Zbigniew Witkowski „Zibi” – piłkarska historia

Zbigniew Witkowski, znany w piłkarskim środowisku jako „Zibi”, przez lata był związany z Kanią Gostyń. Można powiedzieć, że nie miał wyjścia – po prostu musiał kochać piłkę. Już samo imię dostał nieprzypadkowo, bo na cześć Zbigniewa Bońka, który w 1982 roku niemal w pojedynkę pokonał Belgów na mundialu w Hiszpanii. „Gdy Boniek strzelał Belgom trzy gole, tata dorzucił czwartego i dziewięć miesięcy później na świecie pojawiłem się ja” – wspomina z uśmiechem.

Zbigniew Witkowski

Miłość do sportu wyniósł z domu. Ojciec Andrzej zabierał go na mecze Kani Gostyń i na żużel. „To był dla mnie świat. Jak mogłem podawać piłki seniorom, to czułem się, jakbym grał w ekstraklasie. Zapatrzony byłem wtedy w Krzysztofa Michalskiego („Kepel”) i Rafała Naskręta („Orzeł”). Marzyłem, żeby zagrać z nimi w pierwszym zespole.”

Początkiem jego przygody z piłką był turniej „dzikich drużyn” w 1994 roku, rozgrywany równolegle z Mistrzostwami Świata w Stanach Zjednoczonych. Każda z drużyn nosiła nazwę jednej z reprezentacji narodowych. Zibi grał w drużynie USA, składającej się głównie z chłopaków z osiedla Gawrony w Gostyniu. Dotarli aż do finału turnieju, który rozegrano na głównej płycie stadionu w Gostyniu. W decydującym meczu zmierzyli się z drużyną Szwajcarii, prowadzoną przez Leszka Krzyżostaniaka – trenera trampkarzy Kani Gostyń. To właśnie on zaproponował Zibiemu, by rozpoczął treningi w klubie.

W tym czasie Zbigniew trenował karate w TKKF Tęcza u pana Waldemara Szwedka. Jak wspomina: „Myślałem wtedy, że będę wielkim mistrzem sztuk walki.” Mimo to zdecydował się spróbować swoich sił na boisku. Na pierwszym treningu pojawiło się ponad 100 chłopaków. Trener Krzyżostaniak przeprowadził selekcję i do dalszych zajęć zakwalifikował 30 z nich – w tym Zbyszka.

Przez kolejne cztery lata trenował w grupie prowadzonej przez Krzyżostaniaka. To dzięki znajomościom trenera z Krzysztofem Paluszkiem, który był koordynatorem do spraw piłki nożnej na Dolnym Śląsku, został zgłoszony na testy kwalifikacyjne do Szkoły Mistrzostwa Sportowego we Wrocławiu. Na Stadionie Olimpijskim w testach udział wzięło ponad 200 chłopców. Witkowski pojechał tam razem z Wojciechem Kaczmarkiem „Kieł” i Rafałem Piotrowskim „Maszyna”. Z tej grupy wybrano około 30 zawodników – wśród nich znalazł się Zibi oraz jego dwaj koledzy.

Po zakwalifikowaniu się, rodzice (w przypadku Zbyszka mama Maria) musieli podpisać ze szkołą specjalną umowę. W przypadku przyszłego transferu szkoła zapewniała sobie prawo do dużej części zysków. W tamtym czasie do tej szkoły uczęszczali m.in. Tomasz Kuszczak i Łukasz Garguła – późniejsi reprezentanci Polski. Zibi był regularnie powoływany do kadry województwa leszczyńskiego oraz makroregionu dolnośląskiego. Jak sam mówi: „Nie udało mi się spełnić jednego z marzeń, którym była gra w reprezentacji Polski, choćby w tych grupach młodzieżowych.”

Przez problemy finansowe szkoły, jego pobyt we Wrocławiu trwał tylko rok. Pojawił się dylemat: wracać do Gostynia czy szukać innej opcji. Przez jakiś czas Zibi przebywał na testach w Wiśle Kraków, która w tamtym czasie była najlepszym klubem w Polsce. Duża konkurencja sprawiła, że zdecydował się wrócić do rodzinnego miasta.

Kania Gostyń grała wtedy w klasie okręgowej. Trenerem został Jerzy Radojewski, który dał Zbyszkowi szansę trenowania z pierwszym zespołem. „To trener, który bardzo dużą uwagę zwracał na dyscyplinę i którego bardzo dobrze wspominam, dużo się od niego nauczyłem.” Miał wtedy 16 lat i grał w środku pomocy, u boku doświadczonego Mieczysława Musielaka. „Grałem tam czyściciela, defensywnego pomocnika”.

Po awansie do IV ligi do drużyny dołączyli m.in. Marek Nowicki i Krzysztof Kendzia. O tym drugim Zibi powiedział: „W mojej przygodzie z piłką Krzysztof Kendzia był zawodnikiem, który z tym potencjałem mógł osiągnąć zdecydowanie więcej. To był gościu, który wymiatał; lewa, prawa noga, głowa.”

Zibi był jednym z wyróżniających się zawodników w IV lidze. Zainteresowanie jego osobą przejawiała między innymi Obra Kościan. Dobrze pamięta finałowy dwumecz okręgowego Pucharu Polski właśnie przeciw Obrze. W Kani było wtedy sporo kontuzji i w trójce obrońców zagrali sami młodzieżowcy – oprócz Zibiego, jeszcze Sebastian Fechner i Marcin Grocki. Mimo braku doświadczenia, Kania ten finał wygrała. Jednym z najbardziej pamiętnych momentów tamtego okresu dla Zbyszka była sytuacja z rzutem karnym, kiedy niespodziewanie odebrał piłkę Markowi Nowickiemu – etatowemu wykonawcy jedenastek. Zarówno trener, jak i sam Nowicki byli wściekli. Na szczęście udało mu się zamienić karnego na gola i obyło się bez konsekwencji.

W pewnym momencie dzięki kontaktom biznesowym taty, który znał ojca Artura Wichniarka, pojawiła się okazja wyjazdu na testy do Widzewa, prowadzonego przez Dariusza Wdowczyka. W Łodzi Zibi spędził miesiąc i wydawało się, że kontrakt zostanie podpisany, jednak ostatecznie do tego nie doszło.

W 2004 roku Kania pozyskała nowego sponsora – firmę Łagrom. Do zespołu dołączyło wielu nowych zawodników, m.in. Bartłomiej Konieczny, Krzysztof Gościniak, Miłosz Antkowiak, Łukasz Siwecki, Ryszard Płóciennik oraz Radosław Jasiński, który jako napastnik miał na koncie 200 występów na poziomie pierwszoligowym (obecnie Ekstraklasa), a w Kani przesunięty został z ataku do środka pola. W sprowadzeniu Jasińskiego kluczową rolę odegrał Jędrzej Kędziora, który został menedżerem klubu. Cel na nowy sezon był jasny – awans do III ligi.

Jeszcze przed startem sezonu w gostyńskiej drużynie doszło do zmiany trenera. Jerzego Radojewskiego zastąpił Jurij Szatałow – szkoleniowiec, którego w Gostyniu wcześniej nikt nie znał. Na pierwszym treningu nowy trener podzielił zawodników na dwie drużyny i sam usiadł na trybunach. Po 45 minutach zagwizdał i powiedział, że słabo to wszystko wygląda i czeka ich dużo pracy. Zespół miał grać na razie w systemie 3-5-2, a dopiero zimą przejść na 4-4-2.

Zibi u Szatałowa najpierw grał jako prawy pomocnik, później został przesunięty na prawą obronę. Drużyna szła przez ligę jak burza. W całym sezonie przegrała tylko dwa mecze, a w tabeli wyraźnie wyprzedziła Jarotę Jarocin i Koronę Piaski. Zbyszek w całym sezonie strzelił osiem bramek, co jak na bocznego pomocnika było bardzo dobrym wynikiem.

Zajęcie pierwszego miejsca w lidze nie oznaczało jednak awansu. Trzeba było wygrać barażowy dwumecz z mistrzem grupy północnej – Nielbą Wągrowiec. Pierwsze spotkanie w Gostyniu zakończyło się wynikiem 2:0 po golach Bartosza Krajki i Krzysztofa Gościniaka. Rewanż był dramatyczny. Kania do 90. minuty była w III lidze, jednak wtedy sędzia podyktował kontrowersyjny rzut karny dla gospodarzy. Dogrywkę i karne Zibi oglądał już z ławki. Na szczęście koledzy bezbłędnie wykonywali rzuty karne i drużyna awansowała, a droga powrotna do Gostynia i przywitanie w parku miejskim „PEDEK” zapadły mu w pamięć na długo. Na mecz do Wągrowca pojechała duża grupa kibiców Kani. Wielu z nich doskonale pamięta trzymaną przez Zibiego płonącą marynarkę trenera Szatałowa.

Sezon 2005/06 był powrotem Kani do III ligi po 10 latach, a dla Zibiego debiutem na tym poziomie rozgrywkowym. Grał już wtedy jako prawy obrońca. Pierwszego gola w III lidze strzelił w meczu przeciwko Kaszubii Kościerzyna. Początek sezonu nie był łatwy. Drużyna miała problemy z ustabilizowaniem formy, a rywale byli znacznie bardziej wymagający niż w IV lidze. Przełom nastąpił w wyjazdowym meczu z Flotą Świnoujście – Kania wygrała 5:0. Od tego momentu zespół złapał serię i zaczął regularnie punktować.

W pewnym momencie okazało się, że drużyna nie tylko dobrze radzi sobie w lidze, ale realnie może powalczyć o awans do II ligi. Zaczęły się jednak pojawiać coraz większe problemy organizacyjne – zaległości finansowe, niepewność co do przyszłości. Mimo to w szatni panowała atmosfera jedności.

Jednym z bardziej zapadających w pamięć meczów był wyjazd na Bułgarską i starcie z Lechem II Poznań – Kania wygrała 2:0. Jak się później okazało, to właśnie z rezerwami Lecha przyszło się zmierzyć w ostatniej kolejce sezonu, w meczu o awans.

Jeszcze przed decydującą fazą rozgrywek doszło do zmiany trenera. Jurij Szatałow przyjął ofertę z Jagiellonii Białystok i odszedł z Kani. Nowym szkoleniowcem został Krzysztof Pawlak. „Jako drużyna mieliśmy do trenera Szatałowa żal, ponieważ przy tych wszystkich problemach organizacyjnych powiedzieliśmy sobie, że trzymamy się razem i walczymy do końca sezonu, a trener nas zostawił wybierając ofertę Jagiellonii Białystok.”

Przed ostatnią kolejką Kania miała punkt przewagi nad Unią Janikowo. Tydzień poprzedzający mecz Zibi wspomina jako czas wyjątkowo nerwowy. „Każdy z zawodników rozgrywał ten mecz w swojej głowie i chcieliśmy, by zaczął się jak najszybciej.”

Na trybunach w Gostyniu pojawiło się około czterech tysięcy kibiców. Kania szybko objęła prowadzenie – po golach Marcina Wojciechowskiego i Dariusza Wojciechowskiego było 2:0. Na początku drugiej połowy do rzutu wolnego podszedł Radosław Jasiński. Po jego dośrodkowaniu w polu karnym najlepiej odnalazł się Zibi i lewą nogą – swoją zdecydowanie słabszą, ustalił wynik na 3:0. „Nigdy nie zapomnę radości po tym golu. Wtedy już wiedziałem, że tego zwycięstwa nie wypuścimy.”

Dobra forma Witkowskiego w rundzie wiosennej nie przeszła bez echa. Po jednym z ligowych meczów odebrał telefon, który początkowo uznał za żart ze strony kolegów: „Dzień dobry, z tej strony Zbigniew Boniek. Jesteśmy zainteresowani możliwością zatrudnienia pana w Widzewie” – usłyszał w słuchawce. Odłożył ją z niedowierzaniem, jednak gdy ten sam numer zadzwonił ponownie, zrozumiał, że naprawdę rozmawia z legendą polskiego futbolu.

Rok wcześniej z Kani do Widzewa przeniósł się Bartłomiej Konieczny, więc Zibi stał się drugim zawodnikiem, którego wypatrzył ówczesny trener łódzkiego klubu – Stefan Majewski.

Z perspektywy czasu Zbychu żałuje, że w przeciwieństwie np. do Tomasza Nowaka („Diego”) nie zdecydował się wtedy na współpracę z menedżerem piłkarskim. To mogło znacząco wpłynąć na dalszy przebieg jego kariery.

Przed rozpoczęciem nowego sezonu w Widzewie doszło do dużych zmian. Z powodu nieporozumień na linii Boniek–Majewski, stery drużyny objął Michał Probierz – obecny selekcjoner reprezentacji Polski. Niestety, od początku nie widział on miejsca dla Zibiego w swojej koncepcji gry. Silna konkurencja ze strony takich piłkarzy jak Marcin Nowak, Robert Kłos czy Łukasz Broź sprawiła, że Zibi nie zadebiutował w oficjalnym meczu Widzewa.

Mimo to dobrze wspomina czas spędzony w Łodzi – zwłaszcza zwycięskie derby z ŁKS-em. Był jednym z nielicznych, którzy potrafili szczerze przyznać przed trenerem, że świętowanie po wygranej mocno się przedłużyło. „Obaj z trenerem Probierzem mieliśmy silne charaktery i pomimo tego, że nasza współpraca nie ułożyła się dobrze, to do dzisiaj mam jego telefon i jestem pewien, że gdybym zadzwonił, to byśmy porozmawiali”.

W trakcie jednej z rozmów usłyszał od szkoleniowca, że jeśli pojawi się możliwość wypożyczenia do innego klubu, to powinien z niej skorzystać. Tak trafił do Unii Janikowo, która właśnie awansowała do II ligi (obecnie I liga), zastępując w niej Kanię. Trenerem zespołu był Maciej Bartoszek, znający Zibiego jeszcze z czasów pracy w Zdroju Ciechocinek.

W Janikowie szybko wywalczył miejsce w podstawowej jedenastce. W pamięci szczególnie zapadły mu zwycięstwa: 2:0 nad Śląskiem Wrocław (na ławce Śląska zasiadał wówczas Wojciech Kaczmarek) oraz efektowne 4:0 z Ruchem Chorzów.

Po udanej rundzie jesiennej Zibi pojechał na testy do Zagłębia Lubin, prowadzonego przez Czesława Michniewicza. Klub ten współpracował wtedy z Górnikiem Polkowice, dlatego na wiosnę trafił właśnie tam. W połowie rundy wywalczył sobie miejsce w wyjściowym składzie, a Górnik zajął solidne szóste miejsce w tabeli II ligi. Gdy wydawało się, że zostanie na Dolnym Śląsku na dłużej, klub został zdegradowany do IV ligi w związku z aferą korupcyjną.

Wówczas pojawiły się pierwsze wątpliwości, czy warto kontynuować piłkarską przygodę. Po rozmowach z ojcem, który prowadził firmę ustalili, że Zibi da sobie jeszcze jedną szansę. W sezonie 2007/08 wrócił do Unii Janikowo, która spadła do III ligi. Rozegrał pełny sezon jako podstawowy zawodnik, jednak klub przegrał walkę o awans z Flotą Świnoujście. Jak się później okazało był to jego ostatni sezon na szczeblu centralnym.

Po powrocie do Gostynia Zbyszek zaangażował się w działalność rodzinnej firmy. Jego rozbrat z boiskiem nie trwał jednak długo. Gdy Włodzimierz Kaczmarek i Arkadiusz Krzyżostaniak zaproponowali mu powrót do reaktywowanej Kani, nie wahał się ani chwili. „Kochałem ten klub, więc wybór był oczywisty. Poprosiłem Bartka Krajkę i Rafała Piotrowskiego, byśmy razem wsparli drużynę w tym trudnym momencie”.

Gra w B-klasie to był już zupełnie inny piłkarski świat, pełen walki i determinacji, w którym braki techniczne wiele drużyn starało się nadrobić zaangażowaniem. Niestety, nie zawsze szło to w parze z przestrzeganiem przepisów. Jak wspomina Zibi, można było nieźle oberwać. Z Zibim w składzie Kania najpierw awansowała do A-klasy, a potem świętowała wejście do ligi okręgowej. Z tamtego okresu szczególnie zapadły mu w pamięć dwa efektowne gole przeciwko Sokołowi Chwałkowo. Jeden z nich zdobył strzałem z dystansu, sprytnie lobując bramkarza.

Po awansie do ligi okręgowej Zibi przysłowiowo zawiesił buty na kołku. Jednak niedługo później ponownie dał się namówić Włodzimierzowi Kaczmarkowi, którego darzy dużym szacunkiem, na występy w Gostyńskiej Lidze Halowej w barwach Alfy. Ten etap, kiedy piątkowe wieczory spędzał na parkiecie, wspomina z dużym sentymentem i uśmiechem.

W 2023 roku Kania Gostyń obchodziła stulecie swojego istnienia. Z tej okazji klub zorganizował wyjątkowy mecz, w którym byli zawodnicy Kani zmierzyli się z oldbojami Lecha Poznań. Dla Zbigniewa Witkowskiego moment, w którym jako kapitan wyprowadzał swoją drużynę na murawę, był nie tylko ogromnym wyróżnieniem, ale i symbolicznym zwieńczeniem jego piłkarskiej drogi.

„Kania Gostyń to klub, któremu wiele zawdzięczam. To tu zaczęła się moja piłkarska przygoda, tu powstała pasja i narodziły się przyjaźnie. Wcześniej tata wspierał ten klub, a teraz ja również staram się pomagać”. Jeśli mowa o przyjaźniach z boiska, to Zibi obecnie najbliższe relacje utrzymuje z Bartkiem Krajką, Rafałem Piotrowskim i aktualnym kapitanem Futsalu Gostyń Robertem Przewoźnym. Z byłych kolegów „największej” Kani zadzwoni czasem Mariusz Niedbała.

Kto był największym talentem z jego młodzieńczych lat? Zibi nie ma wątpliwości: „Największym talentem był Remigiusz Jerszyński („Reniu”). Bez żadnego ale. Patrzyliśmy na niego z kolegami z zazdrością, to był fenomen”.

Dzięki piłce nożnej Zibi poznał wiele ciekawych osób, wśród których byli chociażby wcześniej wspomniani selekcjonerzy reprezentacji Michał Probierz, Czesław Michniewicz oraz Adam Nawałka. Z Kanią Gostyń przeżył piękną przygodę awansując z nią od B-klasy aż do II ligi (w dwóch różnych okresach).

Choć Zbigniewowi Witkowskiemu nigdy nie dane było wystąpić w meczu najwyższej klasy rozgrywkowej, jego piłkarska droga była pełna pasji i zaangażowania. Zarówno w sporcie, jak i w życiu, odrobina szczęścia bywa nieoceniona – być może właśnie tego zabrakło w kilku kluczowych momentach. Nie wszystkie decyzje okazały się trafne, ale gdy Zibi pewnego dnia usiądzie na emeryturze, z pewnością nie zabraknie mu wspomnień i barwnych historii do opowiedzenia.

Dzięki Zibi za spotkanie i opowiedzenie swojej historii.

Prośba o kawę

📸 Fot. prywatne zbiory Zbigniewa Witkowskiego

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry