka byłaby również częściej obecna w szkołach.
Piłka nożna i siatkówka mają w Gostyniu swoje struktury, tradycje i ludzi, którzy od lat się nimi zajmują. W przypadku koszykówki długo tego nie było. Pozostawali pojedynczy pasjonaci, którzy spotykali się na boiskach.
Teraz sytuacja powoli się zmienia. Mamy stowarzyszenie i grupę młodzieży, która chce trenować. Duże znaczenie ma również to, co dzieje się w NBA. Młodym ludziom podoba się styl zawodników, ich swoboda i cała otoczka ligi.
Ogromny wpływ miała też kariera Stephena Curry’ego. Jego rzuty za trzy punkty zmieniły sposób, w jaki wiele osób patrzy na koszykówkę. Młodzież chce rzucać z daleka i próbować podobnych zagrań.
Samotne treningi od rana do wieczora
Wspomniałeś, że przez długi czas trenowałeś właściwie sam. Jak wyglądały tamte dni?
Mój rodzinny blok znajduje się tuż obok i z okien widać całe Wały. W czasie wakacji przychodziłem tutaj rano i zostawałem do wieczora. Wracałem do domu właściwie tylko po to, żeby coś zjeść.
Ćwiczyłem kozłowanie, rzuty i różne zagrania. Nie miałem trenera ani grupy, do której mógłbym dołączyć. Wszystkiego uczyłem się sam. Czasami pojawiały się starsze osoby i mogłem z nimi pograć, ale przez dużą część czasu byłem sam ze słuchawkami i piłką.
W Gostyniu odbywały się Dni Gostynia, koncerty i różne wydarzenia, a ja zamiast iść do miasta, siedziałem na boisku. Grałem do momentu, aż zgasły światła.
Mój tata zmarł, gdy miałem 12 lat. Była to dla mnie bardzo skomplikowana sytuacja. Koszykówka stała się odskocznią od wszystkiego. Myślę, że właśnie dlatego do dzisiaj tak bardzo kocham tę grę.
Jak poznałeś Julka Podjuka?
To wydarzyło się trochę przez przypadek. Na boisku spotykałem starszych zawodników. Któregoś dnia pojawił się również Julek. Zagraliśmy kilka meczów i zaprosił mnie na trening.
Zacząłem przychodzić na zajęcia, podczas których uczyliśmy się podstaw. Nawet jeżeli ktoś jest samoukiem i poświęca treningom dużo czasu, pewnych rzeczy bez pomocy bardziej doświadczonej osoby nie będzie w stanie odpowiednio opanować.
Julek uporządkował nasze granie. Pokazał nam technikę, podstawowe zachowania na boisku i sposób poruszania się. Z czasem pojawiły się sparingi oraz kolejne inicjatywy. Część ówczesnych zapaleńców gra do dzisiaj.
Sam Julek jest od wielu lat jedną z osób najmocniej kojarzonych z gostyńską koszykówką. Organizował turnieje, prowadził treningi i zabiegał o rozwój infrastruktury. Między innymi dzięki jego inicjatywie powstało boisko przy ulicy Górnej, na którym odbywają się turnieje 3×3.
Bartosz Lenarczyk – od zawodnika do pracy z młodzieżą
Kiedy zrozumiałeś, że zawodnicza kariera raczej nie będzie możliwa?
Przyszedł moment, w którym musiałem spojrzeć na wszystko realnie. W czasach, gdy najbardziej chciałem się rozwijać, nie miałem możliwości regularnego dojeżdżania do Rawicza, Leszna czy innego miasta, w którym działał klub.
Powiedziałem wtedy Julkowi, że chyba nie zrobię kariery jako zawodnik, ale prawdopodobnie nadejdzie dzień, w którym do niego dołączę i postaram się pomóc w inny sposób.
Tak rzeczywiście się stało. Od około trzech lat mocniej uczestniczę w działalności stowarzyszenia. Staram się wykorzystywać swoje kontakty i wspierać je organizacyjnie. Udało nam się pozyskać dwóch sponsorów, dzięki którym przygotowaliśmy stroje dla drużyny, kupiliśmy sprzęt oraz odświeżyliśmy zapas piłek.
Działamy na zasadach non profit. Nikt nie robi tego dla pieniędzy. Łączy nas chęć rozwijania koszykówki i stworzenia młodym ludziom możliwości, których nam kiedyś brakowało.
Ilu młodych zawodników obecnie uczestniczy w treningach?
W najlepszych okresach na trening grupy chłopców potrafiło przyjść około 20 osób. Byli to przeważnie uczniowie ósmych klas, dlatego w ostatnim czasie frekwencja bywała różna. Mieli egzaminy, dużo nauki i przygotowania do zmiany szkoły.
Julek prowadził również grupę dziewczynek oraz młodszych dzieci. Przy dobrej frekwencji podczas zajęć potrafiło pojawić się łącznie 30–40 osób.
Końcówka roku szkolnego oraz lato są trudniejszym okresem. Młodzież woli wtedy spotykać się na boiskach zewnętrznych, a na hali robi się gorąco. Najważniejsze jednak, że powstała grupa, która chce grać i regularnie wraca na treningi.
Najpierw podstawy, później mecz
Co jest najtrudniejsze podczas pracy z osobami, które dopiero zaczynają grać w koszykówkę?
Dużym problemem jest ogólny poziom sprawności ruchowej. Nie chodzi o to, że z dziećmi jest coś nie tak. Po prostu część z nich od najmłodszych lat miała niewiele ruchu.
Kiedyś większość wolnego czasu spędzało się na podwórku. Biegało się, skakało, grało w różne gry i próbowało wszystkich sportów. Dzięki temu człowiek naturalnie rozwijał koordynację.
Dziś zdarzają się osoby, które mają problem z podstawowymi podskokami, przysiadami czy dłuższym biegiem. Szybko się męczą, ponieważ nie są przyzwyczajone do wysiłku. Wtedy trudniej rozpocząć naukę bardziej skomplikowanych elementów.
Oczywiście jest również grupa bardzo sprawnych chłopaków. Od razu widać różnicę między osobami, które wcześniej uprawiały jakikolwiek sport, a tymi, które dopiero zaczynają się ruszać.
A koncentracja?
To chyba jedna z największych bolączek obecnego pokolenia. Niektóre polecenia trzeba powtarzać kilka razy. Trudno utrzymać pełne skupienie całej grupy, bo ktoś zaczyna rozmawiać, ktoś inny patrzy w inną stronę.
Chcielibyśmy widzieć w oczach zawodników, że naprawdę słuchają i chcą wykonać dane ćwiczenie. Brak koncentracji nie dotyczy zresztą wyłącznie młodzieży. U dorosłych też można go zauważyć, ale podczas treningu grupowego jest szczególnie widoczny.
Jak wyglądają Wasze zajęcia?
Treningi odbywają się we wtorki i czwartki w Szkole Podstawowej nr 5 w Gostyniu. Bardzo zależy mi na tym, żeby były urozmaicone. Podstawa pozostaje podobna, ale nie chcę, żeby każde zajęcia wyglądały dokładnie tak samo.
Bazą jest kozłowanie: przed sobą, między nogami, za plecami, podczas biegu i przy zmianie kierunku. Chodzi o jak najczęstszy kontakt dłoni z piłką. Później dokładamy dynamikę, zmianę tempa, pracę nóg, wyskok oraz rzuty.
Staramy się wykonywać różne ćwiczenia, ale zawodnicy doskonale wiedzą, na co najbardziej czekają.
Na mecz?
Oczywiście. Gdybym od razu powiedział, że gramy mecz, wszyscy byliby zachwyceni. Za moich czasów było identycznie. Kiedy przychodziłem do Julka, również czekałem tylko na grę. To największa frajda, rywalizacja i w pewnym sensie sens wszystkich ćwiczeń.
Mamy jednak ustalone zasady. Najpierw trzeba wykonać pracę, zmęczyć się i przejść przez wszystkie elementy treningu. Później zostawiamy mniej więcej pół godziny na grę.
W zależności od frekwencji gramy pięciu na pięciu, czterech na czterech albo trzech na trzech. Organizujemy też małe turnieje.
Gostyń na koszykarskiej mapie regionu
Poza treningami uczestniczycie również w turniejach. Gdzie najczęściej można spotkać gostyńskich zawodników?
Organizacja własnych wydarzeń zależy od naszego czasu i możliwości, ponieważ każdy ma również pracę oraz życie prywatne. Przygotowanie turnieju wymaga sporo wysiłku.
W Gostyniu odbywały się między innymi turnieje organizowane przez Julka, w tym wydarzenie charytatywne, podczas którego zbieraliśmy pieniądze na leczenie Zuzi. To była bardzo fajna inicjatywa, która pokazała, że koszykówką można również pomagać.
Jeździmy też na turnieje do Pępowa. Młodzi zawodnicy drugi rok z rzędu wystąpili w rozgrywkach 3×3 w Kościanie i osiągnęli tam dobry wynik.
Starsza grupa uczestniczyła natomiast w Leszczyńskiej Amatorskiej Lidze Koszykówki jako Zaczarowany Pierniczek Gostyń. Nazwę wymyślił, z tego co pamiętam, Marcin Gródziński „Honda”. Pozdrawiam wszystkich chłopaków z drużyny.
Ważnym punktem lokalnego kalendarza są także noworoczne turnieje rozgrywane w Grabonogu, organizowane przez pana Zbigniewa Klimańskiego. Sala nie jest duża, ale emocji nigdy tam nie brakowało.
Na koncie macie również kilka dobrych wyników turniejowych. Które z nich szczególnie zapamiętałeś?
Trochę tych sukcesów udało się już zebrać. W 2022 roku jako Dream Team Gostyń zajęliśmy 3. miejsce w charytatywnym turnieju „Gostyń Basketball – Gramy dla Zuzi”.
W 2024 roku, występując jako Zaczarowany Pierniczek, zakończyliśmy rozgrywki Amatorskiej Leszczyńskiej Ligi Koszykówki na 4. miejscu. W tym samym roku zdobyliśmy 3. miejsce w Turnieju Koszykówki o Puchar Wójta Gminy Pępowo oraz stanęliśmy na najniższym stopniu podium podczas jubileuszowego, 30. Turnieju Koszykówki w Grabonogu.
Kolejny dobry wynik osiągnęliśmy w 2025 roku. Jako Dinozaury Pępowo zajęliśmy 2. miejsce w Turnieju Koszykówki o Puchar Dyrektora GOKSiAL w Pępowie.
Mam także mały sukces indywidualny. W 2025 roku zająłem 4. miejsce w konkursie rzutów za trzy punkty o Puchar Burmistrza Gostynia.
Coraz popularniejsza staje się koszykówka 3×3. Czym różni się od tradycyjnej gry pięciu na pięciu?
Moim zdaniem 3×3 bywa nawet bardziej wymagające. Mecze są krótkie, ale tempo jest zabójcze. Nie ma czasu na długie rozgrywanie akcji i kalkulowanie.
Dwa lub trzy podania, decyzja o rzucie, zasłona albo wejście pod kosz. Po zmianie posiadania trzeba wyprowadzić piłkę za linię i natychmiast rozpoczyna się kolejna akcja.
Zawodnicy muszą często się zmieniać. W koszykówce pięciu na pięciu ktoś może przebywać na parkiecie przez dużą część meczu. W 3×3 już po kilku intensywnych akcjach człowiek jest bardzo zmęczony, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Cały czas trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Przygotowanie techniczne jest podobne, ale taktyka wygląda zupełnie inaczej. Bardzo cieszy mnie rozwój tej odmiany koszykówki. Osobiście uwielbiam granie na świeżym powietrzu, bo właśnie na takich boiskach się wychowałem.
Gdybym miał do wyboru halę albo dobrze przygotowany obiekt zewnętrzny z bezpieczną nawierzchnią, prawdopodobnie wybrałbym boisko pod chmurką.
Gdzie w Gostyniu można zagrać w koszykówkę?
Poza Wałami i boiskiem przy ulicy Górnej są jeszcze w Gostyniu miejsca, w których regularnie spotykają się koszykarze?
Graliśmy między innymi na boisku przy Szkole Podstawowej nr 1. To bardzo fajne miejsce w centrum Gostynia. Przechodzi tam dużo ludzi, więc mecze przyciągają spojrzenia. Problemem jest jednak dostępność obiektu, który często pozostaje zamknięty.
Najwięcej osób przyjeżdża obecnie na Pożegowo, na boisko za kościołem. To dobre miejsce, ponieważ znajduje się tam część przeznaczona przede wszystkim do koszykówki i siatkówki. Nie trzeba dzielić obiektu z piłkarzami.
Kosze znajdują się również na Brzeziu. No i oczywiście pozostają Wały, które dla mnie zawsze będą wyjątkowe.
Kiedy byłem małym chłopakiem, obserwowałem tutaj starszą ekipę Julka. Patrzyłem na nich i myślałem, że fajnie byłoby kiedyś z nimi zagrać. Po wielu latach rzeczywiście nadszedł taki moment.
Od Jordana i Kobe do Curry’ego, Jokicia i Brunsona
Rozmawialiśmy o Kobe Bryancie, ale dzisiejsza NBA wygląda już zupełnie inaczej. Jak oceniasz zmiany, które zaszły w lidze?
Koszykówka z lat 90. była bardziej klasyczna. Większą rolę odgrywali środkowi, gra była twardsza, a wyniki często kończyły się w okolicach 80 czy 90 punktów.
Później pojawili się Golden State Warriors ze Stephenem Currym i Klayem Thompsonem. Ich rzuty za trzy punkty mocno zmieniły NBA. Dzisiaj rzut z dystansu jest jedną z najważniejszych części gry.
Curry jest pod tym względem fenomenem. Pokazał to również podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu, szczególnie w spotkaniach przeciwko Serbii i Francji. Jeżeli chodzi o sam rzut, trudno wskazać drugiego takiego zawodnika.
Bardzo lubię również Nikolę Jokicia. To zupełnie inny typ koszykarza. Najbardziej imponuje mi spokój, z jakim osiąga niesamowite statystyki. Inni zawodnicy biegają po boisku, wykonują efektowne ruchy, a on sprawia wrażenie, jakby wszystko robił bez większego wysiłku. Jego podania i sposób widzenia gry są wyjątkowe.
Podoba mi się też jego normalność. Po sezonie wraca do Serbii i zajmuje się końmi. Nie jest typową amerykańską gwiazdą.
Lakersi nadal pozostają Twoją drużyną?
Tak, nadal im kibicuję i ucieszyłbym się z ich mistrzostwa, ale nie podchodzę już do NBA tak jak w dzieciństwie, kiedy liczyli się właściwie tylko Lakersi.
Staram się patrzeć bardziej obiektywnie. Bardzo polubiłem Jalena Brunsona. Sam nie należę do najwyższych, a on, jak na warunki NBA, również nie jest wielkim zawodnikiem. Mimo tego potrafi rywalizować z najlepszymi.
Dużo czytałem o pracy, którą wykonywał od dzieciństwa razem ze swoim ojcem. Jego droga jest niesamowita. Dlatego cieszyłem się, gdy New York Knicks pokonali w finale San Antonio Spurs i zdobyli mistrzostwo. Brunson udowodnił, że nie trzeba mieć warunków Victora Wembanyamy, żeby zostać najważniejszą postacią mistrzowskiej drużyny.
Luka Dončić i reprezentacja Polski oglądani na żywo
NBA to jedno, ale miałeś również okazję zobaczyć na żywo mistrzostwa Europy rozgrywane w Polsce.
To było piękne przeżycie. Udało nam się pojechać do Katowic na EuroBasket. Obejrzeliśmy spotkanie Słowenii z Belgią, a później zdobyliśmy bilety również na mecz Polski z Izraelem.
Jednym z moich małych marzeń było zobaczenie na żywo Luki Doncicia. Udało się je spełnić. Sam turniej i atmosfera w hali zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Bardzo dobrze zaprezentował się także Jordan Loyd, który wniósł do reprezentacji Polski mnóstwo energii i punktów. Był takim zapalnikiem dla całej drużyny. Bez niego trudno byłoby osiągnąć podobny wynik.
Mateusz Ponitka jest świetnym koszykarzem, niesamowitym walczakiem i zawodnikiem, który potrafi brać odpowiedzialność za drużynę w najważniejszych momentach.
Śledzisz polską ligę i Euroligę równie uważnie jak NBA?
Głównie oglądam skróty i sprawdzam wyniki. Mecze polskiej ligi są dostępne w telewizji, więc od czasu do czasu również je oglądam. Staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się w krajowych rozgrywkach i Eurolidze, jednak zdecydowanie najbardziej interesuje mnie NBA.
Nie wszystko w obecnej NBA mi się jednak podoba. Wolałbym czasem zobaczyć więcej zaciętości i twardszej gry znanej z europejskich parkietów. Euroliga potrafi pod tym względem dostarczyć niesamowitych meczów.
Koszykówka w Europie jest bardziej taktyczna, a sędziowanie wygląda inaczej. NBA pozostaje dla mnie numerem jeden pod względem widowiska, ale nie oznacza to, że wszystko robi najlepiej.
Najpierw trzeba zobaczyć, co potrafi koszykówka
Jak przekonałbyś młodego chłopaka albo dziewczynę z Gostynia, żeby spróbowali gry w koszykówkę?
Najlepiej byłoby usiąść i wspólnie obejrzeć dobry mecz. W koszykówce zdarzają się momenty, podczas których człowiek dostaje ciarek.
Może to być niesamowity rzut Stephena Curry’ego na zwycięstwo albo efektowny wsad Anthony’ego Edwardsa nad obrońcą. Kiedyś podobne emocje wywoływał Michael Jordan, wykonując rzeczy, które wydawały się niemożliwe.
Takie pojedyncze akcje potrafią rozpalić w młodym człowieku chęć spróbowania. Dzisiaj dostęp do skrótów, najlepszych zagrań i materiałów szkoleniowych jest praktycznie nieograniczony.
Za moich czasów włączało się na YouTubie zestawienie dziesięciu najlepszych akcji, a od czasu do czasu oglądało mecz w Canal+. Obecnie każdy może w kilka sekund znaleźć zagrania swojego ulubionego zawodnika i później próbować powtarzać je na boisku.
Najważniejsze jest jednak to, żeby przyjść i spróbować. Nie trzeba od razu wszystkiego umieć.
Osobiście zachęcam do uprawiania sportu w każdej postaci. Aktywność fizyczna pobudza organizm do wydzielania adrenaliny, dzięki czemu odczuwamy przypływ energii i emocji. Jednocześnie podczas wysiłku uwalniają się endorfiny – tzw. hormony szczęścia, które poprawiają nastrój, zmniejszają odczuwanie bólu i pozytywnie wpływają na nasze samopoczucie.
Ludzie, którzy tworzyli gostyńską koszykówkę
Czy są osoby, o których chciałbyś wspomnieć, mówiąc o swoim rozwoju i koszykarskim środowisku w Gostyniu?
Samą pasję w dużym stopniu stworzyłem sobie sam, ale później pojawiło się wiele osób, dzięki którym wspólne granie miało wyjątkową atmosferę.
Najważniejszą postacią jest oczywiście Julek Podjuk. Poza nim często grałem z Marcinem Gródzińskim „Hondą” oraz z Tomkiem Dopierałą i Patrykiem Kaczmarkiem, z którymi wychowywaliśmy się tutaj na Wałach. Są też między innymi Marcin Sperling, Remik Roszak, bracia Skiba i Wojtek Wichłacz.
Nie chciałbym tworzyć zamkniętej listy, ponieważ tych osób było znacznie więcej i łatwo byłoby kogoś pominąć. Każdy z chłopaków, którzy przez lata przychodzili na gostyńskie boiska, dołożył coś do naszej lokalnej koszykarskiej historii.
Stworzyliśmy środowisko, w którym można było się spotkać, zagrać i wspólnie spędzić czas. Dla mnie są to naprawdę piękne wspomnienia.
Bartosz Lenarczyk marzy o ligowej koszykówce w Gostyniu
Jakie jest dziś Twoje największe koszykarskie marzenie związane z Gostyniem?
Chciałbym, żeby szkolenie jeszcze mocniej się rozwinęło i z czasem stało się bardziej profesjonalne. Mamy stowarzyszenie, trenerów, młodzież oraz osoby chcące pomagać. Teraz trzeba cierpliwie budować kolejne elementy.
Moim największym marzeniem jest zobaczyć w Gostyniu ligowy mecz koszykówki. Nie mówię od razu o najwyższym poziomie. Chodzi o prawdziwą drużynę reprezentującą miasto i regularnie występującą w rozgrywkach.
Kościan ma swój zespół, w Lesznie również udało się stworzyć mocne środowisko. Skoro inne miasta potrafią to zrobić, dlaczego w przyszłości nie miałoby udać się również nam?
Widzę, że koszykówka w Gostyniu zaczyna się rozwijać. Przychodzą młodzi ludzie, którzy chcą trenować, jeździć na turnieje i stawać się coraz lepsi. Mam nadzieję, że wspólnie damy im szansę, której wcześniej brakowało takim osobom jak ja.
Chciałbym kiedyś usiąść na trybunach w Gostyniu i obejrzeć ligowy mecz miejscowej drużyny. Wtedy pomyślałbym, że wszystkie godziny spędzone tutaj, na Wałach, miały jeszcze większy sens.
Dziękuję za rozmowę.
Prośba o wsparcie strony Sportowy Gostyń
Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz wesprzeć rozwój Sportowego Gostynia, możesz postawić mi kawę. Każde wsparcie pomaga tworzyć kolejne materiały. Dziękuję!

Galeria zdjęć













📸 Fot. Piotr Przybył, gostyn24.pl, Bartosz Lenarczyk
